07-08/2019

Andrzej Zieniewicz

Gombrowicz bez fikcji. Mój Trans-Atlantyk

[…]

Opowiem tedy przygodę moją.

Oto ja, w poniedziałek, czwartek i w niedzielę Zieniewicz, doktor z polonistyki warszawskiej, w roku 1986, w życia wędrówce, na połowie czasu, w środku ciemnego znalazłem się lasu. Las ten, co gorsza, był turecki. Do Ankary pojechałem, bo ministerstwo dało bilet, żeby sprawdzić, czy można w Turcji otworzyć lektorat języka polskiego. Po trzech dniach stwierdziłem, że na pewno nie można, bo tam dla lektora ani pieniędzy nie mają, ani mieszkania… – i zostałem w Turcji osiem lat! Z biletu powrotnego nie skorzystałem, owszem dwie walizki wziąwszy, do Poselstwa udałem się na rozmowę z Ambasadorem, a ten był jeszcze ze stanu wojennego, mianowany przez generała Jaruzelskiego, więc jak cały personel ambasady nie wiedział, czy jutro jeszcze będzie urzędował, bo w kraju wojna, rząd Messnera, potem Rakowskiego, strajki na okrągło, w sklepach ocet, Wałęsa w Magdalence, Kiszczak manipuluje,

w kraju jaja nie wyjęte,

„Solidarność” dała ciała,

spawacz gra w bambuko z Glempem,

partia trzyma się na pałach

– jak śpiewał bard tamtych lat, Jacek Kaczmarski (cytuję z pamięci). Czy Wejdą, czy Nie Wejdą, też do końca nikt nie wiedział. Za wschodnią granicą znowuż pierestrojka, cały system się wali, a wiemy, że jak się tam wali, to się nie zawali, tylko zaraz w straszne Imperium przejdzie. I ja w tym wszystkim na opak. Bo dziwacznie Zawieszony pomiędzy – między PZPR-em, za który wstydziłem się szczerze, lecz przecież nie tak, by rzucić legitymację, a „Solidarnością”, którą podziwiałem też szczerze, ale nie tak, by się do niej zapisać. Czemu nie rzucić? A, bo musiałbym zmienić Poglądy, a na jakie zmienić, kiedy żadnych nie miałem, tylko takie jak wszyscy. Tedy bez Poglądów rzucić – też głupio, bo powiedzą, że dla Koniunktury rzucam albo i ze Strachu. Czyli za tchórza robić? No nie, już lepiej za beton. Znowuż do „Solidarności” wstąpić? Kiedy tam wszyscy do Kościoła chodzą i Modły zanoszą o ojczyznę wolną albo i Śpiewają, że na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści. A ja, ateista, w Alei Róż urodzony, dziecko aparatu partyjnego, krew z krwi i kość z kości PRL-u, resortowe bambino w całej krasie, no, sól ziemi zaoranej świeżo po reformie rolnej, ja mam te pobożne piosnki nucić? Toż i głupio jakoś tak przeciw rodzinie, i tyż trochę jakby żaba nogę do kucia podstawiała. W takim więc położeniu mojem do Turcji udałem się, ale gdym na ankarską ziemię zstąpił, zaraz zrozumiałem, że mi wracać Nijak. Dlaczego Nijak? Bo nijak, gdym Nagle zauważył, choć z drugiej strony wcale nie Nagle, że ja od Czegoś wyjechałem, i za nic, za nic do tego Czegoś nie chcę z powrotem. Że ja od „Solidarności” wyjechałem i od Partii wyjechałem, od Stanu Wojennego i od Papieża, od Polski zniewolonej w komunizmie, ach, przeklętym, wyjechałem i od patriotyzmu szczerego, ach, świętego, w Kościele wyjechałem, od męki działaczy internowanych i podłości aparatu skomuszałego wyjechałem, i wyjechać może łatwo było, ale wrócić do tej formy połamanej, do tych krzyków gwałtu, co się dokonuje i dokonać nie może, do tych bełkotów tego samego w koło Macieju powtarzania, ech, niech wraca, kto chce do Narodu swego świętego, chyba Przeklętego, do tego Stwora, który ryczy, tupie, stanem wojennym wywija, po kościołach szatę rozdziera, wszystkich Męką zamęcza, św. Ślamazary swojej podrygami, gdy ja niczego nie mam, niczym nie jestem… A jednak! A jednak Turcja… jakiż wypoczynek. Jakbym nagle na gigancie się znalazł. Jakie wyzwolenie. Jakie formy rozluźnienie. Jakież zanurzenie w tymczasowości, w zagubieniu, w odmęcie, w szumie, w Azji, w oszołomieniu, w nicości, w dowolności, w wygnaniu…

Jak słychać, używam słów Gombrowicza, lekko zmieniając, przepisuję je z Dziennika 1, dlatego że one najtrafniejsze w nazwaniu, niechby dziwacznym, czegoś, co samo dziwaczne, inaczej nazwać się nie daje. Nie daje, a Dopada, między przypadkowością a wstydem, między bylejakością a wykrzywieniem okropnym, niby między object trouvé a obsesją jakąś, i też Wielkie Litery Gombrowicza, te jego na kolana padania, Wyklinania, Bluźnierstwa, Ślamazary Święte mają jednocześnie pokazywać nijakość, oraz intensywność konwulsji. Konwulsji, bo przecież, gdy zacznę poważnie wywodzić, jak wstydziłem się za PZPR, a jeszcze bardziej, że mnie do „Solidarności” Ciągnęło, chyba Odrzucało (wciąż Gombrowicz), to sam w to nie uwierzę, bo „obiektywnie” ujmując, nic w tym strasznego nie było. Owszem, nic, ale Nic (czyli grymas formy polskiej), które dopada, chwyta, skręca i tłamsi, a odetchnąć nie daje. Obiektywnie (lecz czyją obiektywnością?) to może być „zaburzenie emocjonalne”, niechby nawet „epizod psychotyczny” – ale, na litość, taki, z którym już dłużej wytrzymać nie sposób. I wtedy wystarczy impuls, błysk szansy, by nastąpiło gwałtowne wyładowanie emocjonalne. Radosne, upragnione wylinienie ze starej skóry, by wykonać Choćby Najbardziej Ryzykowny skok w świętą rzekę nowej tożsamości. Czy też by z bagna frustracji wyjść wreszcie na suchy ląd, „po schodkach, z człowiekiem, który za mną dwie walizki niesie”, i gdy to się już dokona, gdy niemożność stanie się możnością, wtedy dopiero, w uldze i żeby odreagować, zaczniemy „…Bluźnić z cicha, Wyklinać silnie, ale do siebie samego: – A płyńcież wy, płyńcież Rodacy do narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego Świętego chyba Przeklętego!” (T, s. 12).

Z takim więc Przekleństwem od okrętu się odwróciwszy, w Ankarze zostałem.


[całość można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.