09/2019

Natalia Ambroziak

Grzyby, wiersze i skamieliny.
Psychodeliczna szkoła przetrwania Bogusława Choińskiego

„Czegożeście się bali, / że zobaczę trochę więcej / niż to jest bezpieczne?” – kpi Bogusław Choiński w jednym ze swoich wierszy, pomstując na ułomność dostępnych mu narzędzi poznawczych, które reprezentować ma „tanie lusterko pamięci, kupione na bazarze”. „Kto pytacie? / Mój Nauczyciel ze Szkoły, / Gazeta, mój Pies – Wy wreszcie / wprawiliście mi je w głowę / – takie małe, żebym nigdy / nie mógł dostrzec nawet całej twarzy”. Dla kogoś, kto tak uparcie, jak Choiński odstawał od przewidzianych społecznie standardów, za ciasne okazało się nie tylko „lusterko pamięci” własnej. Również w „lusterku pamięci” zbiorowej – za jakie należałoby uznać historię polskiej literatury – dotychczas konsekwentnie brakowało dla niego miejsca. Pytanie „czegożeście się bali” warto byłoby zadać przede wszystkim wydawcom, którzy przez lata systematycznie odrzucali jego wiersze.

Zmarły przed czterdziestoma laty pisarz wspominany jest dziś głównie jako współtwórca, założonego wraz Mironem Białoszewskim i Lechem Emfazym Stefańskim, awangardowego Teatru na Tarczyńskiej; współautor psychodelicznych tekstów przebojów, takich jak Pod papugami z repertuaru Czesława Niemena, oraz współscenarzysta największego hitu studenckiego kabaretu Stodoła – Ubu Król – fantazja skandaliczna na tematy Alfreda Jarry. O ile piosenki i utwory sceniczne grane i śpiewane były po wielokroć z dużym sukcesem, jego znacznie bardziej hermetyczna, eksperymentalna twórczość poetycka nie miała szansy spotkać się z powszechnym uznaniem. Za życia udało mu się opublikować jedynie pojedyncze utwory w prasie, na chwilę przed i tuż po okresie dominacji socrealizmu. Jako poeta byłby więc Choiński ostatnim ze „spóźnionych debiutantów” pokolenia ’56, spóźnionym – nie, jak Herbert i Białoszewski – o lat sześć czy pięć, a o sześćdziesiąt pięć. Tyle bowiem upłynęło od czasu, gdy ukończył swój pierwszy tomik wierszy.

Filigrany i wszystkie kolejne projekty – takie jak Kolorowe ubrania strefy litoralnej czy Worek pełen różowych zębów – które udało się zrekonstruować na podstawie pozostawionych przez twórcę maszynopisów, stanowią trzon wydanego właśnie tomu dzieł zebranych Bogusław Choiński – Sztuki mieszane. Pomieszczone w nim wiersze, dramaty i teksty piosenek nie ukazują się jednak za pośrednictwem żadnej państwowej ani komercyjnej instytucji wydawniczej, a wyłącznie dzięki prywatnym staraniom siostry i przyjaciół zmarłego pisarza. Przygotowany przez nich z niezwykłą starannością ekskluzywny nakład stu egzemplarzy nie trafi na rynek, a jedynie do największych bibliotek w kraju, czemu siłą rzeczy nie towarzyszy żadna zorganizowana kampania promocyjno-informacyjna. Przeznaczone na biblioteczne półki wiersze Choińskiego przypominają niezwykłe archeologiczne znalezisko, które zamiast zrewolucjonizować obowiązujące wyobrażenie na temat historii, zostaje ponownie „zakopane” w czeluściach muzealnych magazynów. Warto odkrywać je na własną rękę, biorąc na siebie ryzyko „zobaczenia trochę więcej niż to jest bezpieczne”.

„Od piramidy do piramidonu”, czyli „powiedzcie mi co dowcipnego o tym kawałeczku lodu. Nie jestem pewien czy mogę się śmiać, ale zrozumiem”
„Bogusław Choiński – Sztuki mieszane” – tymi słowami poeta miał zwyczaj dla żartu przedstawiać się w towarzystwie, podkreślając swoją wielobranżowość, poza teatrem i literaturą zajmował się bowiem także grafiką, filmem eksperymentalnym, fotografią, dziennikarstwem, filozofią, ezoteryką, parapsychologią i przyrodoznawstwem. Każdą wolną chwilę spędzał w lesie na zbieraniu roślin, grzybów i skamielin, które wykorzystywał do swoich analiz i domowych doświadczeń chemicznych.

To właśnie owa ekscentryczna erudycja i rozpiętość fascynacji „od piramidy do piramidonu”1 doprowadziła do bliskiej przyjaźni Choińskiego z Białoszewskim, Stefańskim i Stanisławem Swenem Czachorowskim, którzy w latach 1947–1956 spotykali się regularnie w wynajmowanym przez Czachorowskiego w podwarszawskiej Kobyłce niewielkim pokoju z werandą. Choiński mieszkał w tym czasie w sąsiedniej Zielonce, wspólną rozrywką stały się więc podmiejskie wędrówki pomiędzy domami, kończone zwykle wielogodzinnymi dyskusjami o nieobecnej w oficjalnym obiegu literaturze, muzyce i sztuce. Bohaterami ich wyobraźni nie byli Bierut i Stalin, a baron Münchhausen i Paracelsus. Słuchali zakazanego Szymanowskiego, Mahlera, Schönberga i Strawińskiego, zaczytując się przy tym w oskarżanej o formalizm przedwojennej awangardzie, Witkacym i Bazylissie Teofanu Micińskiego.

Fascynowali ich egipscy faraonowie i antyczne maski, cyrkowi akrobaci i egzotyczne podróże, żywoty świętych i legendy o stworzeniu homunkulusa. Otoczeni stosami encyklopedii, atlasów geograficznych i albumów z reprodukcjami sztuki wspólnie pisali i czytali swoje pierwsze utwory. Z czasem na owe odczyty zaczęło ściągać coraz więcej gości z warszawskiego środowiska twórczego. Nietypowa grupa literacka, jaką stanowili zaprzyjaźnieni poeci, wyróżniała się tym, że nigdzie nie publikowała, nie miała swojego stolika w żadnej kawiarni ani nie uczestniczyła w suto zakrapianych stołecznych imprezach. Kto chciał się zapoznać z ich dokonaniami, musiał się do nich wybrać osobiście.

„Ciemny śpiew szamana”, czyli „kolorowy odpust wszelkich możliwości”
Kobyłeckie odczyty poezji szybko zaczęły obrastać legendą. Furorę robił zwłaszcza Czachorowski ze swoimi ciągnącymi się w nieskończoność feerycznymi poematami, które recytował śpiewnym, podniosłym głosem przerywanym przez nerwowe prychnięcia i tiki. „Jest to chwilami bełkot zepsutych taśm […] ciemny śpiew szamana”2 – pisała krytyka o jego dziełach. Szokowało ją obsesyjne nagromadzenie „obrazów-dziwolągów”3 oraz „wypokraczona wyobraźnia”4 autora prezentującego „kolorowy odpust wszelkich możliwości, gdzie szczególnie długo gra dziwaczna pozytywka, przeplatając się z fugą Bacha na tle wybrylantynowanej głowy filmowego amanta”5. Ową osobliwą, kojarzoną z muzycznym aleatoryzmem konstrukcję doceniano jednak zwykle jako rodzaj zmyślnego szyfru, w którym zakodowano „całą wiedzę i mitologię, fizykę i metafizykę świata”6 po to, by możliwie przejmująco opowiedzieć o „nędzy i bólu codziennej egzystencji i jej możliwych radościach”7.

Chwilą zbawiennego oddechu po tych gęstych frazach wydawała się znacznie lżejsza, choć nie mniej wystawna „sałatka połamanej składni”8 Białoszewskiego. Nie wiadomo z kolei nic o publicznych recytacjach wierszy Choińskiego i Stefańskiego. O tym pierwszym powiedział kiedyś Białoszewski, że bardziej niż poetą był „pomysłowcem”9, przepastną kopalnią przydatnych kontekstów i ciekawostek. Inni opisywali go jako „nieco satanicznego” dziwaka i fantastę, który „wiedział wszystko” i o cokolwiek by go zapytać, zawsze miał do opowiedzenia niesamowite historie. Swoimi wierszami raczej nieczęsto się chwalił, nie miał poczucia, by podobały się innym, a i sam nigdy nie był przekonany co do ich ostatecznego kształtu. Wielokrotnie je poprawiał lub całkowicie odrzucał.

Stefański poezję pisywał właściwie okazjonalnie. Jego utwory – zdecydowanie bardziej interesujące pod względem treści niż formy – oscylowały wokół tematyki objawień, reinkarnacji, alchemicznych symboli, halucynacji, mimikry, chiromancji, medytacji, hipnozy, bachicznych rytuałów i filozofii Wschodu. Razem z Choińskim pracowali w Zielonce nad operą alchemiczną Czerwony lew, w późniejszych latach byli także inicjatorami powstania pierwszego sformalizowanego koła parapsychologicznego i psychotronicznego w powojennej Polsce. Stefański jako wykształcony chemik, a Choiński jako znawca przyrody wspólnie opracowywali różnego rodzaju preparaty mające służyć poszerzaniu świadomości i wspomaganiu inwencji twórczej. Podczas spotkań w Kobyłce praktycznie nie spożywało się alkoholu, a jedynie sztucznie zafarbowany na czerwono barszcz Stefańskiego i bardzo mocną herbatę. Choiński opracował specjalną metodę zalewania jej gorącą wodą dopiero w ustach, po uprzednim wypchaniu ich herbacianym suszem, co wzmagać miało pobudzające oddziaływanie naparu. Słynne było także jego testowanie halucynogennych właściwości roślin i grzybów.

„Campowa idylla”, czyli „Dionizje stalinowskiej Polski”
Sielska atmosfera Kobyłki była na tyle swobodna, że jej bywalcom zdarzało się rozebrać do naga i śpiewać operowe arie, biegając po lesie w girlandach i pióropuszach z nazrywanych roślin. Te swoiste sympozja artystyczne Kamil Sipowicz nazywa „Dionizjami stalinowskiej Polski”10, Marek Zaleski pisze o stanowiącej rodzaj azylu „campowej idylli”11, a Tadeusz Sobolewski porównuje kobyłecką „emigrację wewnętrzną” w świat sztuki i paranarkotycznych doświadczeń do analogicznych przygód tworzących w tym samym czasie amerykańskich bitników12.

„Hasło «Kobyłka» stało się synonimem ekstrawagancji, dziwactwa, inności, a dla niektórych nawet wrogiej ideologii [sic!] oryginałów i nieudaczników. Rozpisywano się czasem na temat szkodliwości poczynań długowłosych poetów, sekowanych za formalizm” – wspomina mieszkająca w sąsiedztwie Irena Prudil13. Prasowe ataki, których doczekali się kobyłeccy poeci, wywołać mogły co najwyżej rozbawienie, najcięższą bowiem inwektywą było porównanie ich przez Tadeusza Kubiaka do oderwanych od rzeczywistości Wenusjan14. Ci zaś z kolei zachowywać się mieli według satyryka jak wiewiórki, które marnują czas na zbieranie błyszczących, ale nikomu do niczego nieprzydatnych orzeszków.

Niezależnie od intencji Kubiakowi udało się uchwycić jedną z cech najbardziej charakterystycznych dla krytykowanych poetów, jaką była niewątpliwie obsesja gromadzenia. Ów pęd wyraża się nie tylko w punktowanym przez Kubiaka kolekcjonowaniu erudycyjnych odniesień i inkrustowaniu wierszy efektownymi metaforami, ale przede wszystkim w dosłownie pojmowanym zbieractwie.

Bogactwa darmowości, czyli „proszę, nie pozwól, aby powstał obraz spłaszczony na kształt żółtej monety […] będzie nas kłóciła przypominaniem czynności płacenia”
We wspomnieniach z tamtego okresu na plan pierwszy wysuwa się głównie dojmująca powojenna bieda. Odmowa uczestnictwa w represyjnej stalinowskiej rzeczywistości i przestrzegania socrealistycznych wytycznych odcinała poetów od podstawowych źródeł dochodu. Przez większość czasu nie dysponowali oni prawie żadnymi pieniędzmi. Stąd też wynikała niemal programowa darmowość wszelkich działań podejmowanych przez grupę. Darmowe były wizyty w wiejskich kościołach i na odpustach, spacery po lasach, nieużytkach i miejskich ruinach oraz wyciągane spomiędzy gruzów skarby: nadpalone książki, utłuczone rzeźby, ozdobne tace czy świeczniki. Z dalszych wycieczek, odbywanych na gapę pociągami towarowymi, Białoszewski i Czachorowski przywozili wykradzione z wiejskich kościołów figurki madonn, frasobków, Nepomucenów i Chrystusów, Choiński zaś w Górach Stołowych i wąwozach Kazimierza pozyskiwał rozmaite minerały, skamieniałe amonity i muszle łodzików.

Zbierane przez poetów w rzeczywistości orzechy miały do siebie przede wszystkim to, że były jadalne, podobnie jak przynoszone ze spacerów zioła, pędy sosen, grzyby, owoce czy łowione podczas kąpieli w pobliskich stawach raki. Także stosowane z upodobaniem używki niosły dodatkową korzyść, jaką było oszukiwanie głodu. Białoszewski o jedzenie zupełnie nie dbał, przegryzał suchary i łykał niezliczone ilości dostępnej wówczas w każdej aptece za grosze psychedryny. Główne pożywienie Czachorowskiego stanowiły porastające kobyłecką werandę pomidory. Dysponujący zaś szeroką wiedzą przyrodniczą Choiński rozsmakował się w bardziej wyszukanych potrawach. Wiedział, które części dziko rosnących roślin nadają się do jedzenia i jak je przyrządzić, by były łatwiej przyswajalne. W czasach największych niedoborów potrafił niemalże z niczego wyczarować oryginalną kolację.

Żaden z czwórki przyjaciół nie mógł nigdzie znaleźć zatrudnienia na dłużej. Najlepiej radził sobie pod tym względem Stefański, któremu byt zapewniały honoraria z poczytnych młodzieżowych książek o alchemikach i wywoływaniu duchów. Pozostali, by zarobić, pisywali głównie teksty piosenek dla dzieci. Czachorowski zatrudniony był przez pewien czas na etacie jako zawodowy aktor, jednak gdy utrata zębów pozbawiła go nienagannej dykcji, razem ze śpiewającą w filharmonii żoną zdecydowali się porzucić swoje dotychczasowe zajęcia. Zaszywając się w Kobyłce, usiłowali się utrzymać ze sprzedaży własnoręcznie rzeźbionych glinianych masek i postaci świętych. Białoszewski publikował prasowe reportaże o warszawskich ruinach, przez pewien czas był też razem z Choińskim zatrudniony w harcerskim czasopiśmie „Świat Młodych”. O ile pisane bez entuzjazmu teksty Białoszewskiego stanowiły dość sztampowe relacje z kolejnych etapów odbudowy miasta i oficjalnych młodzieżowych zgrupowań, o tyle obejmujący dział naukowy Choiński świetnie się na swoim stanowisku odnalazł, wyspecjalizowawszy się w przemycaniu na łamy magazynu wywrotowych treści. W tym celu wymyślił dla siebie alter ego, ekscentrycznego Profesora Wścibinosa, który potrafił rozmawiać ze zwierzętami i przeprowadzał z nimi poważne wywiady, swojego kota zaś oddelegowywał w ramach kaprysu do dyskutowania z ekspertami w dziedzinie archeologii czy inżynierii.

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

Bogusław Choiński: Sztuki mieszane.
Wydawca: Maria Barbara Mościcka,
2018, s. 510.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.