07–08/2018

Anna Mochalska

Jak daleko sięga pamięć

Lektura zbioru wierszy Anny Matysiak Tyle nieznanych ryb była dla mnie przeżyciem wstrząsającym. Wiersze pomieszczone w tomie są niezwykle osobiste, poruszają bardzo drażliwe tematy, a mimo to ma się wrażenie całkowitej kliniczności tych tekstów. Charakteryzuje je zwięzłość, wycyzelowanie, przekazanie olbrzymiego ładunku emocjonalnego w zaledwie kilku słowach, bez owijania w bawełnę. Już okładka zwiastuje nam mroczną zawartość i rzeczywiście jest to zstępowanie do piwnic, zakamarków, „do najdawniejszych dawności, do ścianek macicy, do protoplanktonu”. Ilustracje do książki wykonała sama poetka. Świetnie dopełniają one warstwę słowną, choć wielka szkoda, że są miniaturowych rozmiarów. Wyprawa, jaką przedsięwzięła autorka, jest zarazem fascynująca i przejmująca grozą. Dla mnie o tyle trudniejsza i zaskakująco osobista, że bohaterka Tylu nieznanych ryb to Anna, której matką jest Anna, której córką jest Anna, w której wierszach postać Anny nieustannie powraca we wszystkich wcieleniach. Ta historia nie wydarzyła się mnie, a jednak po lekturze mam wrażenie, że jednak tak, że mnie też, że niezbadany dotąd grunt okazał się tym, po którym stąpam.

Matysiak w tej książce mierzy się przede wszystkim sama ze sobą. Nie w sensie naginania języka i pracy nad warsztatem, ale (roz)poznawania własnej tożsamości. Jest brutalnie szczera wobec siebie, a tym samym wobec czytelnika i już w pierwszym wierszu zatytułowanym Ania jasno deklaruje: „przychodzi czas by nie uwierzyć / […] już przyszedł czas / by nie uwierzyć”, potwierdzając to dobitnie w kolejnych utworach: „naprawdę, zdzieram z siebie skórę, aby zobaczyć i uwierzyć; / nie uwierzyć kolejny raz”. Poetka zagłębia się w przeszłość z pełną świadomością, że to babranie się, rozgrzebywanie, wchodzenie na bardzo grząskie terytoria. „Mówi się, że to brud, ale to przecież pamięć”. Pamięć podmiotu jest niewątpliwie bolesna i traumatyczna. Z klejonej fragmentarycznie opowieści wyłania się historia Anny, której dziadek, Niemiec, wierzył w postulaty nazizmu i po tej właśnie stronie się opowiadał. Poetka do tej historii przymierza się z różnych perspektyw, z punktu widzenia trzech, a nawet czterech pokoleń. Bada wszelkie relacje, wszelkie konsekwencje dawno przedawnionych wyborów. Wszystko po to, by „w kolejny ranek / codziennie pytać: / tak?”. Jej bohaterka czuje, że musi się z tym nieustannie mierzyć, że dziadek Fritz jakoś mieści się w jej wnętrzu i jest ona jedyną osobą, która wciąż drąży temat, a tym samym zachowuje pamięć, słowo-klucz tych wierszy. Robi to dlatego, że próbuje zrozumieć, że się nie godzi, że walczy, że krzyczeli za nią „hitlerowiec szwab komnahauze”. Że kilkadziesiąt lat to wciąż nie dosyć, by oswoić się z grozą wojny, grozą zła, mroczną tajemnicą, o której nie wiemy, czy jest cząstką człowieczeństwa, czy to człowieczeństwo przekreśla.

Fritz jawi się jako prywatne fatum Anny, rzutujące na całe jej dotychczasowe i prawdopodobnie przyszłe życie. Fatum, przez które narażała się na obelgi, przez które mówi: „nie można, nie można mnie pokochać” i przez które zło w niej ukryte urasta do gigantycznych rozmiarów. Ten ostatni aspekt powoduje, iż bohaterka nieustanne weryfikuje swoje wnętrze, doszukując się w nim najmniejszych skaz świadczących o rozroście tkanki zła. Wiersze zgłębiające naturę Anny są jednymi z najbardziej przejmujących w tym tomie. Są próbą badania natury zła w ogóle. Jego obecność we wnętrzu jest dla podmiotu nie do zniesienia. Naznaczona traumą i odpowiedzialnością, skażona niezawinionym cierpieniem, maksymalizuje dążenie do dobra. Pojawiają się wątpliwości dotyczące tego, do jakiego momentu możemy akceptować budzące się w nas instynkty i z czego powinniśmy się rozliczać sami przed sobą: „mówię złe słowa / wiem że ich nie słychać ale osiadają w płucach / […] może jest lepiej nosić / zapieczętowany worek / nawet / mieć odleżyny na łopatkach / i zdeformowane żebra / a jednak / nie otwierać”.

Anna Matysiak schodzi „głębiej, głębiej, pod powierzchnię snów”, by odkryć prawdę. Jej własna pamięć, pamięć rodziny, pamięć pokolenia ma doprowadzić do zrozumienia, do stanięcia w rzeczywistości takiej, jaka jest, a nie jaką się jawi. To stanięcie w świetle prawdy okazuje się stanięciem przed samą sobą; „kiedy buduję zamki / komu je buduję / i do kogo strzelam / po obu stronach muru stoję / tylko ja”. Anna zyskuje świadomość, że opowiada sobie siebie, choć przy pomocy historii i innych ludzi. Ten ruch w głąb jest już na stałe obranym kierunkiem. Jest to rodzaj dobrowolnie przyjętego brzemienia: Anna myśli, że jeśli nie ona, to nikt, bo wcześniej, w wierszu zatytułowanym tak samo, jak cała książka, „nikt nie odważył się spróbować”. Anna się odważyła i jej odwaga jest godna podziwu.

Historia opowiedziana przez córkę Anny i Hansiego-Jurgena, wnuczkę Lisy i Fritza, matkę Anny i Matyldy okazała się zadziwiająco mi bliska, choć przecież doświadczenia Anny nie są moimi. Być może to skutek odwagi, świetnej książki Anny Matysiak, a może te wiersze dokopały się nie tylko do pamięci autorki, lecz także do pamięci zbiorowej, może się – mówiąc słowami poetki – dopamiętały, doczołgały, donurkowały i dopatrzyły, zdejmując ten ciężar, który spoczywał na jednych plecach, i może dzięki temu Szeherezada przestanie się dopalać „przy niedomkniętych / drzwiczkach piecyka”.

Tom kończy wiersz Lifszycówna [DODATEK] (nie licząc wiersza znajdującego się na skrzydełku okładki). Bierze się on zupełnie skądinąd niż pozostałe teksty, całkowicie odstaje od reszty książki. Jaka jest więc rola tego dodatku? Matysiak wierszem tym przywraca pamięć o Deborze Lifszyc, orientalistce i etnolożce, która zginęła w Auschwitz w 1942 roku. Ze strzępków informacji, jakie po niej zostały, próbuje wyłuskać człowieka, przywrócić tego człowieka nie jako wzmiankę w tekście, ale kobietę z krwi i kości. Historia nie jest rachunkiem zysków i strat. Trudno mierzyć na szali zbrodnie, których dokonaliśmy, dokonujemy i dokonamy, z gestami świadczącymi o naszym miłosierdziu, dobru, miłości. Nie da się zrobić prostej ewidencji, w której zestawimy ze sobą plusy i minusy, zło i dobro, miłość i nienawiść. Są takie doświadczenia, z którymi nie pogodzimy się łatwo i które będą rzutowały na nasze dalsze życie. I dobrze.

Lekturę Tylu nieznanych ryb powinniśmy zakończyć z przeświadczeniem, że w tym wszystkim nie chodzi o to, aby ze złem rozliczyć się raz na zawsze, aby się przez nie przegryźć i pójść dalej. Chodzi właśnie o ten dodatek. O wiersz o Lifszycównie. O to, żeby usłyszeć dawne wołanie i podać je dalej. O prosty akt odwagi. O każdy drobiazg, który sprawi, że będziemy trochę bardziej dobrzy, a trochę mniej źli.

Anna Matysiak: Tyle nieznanych ryb.
Convivo,
Warszawa 2018, s. 58.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.