03/2021

Małgorzata Żebrowska

Jej oddech

Asystentka
Nieraz jej mówiłam, że powinna zadbać o oddech. Przychodziła na rozprawę dobrze przygotowana, nie powiem. Cięła jak żyleta. Ale gdy siedziała blisko mnie, niestety czuć było sfermentowany alkohol. Mówiłam: „Pani mecenas, ja to pół biedy, ale sędzia… nie sprzyja to pani wizerunkowi. Trochę szkoda punkty tracić z tego powodu”.

Współczułam jej, bo gdy niemal natychmiast sięgała wtedy po gumę miętową, wstyd malował się na jej twarzy. Ewidentnie nie radziła sobie. Z czeluści aktówki wydobywała kilka pastylek, wkładała je do ust trzęsącymi się rękami. I patrzyła na mnie takim bolesnym, smutnym wzrokiem. A mnie serce zawsze wtedy mocniej biło – bardzo nie chciałam jej urazić. Zawsze rumieniłam się, bo mnie również było wstyd. Dlaczego? Nie wiem, być może wyrzucałam sobie, że nie zadbałam o nią, nie przypilnowałam…

Po prawdzie to ona o mnie dbała jak matka. Śmiesznie, bo przecież dzieliło nas tylko kilka lat różnicy. Nie wiem, jakim sposobem dowiedziała się, że zostawił mnie chłopak. W naszej kancelarii nie poruszaliśmy tak prywatnych tematów. Od razu spytała, czy mam gdzie mieszkać i oferowała swoją kawalerkę na wynajem praktycznie po kosztach. A na parapetówkę przyniosła grubosza, wie pani, to taki kwiat doniczkowy, sukulent – żebym nie musiała pamiętać o podlewaniu, a żeby jednak coś żywego do mnie uśmiechało się, gdy będę wracać do pustego domu.

Albo wtedy, gdy zrobiłam prawko za siódmym podejściem – przyniosła muffinkę z napisem „szczęśliwa siódemka” i z nadzieniem z musu truskawkowego. Nie wiem, jakim cudem pamiętała, że ubóstwiam truskawki. Ale taka była. Cała ona – zawsze uważna na innych. Kto by pomyślał, gdy na sali sądowej cięła słowem jak brzytwą, po kolei usadzała cały ten element kryminalny. Nie bała się nikogo. To w niej zawsze podziwiałam. I nawet gdy skazani spluwali jej pod nogi, gdy wygrażali pięściami – nigdy nie spuściła wzroku. Zawsze dumna i harda, taką ją pamiętam.

Tylko z tym alkoholem musiała mieć problem. Bo i ja święta nie jestem, wiadomo, piję jak każdy, jednak dzień w dzień to już przesada. Do południa nieraz ją musiałam kryć, wymyślałam różne wymówki. Można powiedzieć, że ją kochałam, więc robiłam to za każdym razem z pełnym zaangażowaniem. Nie chciałam, by się wydało, bo przy jej pozycji to byłaby katastrofa medialna. I woda na młyn jej przeciwników. A może nawet zakwestionowaliby jej kompetencje? Wiadomo, kobieta-pijaczka, nie brzmi to dobrze. Zatem kłamałam jak z nut, puszczałam wodze fantazji – ale nie za bardzo, tak tylko, by uwiarygodnić kłamstwo. Czułam, że robię to w słusznej sprawie. A teraz? Teraz sama już nie wiem, czy robiłam dobrze, biorąc pod uwagę, że skończyło się, jak się skończyło.

Muszę trochę spędzić czasu na poukładaniu myśli. Jestem na lekach. Biorę taką dawkę, by czym prędzej zasnąć, by nie musieć myśleć o tym, co się stało. Nie, nie popijam alkoholem. Czy wrócę do pracy? Być może. Tak, chcę być nadal asystentką, ale już gdzie indziej. Nie w prokuraturze. Bo jednak zło, z którym tam się stykałam, przenika do szpiku kości, uderza jak niewidzialna pięść. Może i ona to tak przeżywała? Tylko chowała głęboko w sobie, by potem zapijać gorycz po cichu, w domu, gdy nikt nie widział…

Partner
Nie wiem, nie mam pojęcia, nie pytajcie mnie dlaczego. Zerwaliśmy na rok przed. Nie, to nie była moja decyzja. To ona się ode mnie oddalała. Czy to była depresja? A co ja, psychiatra jestem? Nie, no normalnie funkcjonowała, uśmiechała się. Proszę pani, przy mnie żadnego alkoholu nie było. Nawet jak sam zamawiałem w knajpie wino, ona przepraszała, że nie może, bo rano rozprawa. No tak, zdziwiony jestem jak cholera!

Niczego nie podejrzewałem. Oprócz ciąży, oczywiście, bo to automatyczne skojarzenie. A ciąży to bym sobie nawet życzył. Teraz na szczęście nie mam tych problemów, narzeczona ma termin za miesiąc. Czekam na syna. To mi trochę pozwala ogarnąć się po minionych zajściach.

Tak, słusznie pani podejrzewa. O dziecko nam poszło, to była ta przyczyna. Ja już byłem gotowy, a ona ciągle chciała odkładać. Bo musiała poczekać, aż wsadzi Smolucha do więzienia. Bo zaraz będzie kampania, a ona stara się o pracę w ministerstwie. Bo habilitacja. Bo matka chora, potrzebowała pomocy. Zawsze coś. Przyznaję, że czułem się spychany na dalszy plan. Taki trochę niepotrzebny się czułem, jak kula u nogi. Mówiła nawet, że ją ograniczam. Że tłamszę ją swoją miłością. Jak miała problem, zamykała się w pokoju, na uszy nakładała słuchawki, a mnie kazała kolację jeść w kuchni. Przestawiała mnie z kąta w kąt, jak ten fotel, który zawsze targała tam, gdzie akurat chciała poczytać. Potem wychodziła z pokoju, gdy już się w nim nasiedziała, namartwiła. Uśmiechnięta była, taka oczyszczona. Jakby wyprana z emocji. A ja nie chciałem robota, chciałem kobiety. Rozumie pan, prawda?

Czy czuć było alkohol? Nie bardzo, wtedy nie. Wtedy radziła sobie inaczej. Zawsze była samodzielna. Ja nie byłem jej do niczego potrzebny. Do tej pory się zastanawiam, czy coś zrobiłem źle. Może jakbym nią tak potrząsnął, przemówił do rozumu, sprowokował do silniejszych reakcji… ale myślę, że ona i tak by nie zrozumiała, jeszcze bardziej zamknęłaby się w sobie. Przyznanie się do negatywnych emocji uważała za słabość. Nie mam pojęcia, w domu ją tak wychowali czy tak stwardniała, by tych typów wsadzać za kraty. To jest trudny temat, naprawdę. Przepraszam, muszę kończyć, narzeczona się niecierpliwi. Proszę już więcej do mnie nie dzwonić, dobrze?

Matka
Milenę wychowałam najlepiej, jak potrafiłam. Nigdy nie zrozumiem tej nowej mody, wedle której za problemy dzieci odpowiadają rodzice. Pani redaktor, Milena miała wszystko – dosłownie wszystko. Dbaliśmy, by jej ptasiego mleka nie zabrakło. Zapragnęła tenisa? Proszę bardzo, w tym samym roku kupiliśmy jej rakietę w Peweksie i ściągnęliśmy strój ze Stanów za grube dewizy. Pianino? Już od pierwszej lekcji uczył ją grać najlepszy instruktor z Pałacu Młodzieży. Na prywatnych lekcjach, bo nie chcieliśmy, by się z plebsem mieszała. Nie szczędziliśmy na zainteresowania, ale również na naukę porządnych przedmiotów.

Od dziecka wiedziała, że chce zostać prawniczką. Ile nam sprawiała dumy, ile zadowolenia, gdy na przyjęciach rodzinnych mówiła z pewnością niespotykaną dla dziecięcego głosiku, że będzie kiedyś przestępców karać, żeby porządny obywatel mógł spać spokojnie. Do tej pory mam łzy w oczach, gdy o tym myślę. Takie to było słodkie i niewinne, takie żarliwe.

W związku z tym inwestowaliśmy w korepetycje od ósmej klasy, żeby nie zaprzepaściła szansy, żeby nic nam w jej edukacji nie umknęło. Oboje z mężem bardzo ją kochaliśmy. Była naszym oczkiem w głowie. Na każdej akademii, na rozdaniu świadectw, zawsze z dumą jej towarzyszyliśmy. Perfekcyjne stroje, pani redaktor, krochmalone kołnierzyki… och, ile ja dni u krawcowej przesiedziałam, żeby wszystko było, jak to się mówi, mucha nie siada. Tak jak wypada u przyszłej prawniczki, gwiazdy palestry.

Ależ co pani opowiada, że nie było czułości może… co pani insynuuje… Naprawdę, teraz same mazgaje z was młodych, za przeproszeniem, wyrastają. Była czułość, i owszem. Raz w roku w nagrodę szliśmy całą rodziną do teatru, jeśli świadectwo było zadowalające.

No, owszem, gdy zdała maturę, nie pozwoliliśmy jej jechać z sympatią nad jezioro. Za karę, ale też, by ciąży zapobiec. Z polskiego pisemnego dostała tróję tylko, podobno nie zrozumiała pytania. I wilk syty, i owca cała – karę wyegzekwowaliśmy, a i wymówka była, by jednak jej nie puszczać. Pani redaktor, w antykoncepcję to ja nie wierzę, ale w to, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, już tak. Kto to słyszał, osiemnastolatkę do doktora posyłać – nas wszyscy znają w mieście, jeszcze na języki by wzięli. A młoda prawniczka przede wszystkim powinna dbać o reputację.

Zamknęła się w sobie po śmierci mojego męża, a jej ojca. Mieli jakieś swoje sprawy, do których mnie nie dopuszczali. Teraz widzę, że on ją częściej ode mnie przytulał. Odkąd umarł, jakby ciągnęła się za nią śmierć, jakby ciągle czuła jej oddech. Nawet mi raz czy dwa o tym mówiła, ale ja od razu napominałam, by wzięła się w garść. Może mogłam być wtedy bardziej czuła, może jej w tych moich staraniach, w tej troskliwej opiece ciepła jakiegoś zabrakło? Sama nie wiem, teraz już nic nie odwrócę, nie cofnę.

Ale Milenka dobra była, to proszę napisać. To dobra dziewczyna była.

Matka ofiary
Nie, proszę już więcej nie dzwonić w sprawie tego potwora. Nienawidzę ich wszystkich, nienawidzę tych obrzydliwych kreatur! Niby takie kształcone, takie mądre, a kurwy jedne nie wiedzą, że po pijaku się nie wsiada za kółko? Toż to bez wielkich szkół wiadomo. Jak ona w tych sądach pracowała, skoro podobno ponad dwa promile miała? Jak to możliwe, że takie osoby rządzą tym krajem?

Aż szkoda, że się zawinęła z tego świata razem z moim Krzysiem. Bo bym łeb dziwce urwała, bym ją zmusiła, by się kajała przede mną, spowiadała! Kto to słyszał, w samo południe wjechać w tłum stojących na czerwonym świetle. Jakim trzeba być zwyrodnialcem, jakim obrzydliwym, obrzydliwym człowiekiem! Podobno sama dzieci nie miała, bez pojęcia, co znaczy nosić pod sercem życie ludzkie, chronić… że niby depresję miała? Depresja-sresja, teraz co drugi to chory. A mój Krzyś całe życie miał przed sobą, chłopaczek… całe życie… akurat wracał uśmiechnięty ze szkoły, tak kochał swoją klasę, wie pani, tak się cieszyłam, że się zaaklimatyzował, że jest taki szczęśliwy.

Żałuję, że zginęła razem z nim, chciałabym spojrzeć w oczy tej pani wielkiej prawniczce, chciałabym patrzeć, jak cierpi, jak się wije, jak ją bolą ręce od kajdanków. Podobno wsadzała największych przestępców. Ale by to był widok, gdyby i ją spotkał sprawiedliwy, zasłużony proces. Wiem, Krzysiowi nic życia nie wróci, jednak to niegodziwe, że też zginęła w tym wypadku.

Dla takich tylko stryczek, a jak nie stryczek, to gnicie w więzieniu.

Nic mniej.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.