03/2019

Marek Sołtysik

Jerzy Panek.
Autoportret w odprysku losu

Marszand Jan Fejkiel podtrzymuje pamięć o Jerzym Panku. Pisze czysto i zajmująco o wielkim artyście, dba o echo rocznic, urządzając w swojej krakowskiej galerii pomysłowe wystawy dzieł naszego wspólnego przyjaciela – monograficzne, tematyczne, czy ja zresztą wiem jakie.

Piszę „pomysłowe” w sensie pozytywnym. Piszę „dzieł”, nie prac, także rozmyślnie. Cieszę się z wystawy Jerzy Panek „Ego sum”, urządzonej w Jan Fejkiel Gallery (Kraków, ul. Sławkowska 14) w stulecie urodzin artysty, prezentowanej w listopadzie i grudniu 2018 roku, martwię się, że czas płynie i nam nieuchronnie odpływa, i wciąż się zastanawiam nad tytułem.

Ten sam tytuł nosi książka Fejkla, wyrosła z Panka, będąca osobnym dziełem, nie tylko dodatkiem do ekspozycji. Świetna poligraficznie, wytwornie złamana, „ilustrowana Pankiem”, no i tak szyta (brawa dla Drukarni Towarzystwa Słowaków w Polsce), że znakomicie się czyta. Ostatnia zaleta jest poniekąd także zasługą autora tekstu. Fejkiel, historyk sztuki, najaktywniejszy dziś znawca twórczości i osoby, inaczej − fenomenu Panka, wziął tym razem dosłownie (taki widać duch czasu) wypowiedź artysty: „Właściwie wszystko, co robiłem, wiąże się z autoportretem”, i w pracy – nie wiem, bardziej popularyzatorskiej czy może naukowej, bądź co bądź nowoczesnej – prowadząc czytelnika i widza po świecie Jerzego Panka, proponuje uwierzyć, że nie tylko w portretach przyjaciółki drzeworytnika, fascynującej Marii Blumenfeld, mieści się jego autoportret, ale także w wizerunkach lwów o niemal ludzkich twarzach (inspirowanych motywami macew na kirkucie w podolkuskiej Pilicy).

Coś w tym jest, oczywiście. Artysta, człowiek nadwrażliwy, a przy tym – to tu właśnie rzadkość – sprytny, zobaczy siebie nie tylko w lustrze (nieodzownym sprzęcie w białych ramach, podarunku od rzeźbiarza, barona Pugeta), jego własny wizerunek odbije się też w oczach przyjaciółki – zwłaszcza gdy znajdzie się ona, jak to wytwornie określi Fejkiel, w „granicznych stanach świadomości” – a nawet w oczach, wręcz w całych, odmienionych cierpieniem, twarzach chorych kobiet, widzianych przez artystę w czasie odwiedzin bliskiej w szpitalu psychiatrycznym.

Czy autoportret?… Wolałbym, żeby cytowaną tu za Fejklem wypowiedź Panka potraktować metaforycznie. Oraz – jak większość jego wypowiedzi – jako znak. Myślę, że podobnie uważa autor książki, bo podkreśla, że Rajmund Kalicki wnikliwie „odczytał w jego [Panka] autoportrecie, nie tylko zresztą drzeworytniczym, ale i malarskim, i rysunkowym, perspektywę wręcz metafizyczną” i cytuje osąd autora Dziennika podróży na Ocolorę: „Autoportrety Panka to powolne obłaskawianie tego, co dane każdemu, a co długo jawi się nam jako rzecz obca, to oswajanie się ze sobą, to zgoda na własną skończoność, to powolna ucieczka od nietrwałego szczegółu, powolne schodzenie w głąb. Nie są to podobizny mimetyczne, ale też nie symbole; to kategoria inna, jeszcze bez nazwy, łącząca sprzeczności, to listy gończe za czasem, a może nawet za nieznaną wiecznością. […]”.

Słowo-znak. Do dziś nie daje mi spokoju pytanie z podsuniętym potwierdzeniem: „– Ale Marek, no, powiedz, żeby być pisarzem, trzeba być skurwysynem!”. Jerzy Panek skierował je do mnie, gdyśmy wracali pijani do jego pracowni na Kazimierzu nocą już niebieszczącą się w świt. O czym wtedy myślał i czy słowo „skurwysyn” wybrzmiało pejoratywnie, czy, przeciwnie, miało oznaczać nieugiętość i dobrą siłę? Wtedy, w roku 1973, tego nie wiedziałem, teraz jeszcze bardziej nie wiem, choć siedzi we mnie więcej doświadczeń. Nigdy się nie dowiem, czy Pankowi chodziło wtedy o te stare podpisy tak zwanej większości literatów krakowskich, optujących za skazaniem księży na kary śmierci, w imię poprawności politycznej, w odruchu stadnym, co nie przystoi twórcy, czy – przeciwnie – może właśnie ten Jurka „skurwysyn” to taki ktoś, kto nie zawaha się zerwać zasłony, żeby pokazać nagą matkę, siebie słabego, od najbrzydszej strony, żeby wreszcie pokazać grasującą w mrokach własnej duszy ohydę żerującą na prawości. Bez obsłonek, bez retuszu. „Skurwysyn” może to ten, co daje nam wszystkim do oglądania niekłamany autoportret. Straszny, ale jakoś tam doskonały, urodziwy. I do zapamiętania do końca. Tak jak niedościgłe drzeworyty Panka, piękne przy całej dosadności; nie na co dzień do oglądania, odświętne – czyste.

Jan Fejkiel wykonuje świetną robotę; wydał kilkanaście książek-katalogów o Panku i wokół Panka. W omawianej tu, najnowszej, podaje, niby mimochodem, niby powtarzając od okazji do okazji, sprinty, maratony i przystanki na drodze życia artysty, gdzieś w głębi galicyjskiego prowincjusza, utracjusza w oczach właśnie tych, co mają coś na sumieniu, ale przede wszystkim człowieka wolnego, kogoś, kto nie przyjął dwóch, z różnych miejsc płynących, intratnych propozycji objęcia stanowiska docenta w Akademiach, nie zamierzał bowiem przystopować podczas pracy nad cyklem Dantejskim – zamówienie od wydawcy na jedną ilustrację Boskiej Komedii rozrosło się do kilkuset ilustracji. Pracował nad nimi, a właściwie czemu nie powiedzieć: tworzył je przez dwa, prawie trzy lata, ze świadomością, że zapłacą tylko za jedną. Sztuka dla sztuki, powiedzmy, tworzona w najskromniejszych warunkach. Wielka przygoda artystyczna. Dla niej bez większego wahania odrzucił szacunek, zaszczyty, wygody bez obaw o jutro. Tak. Ale Fejkiel tym razem szkicuje także, przy okazji stosunku Panka do polityki, mniej znaną stronę postaci artysty, tego samego, który w 1968 roku stracił pracę w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, ponieważ wparował na uroczysty raut profesorów z głośnym: „Czołem konfidenci!”. Oto nadmieniając o jednej z dwóch, a może nawet trzech wersji genezy powstania cyklu drzeworytów Listy gończe, pisze o zainteresowaniu twórcy „prasowymi relacjami o terrorystycznej grupie Bader‑Meinhof”. (Reprodukcje zdjęć w polskiej prasie codziennej były wówczas zszarzałe, rozmyte, przetarte i – to niby temat na osobne rozważania – jako takie właśnie, bliskie odbitkom graficznym, dawały impuls, inspirację nie tylko Pankowi, ale także mojemu mistrzowi i kompanowi, Stanisławowi Wójtowiczowi, sławnemu w Europie drzeworytnikowi, który z upodobaniem oglądał je do góry nogami lub z boku i tak je przetwarzał artystycznie). W związku z tym Jan Fejkiel, w poszukiwaniu prawdy, ujmuje Jerzemu Pankowi garstkę zbędnych listków laurowych z wieńca, oznajmiając i dywagując: „Informacja [o wpływie zdjęć poszukiwanych terrorystów] pochodzi z lat 1991–1992, gdy artysta współpracował z Dieterem Burkampem przy katalogu swoich prac […]. Być może w 1976 r. wygodniej było Pankowi nie wspominać o swych zainteresowaniach, co mógł już bez obaw wyjawić w 1992 r.”.

To są domniemania. W 1976 roku młody, nikt nie mówi, że odważny, poeta nowofalowy napisał żarliwy, wręcz miłosny poemat o Ulrike Meinhof i mu ten wiersz wydrukowano w oficjalnym miesięczniku „Nowy Wyraz” tu i wtedy, nad Wisłą. Później pomieszczono go także w tomiku tego poety (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1984). Łatwo sprawdzić. Pozostawić w pamięci. Bo i także z dziedziny konglomeratu twórczości, poprawności politycznej i politycznych pohukiwań pozostało z tamtych czasów jeszcze trochę tajemnic.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.