09/2018

Aneta Wiatr

Jeszcze o górach.
Część druga, Mickiewicz

Jakież to góry mógł oglądać młody Adam Mickiewicz na swojej Nowogródczyźnie i Wileńszczyźnie, o płaskim, wilgotnym, oblewanym przez pięć rzek (Niemen, Wilia, Święta, Niewiaża i Dubissa) Kownie, gdzie belferował, nie wspominając… Wystarczy popatrzeć na mapę wielkiej Niziny Wschodnioeuropejskiej gdzieś hen, aż po Ural, na ten monotonnie zielony kolor równiny, która ukształtuje na lata widzenie Mickiewicza, by dowiedziawszy się czegoś… czegoś jednak niedozobaczyć i po trosze rozminąć się z prawdą. Bo w monotonnej zieleni gubią się odcieniowe niuanse rzeźby terenu, te wszystkie lokalne wysoczyzny, wzgórza morenowe, uskoki, garby i grzędy, te wszystkie piękne, tu i ówdzie wysokie brzegi rzek, leśne jary, wykroty, parowy, wielkie głazy zawleczone tu i porzucone przez języki lodowca, jak w prawdziwych górach. I to było akurat tyle, w sam raz tyle, by zatęsknić za gwałtowną kołysanką terenu, wielkimi garbami ziemi i wypiętrzoną, porwaną w górę nagą, litą skałą. Mickiewicza, wiezionego po procesie i wyroku przygnębiającą równiną do Petersburga, a do tego późną jesienią, mokrą, błotną, z przykurzem pierwszego śniegu, długo ominie ta przyjemność. W drodze do depresyjnej Stolicy, nękanej na domiar złego przez gwałtowną powódź z 7 listopada 1824 roku, jedno wrażenie: przygnębiającego bezludzia i płaskiej jednostajności – jak po potopie albo w zaranie istnienia…


Oko nie spotka ni miasta, ni góry,

Żadnych pomników ludzi ni natury;

Ziemia tak pusta, tak niezaludniona,

Jak gdyby wczora wieczorem stworzona

[…]

Kraina pusta, biała i otwarta

Jak zgotowana do pisania karta –

(Droga do Rosji, Dziadów część III, Ustęp)


Minie jednak parę tygodni dziwnej niewoli i jeszcze dziwniejszej „katorgi” filarety Mic­kiewicza w Peterburku, nim władze zdecydują się „zesłać” go w przeciwną stronę, tysiąc pięćset wiorst na południe, do liceum Richelieu w Odessie (gdzie „czynniki” kolejny raz zmienią zdanie i odeślą go do pedagogicznej „rezerwy”, by czekając na nowe decyzje, wysiadywał „ławkę”, a praktycznie – próżniaczył się, bisurmanił i „żył jak basza”). By nie było mu smutno i tym razem w podróży, dziwnie dlań łaskawe czynniki pozwolą mu zabrać ze sobą starych druhów-skazańców: Józefa Jeżowskiego i Franciszka Malewskiego, a do tego godziwie wyposażą w gotówkę i odpowiednią na ruską zimę odzież. Ta przyda się raz jeszcze podczas kolejnej, znów saniami, jazdy do Moskwy w końcu listopada 1825 roku. Podróże te, bez wyraźnego celu i głębszego sensu, można by uznać za rodzaj nękania czy – jak kto woli – kwarantanny albo rekonwalescencji po wileńskiej masońsko-patriotycznej słabości, gdyby nie to, że młode dusze zamienią wszystko w przygodę i zabawę, zafundowaną im oto na koszt państwa rosyjskiego. Oczywiście w całej tej perwersyjnej „zabawie” z Władzą było parę niejasności, niebezpieczeństw i mankamentów. Jednym z nich była wspomniana już monotonia i nuda pejzażu. Skarży się na nią po przyjeździe do Odessy 1 marca 1825 roku Mic­kie­wicz w często cytowanym liście do Antoniego Edwarda Odyńca, z którym notabene za parę lat zwiedzi pół Europy, depcząc alpejskie szczyty, lodowce i przełęcze:

Przekroiłem teraz całą Europę z północy na południe, a co dziwniejsza, w jednych saniach; rzecz tutaj niesłychana. Przebyłem step nieprzejrzany, gdzie między stacją jedną a drugą nic prócz ziemi i nieba nie widać na przestrzeni wiorst blisko trzystu.


Pamiętając, że jedna wiorsta rosyjska liczy ponad kilometr (dokładnie 1067 metrów), można zrozumieć radość naszego przymusowego podróżnika, gdy w lutym 1825 roku w okolicach Kijowa zetknie się nareszcie z rozmaitością, z buntem i oporem ziemi przeciw zdołowaniu i poniżeniu, zetknie z dostojną i nieugiętą pozycją wyprostowaną – stojącą skałą…

Zbaczałem też w guberni kijowskiej trochę z drogi na wieś i oglądałem po raz pierwszy skały, o których tylko z książek wiemy. Był to dla mnie widok nowy i zajmujący; ogromne piętra granitu i ponure między nimi wąwozy, wychodzące znowu na wielkie równiny, kazały żałować, że ta scena nie przedstawiła się oczom latem, kiedy ją upiękniają wody, zieloność i winograd. Czymże to być musi kaukaski olbrzym, kiedy te pigmeje tak poważnie wyglądają? Postanowiłem widzieć Kaukaz.


I choć nie spełni się to marzenie Mickiewicza, w końcu poddanego, skazańca i więźnia Systemu, napodróżuje się, naogląda i naprzeżywa wiele, co dla poety, łowcy i przetwórcy wrażeń w słowa i obrazy bywa kwestią naczelną, racją istnienia. Zamiast wielkiego i dumnego Kaukazu zobaczy, dotknie, posmakuje ze świeżością i żarem neofity jego substytut-miniaturę (w skali 1:3,5); doświadczy zachwyconym okiem i młodą stopą – a był sprawnym, wytrwałym piechurem i jeźdźcem – jego najbliższego sąsiada, góry Krymu. Podwyższy je i uwzniośli, pogłębi przepaści, jak te w Czufut-Kale (z XV sonetu krymskiego, arcydzieła wyrazu), a z płaskiego wierzchołka, trapezoidalnego, drugiego co do wysokości Czatyrdahu (1527 m) uczyni wolą wyobraźni i mocą natchnienia Górę Gór, „maszt krymskiego statku” i „minaret świata”. Jeszcze dziś, po tylu latach i tylu kryzysach światopoglądowych, po tylu seansach „nieba w płomieniach” i tylu krwawych waśniach religijnych, mróz chodzi po kręgosłupie, gdy czytać z przejęciem słowa-obrazy trzynastego sonetu Czatyrdah Adama Mickiewicza. A siła wielkiej poezji nie tyle kreuje na naszych oczach muzułmański Synaj czy gromorodny Olimp, ile cofa nas do jakiegoś tytanicznego, animistycznego prapoczątku, do świata pierwotnej, genezyjskiej potęgi stworzenia…

Nam czy słońce dopieka, czyli mgła ocienia,

Czy sarańcza plon zetnie, czy giaur pali domy −

Czatyrdahu, ty zawsze głuchy, nieruchomy,

Między światem i niebem jak drogman stworzenia,

Podesławszy pod nogi ziemie, ludzi, gromy,

Słuchasz tylko, co mówi Bóg do przyrodzenia.


Dwumiesięczna, pełna wrażeń wszelakich, poetycko niezwykle owocna wycieczka krymska (mniejsza o towarzystwo!), której kulminacją mogło być − jak w liście do Lelewela – „deptanie chmur na Czatyrdahu”, to niewątpliwie apogeum „górnej i durnej” młodości Mickiewicza. Ten wzmocni się, pogłębi i okrzepnie, romantycznej świeżości przyda – dziwne nieraz − doświadczenie. Zdepcze po wielokroć bazaltowego Niedźwiadka („Lubię poglądać wsparty na Judahu skale, Jak spienione bałwany…”) wypijającego Morze Czarne. A choć ów liczył „zaledwie” 588 metrów, poeta ćwiczy na nim kondycję ducha i serca, która niezadługo przyda mu się na lodowcach, przełęczach i olbrzymach alpejskich. „Widziałem Krym! […] Widziałem Wschód w miniaturze” − trąbi buńczucznie do Lelewela, przemilczając po drodze to i owo… I ma rację, bo fundatorzy ekskursji i umilacze życia w Odessie, Eupatorii, w Ałuszcie, Bakczysaraju i w Bałakławie nie nadawali się do pokazania twarzy. Zamiast nich przy boku poety autochton − mirza; oni, bez nazwisk, jedynie w konwencjonalnej ogólnej dedykacji: „Towarzyszom podróży krymskiej – autor”. I Chopinowi, naszej chlubie, zdarzało się w młodości koncertować u Konstantego w Belwederze, a jego matce, cesarzowej Marii Fiodorownie ofiarować dwa dziecięce, takie akurat „do grania”, polonezy (które ta, w swej łaskawości, raczyła zresztą zagubić). Mickiewicz w Petersburgu i w Moskwie szybko zrozumiał, że „coś za coś”, że słabszy, by żyć, musi być przynajmniej przebiegły, skoro tęskni do świata w skali 1:1, a nie w miniaturze, stąd ta dedykacja z Makiawela na Konradzie Wallenrodzie (1828), który zachwyci wielu Rosjan, ale nie Nowosilcowa. Stary chytry lis i policyjny wyga swym odczytaniem trafi w sedno (bo któż czyta wnikliwiej od policji i cenzury?), ale i Mickiewicz przez lat parę czegoś się przecież nauczy od tych i owych „przyjaciół Moskali” − i w końcu wyfrunie z Rosji na Zachód z paszportem Imperium w dłoni i niemałą sumką na podróż dla podratowania zdrowia. Tu, kilkakrotnie na wysokich przełęczach, wyższych niż całe góry krymskie, otworzą się przed nim Alpy szwajcarskie, włoskie, francuskie, ale żaden z oglądanych czterotysięczników, nawet Mont Blanc (4807 m), zdobyty paręnaście lat wcześniej − czwartego sierpnia 1818 roku − przez autora Marii, Antoniego Malczewskiego, nie zagości już i nie zadomowi się w jego wierszach. To Słowacki zrobi z niego „igłę”, choć jest śnieżną kopułą, i posadzi na niej Kordiana, by ten, poczuwszy się najwyżej w Europie, doznał wreszcie olśnienia przed spotkaniem z rodakami. Inaczej Mickiewicz; przez rok z okładem intensywnie wędruje, zwiedza, wspina się, raz z Odyńcem, raz z Krasińskim, na lodowce (schodził potężny jęzor Mer de Glace koło Chamonix), na przełęcze, by pozostać jedynie przy słynnej Kleine Scheideggspass, skąd obserwuje Eiger, Mönch i Jungfrau, szkicuje kredką pejzaże alpejskie − i milczy. Widać cud Cza­tyr­dahu, cud pierwszego olśnienia, jak cud pierwszej miłości, zdarza się raz. Dlatego wystąpi on aż w czterech sonetach (trzy razy z imienia, raz jako Góra); to groźny, to znów w purpurze zachodu, olśniewający…

Rzeźwią się, wiatry, dzienna wolnieje posucha,

Na barki Czatyrdahu spada lampa światów,

Rozbija się, rozlewa strumienie szkarłatów

I gaśnie. Błędny pielgrzym ogląda się, słucha:

Już góry poczerniały, w dolinach noc głucha,

Źródła szemrzą jak przez sen na łożu z bławatów.

Powietrze tchnące wonią, tą muzyką kwiatów

Mówi do serca głosem tajemnym dla ucha.

(Sonet XII, Ałuszta w nocy)


Nie będziemy już nigdy wiedzieć, jak i co mówiły do oka, ucha i serca „błędnego pielgrzyma” nowe, wyższe góry, oglądane w lepszym towarzystwie i bez nacisku przymusowych okoliczności. Nie ma widać prostych odniesień i porównań, jak nie ma jednej recepty na chęć, nałóg i radość tworzenia. Mickiewicz wybuchnie dopiero za dwa lata, w Dreźnie, gdy Powstanie zmusi go w niezwykle dramatycznych okolicznościach do zajęcia stanowiska na miarę oczekiwań narodu i sumienia, jeśli słowo, które się rzekło, i lojalność wobec zesłanych towarzyszy − tych żywych i tych martwych, jak Sobolewski, Daszkiewicz i Kółakowski − miały mieć wartość zobowiązania. Tak oto kończył się czas turystyki z rosyjskim paszportem i wekslem, w towarzystwie zakochanego w nim Antoniego Edwarda, jak wcześniej czas salonowych podbojów i „orientalnego próżniactwa” (z listu do Lelewela), czas sprytnego wychodzenia na swoje, lisich sztuczek, podchodów i uników, „pełzania milczkiem jak wąż” i „łudzenia despoty”. Parę miesięcy pożył sobie jak basza, płacący poezją za zbytek i przepych, parę lat jak trzydziestoletni stypendysta czy rezydent, taksujący wrażenia i czający się do skoku. Do tych paru żarliwych, wiosennych tygodni w Dreźnie, gdy w Dziadach i w Ustępie do nich w końcu puściły wszystkie tamy i spłonęły mosty, a on zdobył się nareszcie na zabójczą rozkosz nazywania rzeczy po imieniu, z pełną świadomością straszliwej ceny tego nowego luksusu. Bo łono narodu kosztuje i Mickiewicz zapłaci, więcej niż się spodziewał. Przyjaciołom rosyjskim i polskim spróbuje wyjaśnić konieczność i udrękę tej przemiany (której, niestety, nie pojmie Puszkin, nie on jeden zresztą…):

Teraz na świat wylewam ten kielich trucizny,

Żrąca jest i paląca mojej gorycz mowy,

Gorycz wyssana ze krwi i z łez mej ojczyzny,

Niech zrze i pali nie was, lecz wasze okowy.


Brzmi to trochę czytankowo, trochę melodramatycznie, jeśli pamiętać, gdzie, jak i pod czyją kołdrą − słowem, w starym dobrym stylu − przezimował Powstanie narodu polskiego, które, prawdę powiedziawszy, od początku niewiele miało ognia, sensu i mało go podniecało. Tyle że musiał sprostać i spodobać się sobie, bo czuł, że od lat gmatwa się, plącze i kluczy; co i rusz przypominał mu zresztą o tym Halban‑Czeczot. Przyjaciele filareci nie uwzględnili jednego − że ich wileński towarzysz stracił po drodze ów „zapał tworzący cudy”, szał młodości i „orlą potęgę lotów”, że wypalił się i zużył w podchodach i gmatwaninach, słowem, że stracił świeżość i postarzał się przedwcześnie. „Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada…” − napisze w Lozannie czterdziestolatek, jadący tydzień nad Leman z Paryża (z niedomagającą psychicznie żoną i dwójką maleńkich dzieci; a za chwilę, w 1840 roku urodzi się trzecie, ale nieostatnie), by wykładami zarobić na życie. „Nad wodą wielką i czystą” znów spotka się z Alpami, które przed dekadą pożegnał był jednym jedynym wierszem, napisanym w okamgnieniu w oberży Splügen pod przełęczą Splügenpass (2113 m), na przejściu do Włoch ze Szwajcarii. Może obecność Maryli − którą niczym gospodarz wezwie w wysokie góry na czas oczyszczenia (duszy), a potem zaprosi do bacówki i do watry na noc czystej, żarliwej czułości, najbardziej perwersyjną postać zauroczenia − zmiękczy surową obojętność natury, ostrość alpejskich grani i wieczną oziębłość lodowej skały. Nawet dosadność męskiej wymówki (pobrzmiewa w niej, a jakże, echo dawnych, tuhanowickich kłótni o zamążpójście!) jest natychmiast kraszona bezgraniczną czułością zakochanego mężczyzny. A ten zamiast salonów, biesiad i wielkopańskich zabaw, słowem – uroków domowego ogniska, proponuje ukochanej kobiecie, z łatwym do przewidzenia skutkiem, trudny los pielgrzyma-wygnańca, ale też szeroki świat, improwizację i przygodę, „góralską chatę” i „pasterski płomień”. Ma rację Jastrun, gdy powiada w swoim starym, ale ciągle jarym Mickiewiczu z 1949 roku, o niezwykle wysokiej temperaturze utworu i skali wzruszenia, o zwięzłej i jakby mimowolnej, a przecież mistrzowskiej kreacji wysokogórskiego pejzażu:

W kilku zdaniach zawarta jest cała wysoka atmosfera Alp, napomknięta przecież tylko, ale tak, że wyrazistsza jest i pełniejsza plastyka tych aluzji, niżby to mógł uczynić najobszerniejszy opis krajobrazu.


Erotyk rzucony na tło czy sceneria alpejska ożywiona czynnikiem ludzkim, najlepiej grupą, miłosnym ansamblem, wedle późniejszej dyrektywy Hrabiego z Pana Tadeusza księgi trzeciej. Wszak w niejednym sonecie krymskim, powstrzymując się zgodnie z prawami i obyczajami Orientu od żywszej obecności kobiet w wierszu-obrazie (te są bohaterkami osobnych sonetów miłosnych czy, jak kto woli, odeskich), poeta z wielkim powodzeniem udramatyzuje opis i rozegra tajemniczą relację Mirzy i Pielgrzyma. Tu jednak poszedł krok dalej, zaszedł temat od innej strony − i wygrał. Tym alpejskim jedynakiem, któremu na imię: Do ⁂(Na Alpach w Splügen 1829), a którym upiekł dwie pieczenie przy jednym ognisku (bo nie siląc się na opisowość, podarował nam Alpy oraz przygarnął i pożegnał pierwszą miłość), Mickiewicz wzniósł się na wysokość Czatyrdahu − osiągnął pułap arcydzieła.

Do
(Na Alpach w Splügen 1829)

Nigdy, więc nigdy z tobą rozstać się nie mogę!

Morzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę,

Na lodowiskach widzę błyszczące twe ślady

I głos twój słyszę w szumie alpejskiej kaskady,

I włosy mi się jeżą, kiedy się oglądam,

I postać twoję widzieć lękam się i żądam.

[…]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.