11/2018

Adam Komorowski

Koniuszy koni trojańskich

Pisarstwo Henryka Berezy jest jednym z najbardziej intrygujących dokonań w literaturze polskiej drugiej połowy XX i pierwszej dekady XXI wieku. Zagadkowość jego dzieła pogłębia fakt, że zdaje się ono całkowicie niezależne od uwikłań politycznych, literackiej giełdy i mód. W przypadku wielkich polskiej krytyki literackiej − Juliana Klaczki, Stanisława Brzozowskiego czy Karola Irzykowskiego − sploty sytuacji politycznej wiele tłumaczą. W świecie Berezy ustroje i mody są jedynie dalekim, mało istotnym tłem. Rzeczywistością są jedynie konkretne dzieła, niekiedy układające się w konstelacje („literatura chłopska”) czy galaktyki („rewolucja artystyczna”). Status tych konstelacji i galaktyk nie jest do końca ustalony. Dzieła, podobnie jak gwiazdy, emitują światło, które dociera do nas z opóźnieniem. Bereza z tym opóźnieniem pogodzić się nie chciał. Zawsze chciał dostrzec gwiazdy, których jeszcze nie widzimy.

Obszerny wybór jego pism zatytułowany Alfabetyczność. Teksty o literaturze i życiu podważa nasze dobre samopoczucie jako literackich koneserów. Nawet jego pomyłki krytyczne są kiepskim pocieszeniem. Wskazują bowiem na nasz brak odwagi, tchórzostwo nawet, i koniunkturalność reakcji na dzieło literackie. Tym, co wyróżnia Berezowe pisanie o literaturze, jest odrzucenie krytycznego dystansu wobec dzieła. Rezygnacja z tego dystansu jest dla niego warunkiem autentyczności i pełni przeżycia estetycznego. Stąd sceptycyzm (by nie powiedzieć niechęć) Berezy wobec nauki o literaturze, wszelkich teorii i systemów. Wszystkiego tego, co może zakłócić zmysłowe i fizjologiczne emocje w kontakcie z dziełem literackim. To właśnie wypominał Janowi Błońskiemu, Andrzejowi Kijowskiemu czy Arturowi Sandauerowi. Jedyny mój zarzut wobec tego wyboru jest taki, że nie znalazło się w nim miejsce dla tekstów o współczesnych mu krytykach. Bereza unikał wypowiadania się o aspirujących obok niego do gospodarzenia w literaturze, ale kilka razy go poniosło.

Jego sceptycyzm wobec „krakowskiej szkoły krytyków”, oczekujących od literatury intelektualnych olśnień i „zaspokojenia literackich głodów”, był powszechnie znany. Wynikał on z przekonania, że dzieło literackie, które odpowiada na oczekiwania intelektualne, ideowe czy estetyczne krytyka jest przez te oczekiwania limitowane. Krytyk nie ma oczekiwać zaspokojenia swoich literackich apetytów, ale ma być gotowy na zaskoczenie. W 1961 roku pisał: „Gdybym miał żyć jeszcze całe sto lat, wiem doskonale, że nigdy nie umiałbym odpowiedzieć na pytanie, jaka ma być literatura”. Pod koniec życia doda: „Zorientowałem się, że literatura jest nieskończonością”.

Bereza, rozpoczynając działalność krytyczną w drugiej połowie lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, dzielił ze współczesnymi odziedziczone po Stanisławie Brzozowskim przekonanie o niedojrzałości literatury polskiej, znikomości jej dokonań na tle wielkich literatur europejskich. W jednym ze swoich najważniejszych tekstów z tamtych lat, recenzji z Bez taryfy ulgowej Artura Sandauera, pisał:

Wybierając stanowisko apologety, jeśli nie literatury polskiej w całości, to przynajmniej kilku czy kilkunastu jej najwybitniejszych przedstawicieli, zdaję sobie przecież sprawę, że nie jest to literatura w świecie najwybitniejsza.


Przekonanie o peryferyjności i niedojrzałości („nieodnalezieniu się w swoim jestestwie”, jak pisał Brzozowski) literatury polskiej było wówczas powszechne, różne były tylko reakcje. Najbardziej rozpowszechnioną było stawianie wzorców i przykładów. Czynił to już Brzozowski, faworyzując pisarzy angielskich. Inni preferowali Francuzów. Krytyka tamtych lat to nieustanne przymiarki. Okazywało się, że Jarosław Iwaszkiewicz to nie Tomasz Mann, Bruno Schulz to nie Franz Kafka, a Maria Dąbrowska to nie Virginia Woolf. Na szczęście, powiedziałby Bereza. Ale takich jak on nie było. Pocieszające może być jedynie, że pandemia przymiarek w literaturach latynoamerykańskich miała jeszcze bardziej groźne rozmiary. W przypadku hegemonicznego w literaturze argentyńskiej środowiska „SUR” przybrała rozmiary tak karykaturalne, że pozwoliła Gombrowiczowi ostatecznie z manii przymiarek samemu się wyzwolić i pomóc w tym Argentyńczykom.

Poszukiwanie zagranicznych recept było dla Berezy nie do przyjęcia. Sporo wówczas pisał o literaturach obcych, znał dobrze literaturę niemiecką, ale nie wzywał do naśladowania kogokolwiek i czegokolwiek. Nigdy nie zapisywał nikogo do pionierów ani kontynuatorów. Dlatego tak bliski był mu Witold Gombrowicz, który w niedojrzałości dostrzegał szansę powiedzenia czegoś nowego. Dlatego podziwiał Kazimierza Wykę, który poddawał się nagłym wzruszeniom (zwłaszcza poetyckim), zapominając o ich źródłowej peryferyjności. Jego uczniom, zwłaszcza Błońskiemu i Kijowskiemu, miał za złe dystans, pewną podejrzliwość wobec przeżycia dzieła, którego ujawnienie mogłoby objawić pozorny charakter „światowości” krytyków stawiających się ponad dzieła, o których pisali. Mówiąc w skrócie, Wyka nie bał się być apologetą, „jeśli nie literatury polskiej w całości, to przynajmniej kilku czy kilkunastu jej najwybitniejszych przedstawicieli”.

Choć może wydawać się to dziwne, ale krytykiem, który uwagi Berezy potraktował poważnie, był Sandauer. Dzięki niemu uświadomił sobie, że w przypadku krytyki apologia może mieć bardziej prowokacyjny charakter aniżeli paszkwil. Stąd jego apologie Tadeusza Śliwiaka czy Józefa Barana.

Znaczenie słowa apologeta uległo dziś przesunięciu, ale każdy słownik przypomina nam, że źródłowo nie oznaczało ono chwalcy, ale obrońcę wiary chrześcijańskiej. W tym sensie krytyk literacki jest apologetą, czyli obrońcą wiary w literaturę. Nie będzie przesady w twierdzeniu, że Bereza podejrzewał wielu krytyków o dezercję z walki o literaturę na rzecz obrony swojej ograniczonej wrażliwości („jołopizm”).

Przyjęta przez Berezę strategia apologii mogła ujawnić swój wywrotowy potencjał krytyczny tylko pod jednym warunkiem − odmowy przynależności. Wiarygodny apologeta musi zapewnić sobie maksymalną niezależność. Największym zagrożeniem dla niezależności krytyka są literacka giełda i towarzyski konformizm. W przypadku polskim szczególnie owa towarzyska układność (koteryjność) jest zmorą krytyki. Polski krytyk niczego tak się nie boi, jak samotności. „W Polsce zdrada to zdrada towarzystwa” – mawiał z rezygnacją Czesław Miłosz.
W przypadku Berezy obojętność wobec towarzyskich hierarchii, bardziej aniżeli ostentacyjne pragnienie ich kwestionowania, czyniły go na nie odpornym. Ta obojętność najbardziej denerwowała jego przeciwników. Bereza był na towarzyskie układy immunizowany. Było to wynikiem pewnej koncepcji antropologicznej. Wyłożył ją w tekście Krytyka z 1991 roku (podkreślenie moje −AK):

Relacja człowiek–człowiek oznacza niesłychanie rzadko relację podmiot–podmiot. W rzeczywistości jest to w stosunkach między ludźmi relacja tak trudna, że staje się ona w powszedniości prawie niemożliwa, prawie nieosiągalna. W powszedniości relacja człowiek–człowiek spełnia się w łańcuchu wewnętrznych aktów wzajemnych uprzedmiotowień lub w aktach rezygnacji z własnej podmiotowości. Jest możliwe, że tylko dzięki temu możemy ze sobą na co dzień obcować, nie zabijając się i nie umierając ze strachu. Relacja podmiot–podmiot spełnia się twarzą w twarz częściej poprzez sztukę niż w bezpośrednim doświadczeniu.


Stanowisko takie w czasach naiwnej wiary w dialog może uchodzić za niepoprawne politycznie. Bereza w pewnym stopniu skorygował Thomasa Hobbesa, człowiek mógł przestać być człowiekowi wilkiem – nie kiedy pojawiło się państwo, ale kiedy pojawiła się sztuka, kiedy nauczyliśmy się „słuchać oczami” (Francisco de Quevedo). To w sztuce, w literaturze zagrożenie fizyczną obecnością drugiego (innego) zostaje zminimalizowane.

Zastępcza podmiotowość dzieła sztuki nie może zabić i nie prowokuje do zabijania, spotkanie dwóch podmiotowości staje się w ten sposób bezpieczne, a ponadto może ono być dla obydwu stron jednakowo korzystne.


Nie dość na tym, ta uobecniona w dziele sztuki podmiotowość zyskuje wymiar kosmiczny.


Dzieło sztuki wciela się w swoją kolejną postać istnienia w przeżyciu estetycznym żywego podmiotu, żywy podmiot patrzy poprzez zastępczą podmiotowość dzieła w całą skonkretyzowaną podmiotowość świata, jak Mojżesz patrzył przez krzak gorejący w twarz samego Boga.


Można powiedzieć, że w przypadku fizycznej relacji widzimy w drugim tylko konkretną jednostkę. Ta sama zapośredniczona w dziele sztuki podmiotowość otwiera nas na nieskończoność. „Usłyszeć mowę dzieła”, co jest warunkiem przeżycia estetycznego, to otworzyć się na obecność innego, który jest światem całym.

Traktowanie dzieła sztuki jako warunku doświadczenia uobecnienia bycia, którego kosmiczny wymiar w codziennym życiu nam umyka, jest dla Berezy conditio sine qua non wszelkiej krytyki. Coś podobnego kombinował Martin Heidegger, kiedy pisał o sztuce jako prześwicie prawdy. By mogło to nastąpić, niemiecki filozof kompletował skomplikowany arsenał narzędzi hermeneutycznych. Bereza był przekonany, że poznanie przez sztukę „jest – za jej tajemniczą sprawą – bardziej naoczne i bardziej dostępne niż poznanie bez jej pośrednictwa”. Unikał skomplikowanych procedur hermeneutycznych, które jego zdaniem mogą tylko oddalić nas od naoczności. Rzecz w tym, że przekazanie naoczności obecności, wręcz samego uobecnienia innych podmiotów i nieskończoności świata w przeżyciu estetycznym napotyka na opór języka. Krytyka opowiadająca o znaczeniu dzieła z konieczności wpisuje je w jakieś ciągi, systemy czy całości. To sprawia, że wyjątkowość uobecnienia dana w przeżyciu dzieła znika. Romantyzm niczego nie uobecnia, Pan Tadeusz czy Król Duch tak. Naczelnym postulatem jego krytyki było maksymalne przyleganie do dzieła. Optimum krytycznym byłoby powtórzenie aktu twórczego, uobecnienie przez krytyka dzieła. W tym sensie krytyka byłaby metaliteraturą, rodzajem liturgii i nieustającej celebracji dzieł, w których „słowo stało się ciałem”.

Idealny krytyk nie tylko czyta, ale „słucha mowy dzieła”. Tak się w życiu układa, że wsłuchujemy się w tych, których kochamy. Berezie zdarzało się zakochiwać i niejednokrotnie być zazdrosnym o swoich wybrańców: Jarosława Iwaszkiewicza, Marka Hłaskę, Edwarda Stachurę czy Wiesława Myśliwskiego. Nie uwodziły go fabuły, idee czy forma, ale język. Swoim wybrańcom wiele wybaczał, jeśli tylko dostrzegł w ich dziełach suwerenność języka pozwalającą dotknąć to, co w języku gotowym, zastanym było nie do ogarnięcia, nie do przekazania, nie wspominając już o uobecnieniu. Erotyczny aspekt jego związków z literaturą wymagałby dokładniejszej analizy. W tym miejscu przypomnę tylko jego stwierdzenie: „Tworzenie literatury, czymkolwiek jest lub być może, jest także ciągłym apelem o miłość”.

Henryk Bereza nie był człowiekiem obnoszącym się ze swoją polskością. Kiedy wczytujemy się w jego dzieła, dostrzeżemy, że był absolutnie przekonany o wyjątkowości doświadczeń obywateli Rzeczypospolitej, które przyniosła wojna i czasy powojenne. Powtarzał, że literatura polska poradziła sobie z tym doświadczeniem wcale dobrze. Nie w tym rzecz, że doświadczenie dramatyzmu i tragizmu czasów pogardy i odchodzenia dawnego świata zostało opisane, to byłaby historia, niekoniecznie literatura, gdzie możliwe jest twórcze uobecnienie, jak u Tadeusza Borowskiego. Nie dość na tym: „Zwłaszcza polskie dokumenty literackie doświadczeń wojennych stanowią coś jedynego w swoim rodzaju w skali powojennej literatury światowej”. Bereza był jedynym krytykiem w pełni świadomym, że piszącym po polsku ocalałym z Zagłady literatura polska zawdzięcza dar niezwykły, nie do przecenienia. Ten żar popiołów skondensowany w setkach zapisków, dzienników, opowiadań, powieści i wspomnień jest legatem, z którego wielkiej wartości nie do końca zdajemy sobie sprawę. Skarb tak wielogłosowy istnieje tylko w języku polskim i żydowskim. W innych są pojedyncze głosy, w języku hebrajskim Aharon Appelfeld i Uri Orlev, w niemieckim Paul Celan, we włoskim Primo Levi, węgierskim Imre Kertész, francuskim Piotr Rawicz i Elie Wiesel. W tym horrendum to języki polski i żydowski objawiły się jako języki wybrane.

To był jeden z powodów, dla którego Bereza dostawał białej gorączki, gdy w okresie transformacji i tuż po przyszło mu czytać o „czarnej dziurze” w powojennej literaturze polskiej. To już nie był nawet „jołopizm”, ale najzwyklejszy kretynizm. Pocieszenie w tym, że dożył wygasania entuzjazmu gawiedzi dla zapisujących się do cechu grabarzy („żywot grabarza jest wesoły…”, Czesław Miłosz).

Istnieje list z ostatnich lat wymuszonej emigracji Marka Hłaski, w którym wyraża on zaniepokojenie tym, że podobno w Polsce jego przyjaciele Henryk Bereza i Jerzy Skarżyński za dużo piją. Obu poznałem w wiele lat po tym liście. Hłasko już nie żył. Nadal nie wylewali za kołnierz, ale obydwaj pozostają dla mnie niedościgłym wzorem pracowitości i spełnionego życia. Gdy przypominam sobie scenografie Skarżyńskiego do Rękopisu znalezionego w Saragossie czy Sanatorium pod klepsydrą, myślę, że dar czytania uobecniającego nieskończoność i zarazem konkretność wielorakości ludzkich światów, poświadczony przez te scenografie, niekoniecznie musiał być udzielony tylko Berezie. Obdarowani, choć nierówno, zostaliśmy wszyscy, którzy umiemy czytać (i słuchać). Być może niekoniecznie literaturę trzeba kochać aż tak jak Bereza, ale nie wolno się jej bać, choć nie jest środkiem na uspokojenie. Nieskończoność nie uspokaja.

Henryk Bereza: Alfabetyczność. Teksty o literaturze i życiu.
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 2018, s. 718.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.