03/2019

Dorota Betlewska-Gutowska

Krewni i przyjaciele Jezusa Chrystusa

Zdumiewający incydent. Przeczytałam o nim w ewangelii według świętego Marka (3, 21): „A krewni, gdy o tym usłyszeli, przyszli, aby Go pochwycić, mówili bowiem, że odszedł od zmysłów”.

Ale sytuacja! Boga mieli za wariata. I to własna rodzina. Chcieli Jezusa złapać i zamknąć. Unieszkodliwić. Uważali, że ich kompromituje. Nauczał zbyt oryginalnie. To było, ich zdaniem, szalone. Mądrzejszy od faryzeuszy? Nieobliczalny. Nie wiadomo, co za chwilę zrobi? Trzeba zapobiec, powstrzymać, to ich obowiązek. Motłoch go słucha. Otaczają uczniowie. Próbowano więc wywołać go z tłumu.

Krewni chcieli przeszkodzić Jezusowi w jego misji. To jest wyraźnie napisane. Zamierzali go ubezwłasnowolnić. Złapać. Zamknąć. Pilnować. Byli zbulwersowani tym, co mówił. Opowiadał, że przyszedł z Nieba. Uważali, że to jego mitomania, a nawet choroba psychiczna.

Dzwoni do mnie Ada, która jest malarką surrealistyczną, więc ma prawo dziwnie się wypowiadać. Dziś wspomina swoje życie: Czasem był blask i soczystość, a czasem siekanie papieru kreskami. Wzmożona wibracja barw albo uspokojenie faktury. Ludziom brakowało pieniędzy, więc nikt nie chciał kupować obrazów. Bóg nie pomagał ani mnie, ani Marialowi, ale mieliśmy przyjaciół, którzy nam się kłaniali, szepcząc: i królowa jest jasna, i biskup. Chodziło nam o sztukę najwyższego kręgu. Wyzwolić elementy. Zespolić w grupy. Rozczłonkować. Deformacja linii pionowych. Realizm poziomych. Trzy wymiary zwykłej przestrzeni nigdy nie zadawalały malarzy. Zawsze mieli intuicję jakiegoś czwartego wymiaru.


Spinoza uważał, że jesteśmy obserwowani przez moce znające nasze pragnienia i udręki. Był poważnym filozofem i poważnie to mówił.


Czytam o Janie Lechoniu. Jego biograf napisał, że poeta był świadomy metafizycznie toczącej się w nim walki Dobra i Zła, istnienia wokoło duchów i demonów. Zwracam uwagę na sformułowanie: „wierzący i w Boga, i w Szatana”.

Coś osobliwego? Oryginalnego? Nie tylko w Boga. Jeszcze w jego przeciwnika. A można inaczej? Chrystus mówił, że istnieje diabeł. Czyżby część chrześcijan kwestionowała jego prawdomówność? Podejrzewała, że żartował w tej istotnej sprawie?

I co z tego, że Lechoń wiedział? Presja demonów okazała się zbyt silna. Uległ jej. Wyskoczył z drapacza chmur.

Nasuwa się hipoteza, że ziemscy, nietaktowni krewni Jezusa z Nazaretu byli pod wpływem złego ducha, skoro, zamiast wspierać Chrystusa, występowali przeciwko niemu. Chcieli mu przeszkodzić w prowadzeniu działalności, czyli w wypełnieniu woli Ojca z Nieba.

Co myślała Maria? Stała wśród krewnych. Nie jest napisane, że zmusili ją, aby z nimi przyszła. Wyruszyli z misją uspokojenia „szalejącego” Jezusa. Czy też była zaniepokojona? Mogła być. Zawsze skromna, a jej syn krytykował kapłanów. Pamiętała anioła, bo takich spotkań się nie zapomina. Powiadomił ją, że urodzi kogoś wybitnego. Nie powiedział, że Boga, ale że będą Go nazywać Synem Najwyższego. Podobno każdy, kto słucha Boga, jest jego synem. Czytam w Biblii, w Psalmie 89, o królu Dawidzie: „Znalazłem Dawida, sługę mego […] On wzywać mnie będzie: Tyś Ojcem moim…”.

Maria cierpiała. Część ludzi była bardzo oburzona, szemrali i pewnie ubolewali nad jej sytuacją, że ma syna – pyszałka, który coś sobie na swój temat ubzdurał. Krewni chcieli dla Jezusa dobrze. Uratować go przed samym sobą. No i przed faryzeuszami, bo jak długo będą znosić to, co mówi? Trzeba zaingerować i zabrać go w odosobnienie. Nie jest napisane, że Maria prosiła ich, aby odstąpili od tego zamiaru. Być może niewiele miała do powiedzenia, jak to kobiety wtedy, ale miło byłoby w Biblii przeczytać, że protestowała przeciwko akcji krewnych, jednak takiej adnotacji nie ma. Prawdopodobnie nikt z rodziny go nie wspierał. Można to wywnioskować na podstawie stwierdzenia Jezusa, które jest też osobistą skargą, utrwaloną przez ewangelistę Marka (6, 4): „Nigdzie prorok nie jest pozbawiony czci, chyba tylko w ojczyźnie swojej i pośród krewnych swoich, i w domu swoim”.

Zaczęłam prowadzić pamiętnik i zapisywać, o czym lub o kim rozmawiam. Dziś z Tolą o Gandhim. Zachwycał się: „Jezus należy do całego świata, do wszystkich ras, do wszystkich narodów…”. Wygląda, że był Nim zafascynowany. Ale powiedział też: „Gdybym spotkał prawdziwego chrześcijanina, byłbym chrześcijaninem”.

A dlaczego nie został pierwszym?

Opowiadam Toli, że perypatetycy to filozofowie, którzy wymieniali poglądy podczas spacerów po ogrodzie ateńskim. Przewodził im Arystoteles. My chyba jesteśmy perypatetyczkami. Dyskutujemy, łażąc po parku. Oni uważali, że chodzenie poprawia jakość i wydajność procesów myślowych. Pewnie tak jest, ale należy do tego dodać ambitne lektury. Interesuje mnie faraon Echnaton. 1370 lat p.n.e. faraon głosił wiarę w jednego Boga.

Skąd wiedział?

Filon z Aleksandrii twierdził, że świat materialny jest jedynie odzwierciedleniem wyższego, transcendentnego świata.

Anaksymander, Heraklit i Empedokles przypuszczali, że świat opiera się na konflikcie pomiędzy siłami miłości i nienawiści.

Skąd takie przeczucia? Jeśli chrześcijaństwo jest prawdą, trafne.

Moja mama czytała o Abelardzie. Uciekał przed prześladującymi go mnichami. Ludzie wciąż muszą szukać prawdy. On to wiedział: „Wątpiąc dochodzimy do sprawdzenia, sprawdzając dochodzimy do prawdy”.


[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.