01/2019

Elżbieta Baniewicz

Król – o dwudziestoleciu bez znieczulenia

Przedstawienie według powieści Król Szczepana Twardocha oglądałam dopiero w końcu października 2018 roku, co niewątpliwie wpływało na jego odbiór. Setna rocznica odzyskania niepodległości szeroko dyskutowana w mediach, zwłaszcza ze względu na zapowiedziany, odwołany i przywrócony przez sąd marsz narodowców w Warszawie, rymuje się z akcją sceniczną bardziej może niż w czasie majowej premiery. Wtedy koledzy krytycy widzieli w spektaklu przede wszystkim przemoc, co też w wywiadach sugerował sam autor, i wszechogarniające zło. Dziś dochodzą nowe emocje związane z aktywizacją środowisk narodowo-nacjonalistycznych oraz radykalnie prawicowych działaczy z zagranicy, zaproszonych na wspomniany marsz. I kierują nasze myśli w stronę przeszłości, z której te środowiska czerpią to, co najgorsze.

Wbrew idealizacji dwudziestolecia międzywojennego, wmawianej nam przez wyznawców nowej polityki historycznej, nie było ono wolne od napięć i konfliktów. Próba zszywania państwa z trzech porządków prawnych i mentalnych była godna podziwu, ale i dramatyczna. Społeczeństwo było biedne, słabo wykształcone (w siedemdziesięciu procentach to analfabeci), wielonarodowe, a elity podzielone na endeków i piłsudczyków. Zwłaszcza w latach trzydziestych, gdy obóz narodowy przystąpił do urzeczywistniania idei państwa narodowego, po śmierci Marszałka Piłsudskiego konflikty przybrały formy zdecydowanie gwałtowne. Bojówki narodowców egzekwowały na uczelniach prawo numerus clausus a nawet numerus nullus, eliminujące Żydów z wyższych uczelni, za pomocą pięści i kastetów. Napadano na profesorów żydowskiego pochodzenia. Nic dziwnego, że masy żydowskiej biedoty, egzystujące w warunkach urągających najpodlejszym standardom, włączały się w działania lewicowców i komunistów. Mało kto dziś czyta reportaże Wandy Melcer drukowane przez „Wiadomości Literackie” pod tytułem Czarny ląd, z których można się dowiedzieć o ciemnocie wynikającej z nakazów średniowiecznego prawa, nędzy tysięcy żydowskich rzemieślników, sklepikarzy, tragarzy, handlarzy starzyzną lub obierkami ziemniaków, garścią gotowanego grochu, oskarżanych o zabieranie pracy i chleba Polakom w latach kryzysu.

Bohater powieści Twardocha, Jakub Szapiro, żydowski bokser i gangster, współpracuje z PPS‑owskim działaczem, także gangsterem, Kumem Kaplicą, i tak jak tamten usiłuje dyktować prawa innym, nawet politykom z samej góry, bo każdy z nich grzeszny i przekupny. Wie, że światem rządzą pieniądze i seks, wykorzystuje je więc dla sprawy czy swoiście pojętej sprawiedliwości. Sam zabił w bójce Żyda, Mojżesza Bernsztajna, ale jego syna Moryca próbuje wychować jak własnego. Finansuje działania bojówek komunistycznych i PPS‑owskich w odwecie za akcje bojówek narodowo‑faszystowskich. Wyznaje filozofię Janosika, grabić bogatych, dawać skrzywdzonym i poniżonym, choć sam w stosunku do bliźnich, zwłaszcza kobiet, potrafi być brutalny. Nawet wobec kochającej go żony, matki dwóch synów, wykazuje lojalność cokolwiek ograniczoną, nie tylko ją zdradza z piękną prostytutką, ale i odmawia wyjazdu do Palestyny, bo jego życie jest tu, w Warszawie.

Bohaterowie Szczepana Twardocha nakreśleni zostali mocną kreską bez znieczulenia, wielowymiarowymi postaciami stają się w teatrze. A została im oddana duża scena Teatru Polskiego z dawno nie oglądaną obrotówką dzielącą ją na dwie części. Pierwsza ukazuje ring bokserski, gdzie Szapiro (Adam Cywka) świętuje swe zwycięstwa, ale i upokorzenia, bo gdy ta część sceny staje się zakładem słynnego Zaremby, okazuje się, że prokurator Ziembiński (Jerzy Schejbal) nie może ubierać się u tego samego krawca, co Żyd, choćby i bogaty. Ring stanie się też słynnym więzieniem w Berezie Kartuskiej, gdzie trafił za działalność Kaplica (Krzysztof Dracz). Starania o jego uwolnienie prowadzi Szapiro metodami tyleż skutecznymi, co brutalnymi. Każdego polityka można skompromitować i szantażować, bo każdy grzeszny i raczej przekupny, co dzieje się już po drugiej stronie dekoracji.

Ukazuje ona podszewkę życia, królestwo Ryfki (Katarzyna Strączek), urodziwej burdelmamy zarządzającej luksusowym przybytkiem rozkoszy, dawnej kochanki tytułowego króla, czyli mistrza boksu wagi ciężkiej. Dwa stare, błyszczące samochody umieszczone na tle zniszczonej kamiennicy stają się miejscem seksu Kaplicy z nieletnimi prostytutkami, homoseksualnych zabaw prokuratora Ziembińskiego z niejakim Panem Słoneczko (Adam Biedrzycki), szantażu wobec redaktora ONR‑owskiej gadzinówki, a „prywatnie” geja (Paweł Tomaszewski). Przestrzeń wokół samochodów, królestwo Ryfki Kij, tam gdzie stoi kanapa, staje się mieszkaniem Jakuba Szapiro, a pochodząca z dobrego polskiego domu żona (Eliza Borowska) namawia go na wyjazd do Palestyny. Po prawej stronie, obok pianina i stolika mamy knajpę, w której można dobrze zjeść i pogadać z ważnymi politykami, jak premier Sławoj‑Składkowski (Adam Biedrzycki) czy Edward Rydz‑Śmigły (Jerzy Schejbal). Zmianę miejsca akcji sygnalizują wyświetlane na fasadzie kamiennicy adresy. Obok samochodów jest też miejsce spotkań, gdzie szefowie bojówek żydowsko-socjalistycznych mogą omówić strategię walki z faszystami i wydać stosowne polecenia studentom czy sympatykom jak Doktor Radziwiłłek (Marcin Bosak). Niekiedy dyskusje przechodzą w akty brutalnej przemocy, jak choćby ten na kalekim bohaterze wojny 1920 roku, zdecydowanym antysemicie (Paweł Tomaszewski), który zostaje przez tę żydowską bojówkę zamordowany. Gwałtowne akcje Żydów zadają kłam stereotypowi; nie byli to tylko biedacy albo ludzie kultury czy nade wszystko tchórze, ale ludzie z krwi kości, potrafili się bić i kochać, walczyć i robić interesy, zabijać wrogów ideowych także, co zdecydowanie przybliża powieść i spektakl do prawdy życia.

Na proscenium znajduje się mieszkanie starego Jakuba Szapiro (Andrzej Seweryn), który u schyłku życia, w Palestynie, na starej maszynie do pisania wystukuje swoje wspomnienia. Pamięć go zawodzi, mieszają mu się osoby, wydarzenia, czasy i miejsca, tylko stara Ryfka (Grażyna Barszczewska) trwa wiernie u jego boku, korygując fakty, imiona, sytuacje. Ona scala jego tożsamość, której sam nie jest pewien zawieszony między poczuciem winy a poczuciem dobrze przeżytego życia w obronie słabszych.

Widz powoli oswaja się z trybem narracji, ze zmianą czasów i przestrzeni, wyraźnie spowalnianą ruchem obrotówki. Niemniej gangsterska akcja dominuje, jest krew i ostry seks, uzbrojone w kastety mocne pięści facetów, którzy wiedzą, czego chcą, i potrafią to coś urzeczywistniać bez pardonu. Przywódcy i wyznawcy PPS‑u żarliwie śpiewają Warszawiankę 1905 roku, później Czerwony sztandar, bo wiara w społeczną sprawiedliwość napędza działania i nadaje sens życiu. Są też fanatycy antysemityzmu, bojówkarze Bolesława Piaseckiego, i on sam oraz wymienieni wyżej wysocy rangą politycy. Jest też prokurator Ziembiński, z godnościowym frazesem na ustach złapany na gejowskich uciechach, i jego dzieci: Andrzej (Krzysztof Kwiatkowski), zdecydowany fanatyk narodowców, i Anna (Maria Dębska), luksusowa prostytutka, kochanka Jakuba Szapiro. Jest więc skomplikowane życie przedwojennej Polski, bynajmniej nie pacyfistycznej, pozbawione ideologicznego lakieru i wielu współczesnych uproszczeń, choć to przecież fikcja, a że podbudowana wiedzą historyczną – tym lepiej.

Szczepan Twardoch, facet ze Śląska, po raz drugi akcję swej powieści umieszcza w Warszawie. W Morfinie był to czas okupacji, w Królu okres tuż przed wojną. W obu przypadkach pisarz tworzy krwiste i skomplikowane postacie, które działają, popadają w konflikty z otoczeniem, własną rodziną, wymykają się schematom, bo czegoś chcą, w coś wierzą, a nade wszystko działają. Tak skonstruowani bohaterowie stanowią siłę powieści pisarza. To nie subtelni intelektualiści, którzy w dymie papierosów nad flaszką wódki dyskutują do rana o bycie i egzystencji, o rozdrapanej duszy i wzniosłych ideach. Mówi się, że to bardzo męskie powieści. A cóż w tym złego? Ożywiają pejzaż naszej literatury skupionej często na intertekstualnych grach, zabawach językowych, na rozważaniach wysmakowanie estetycznych. Zresztą sam pisarz podtrzymuje wizerunek samca alfa, to nie chudy literat z warszawskiej kawiarni dywagujący o polityce plotkarskim trybem. Twardoch ma odwagę przyznać, że lubi jeździć mercedesem, którego dostał od producenta, że lubi żeglować, boksować. Ma też odwagę powiedzieć, że nie jest inteligentem, jeśli przez to pojęcie rozumieć kawiarniane dyskusje, chodzenie w stadzie i uleganie owczym pędom. Te akurat cechy nie świadczą o nim źle.

Paweł Demirski, specjalista od dramaturgii eventowej, czyli bardzo aktualnej, publicystycznej mimo używania wielu cytatów literackich, co prowadzi do jej jednorazowego użytku, tym razem powściągnął swoje predyspozycje. Jako adaptator Króla pozostał powieści wierny, w czym upatruję także rękę nowego dyrektora artystycznego teatru – Janusza Majcherka, człowieka wrażliwego na literaturę. Być może dlatego jestem w stanie, nie bez zastrzeżeń, zaakceptować ten spektakl Moniki Strzępki, choć nigdy nie należałam do zwolenników jej twórczości. Przeciwnie. Mimo plakatowego sposobu prowadzenia ról, kilka pozostaje w pamięci, zwłaszcza Kaplica Krzysztofa Dracza, Szapiro Adama Cywki, Ryfka Katarzyny Strączek, Anna Marii Dębskiej, kilka scenicznych wcieleń Pawła Tomaszewskiego czy Alan Al‑Murtatha jako ojciec i syn Bernsztejnowie. Nie wiem, czy potrzebna była postać divy (Barbara Kurzaj) otwierającej spektakl angielską piosenką zespołu Nicka Cave’a & The Bad Seeds, następnie wykonującej piosenki innych angielskich kapel, która obecna jest w niemal każdej scenie, choć niewidoczna dla bohaterów. Miało to być nawiązanie do brytyjskiego serialu Peaky Blinders, opowiadającego o losach gangsterskiej rodziny w robotniczym Birmingham lat dwudziestych XX w., lecz dla tych, którzy go nie widzieli, mało czytelne okazało się nawiązanie do jego estetyki.
Na tle wielu nijakich lub wręcz chybionych produkcji Teatru Polskiego Król jest spektaklem wyrazistym. Kontekst współczesnych konfliktów sprawił, że stał się spektaklem politycznym i dotkliwym. Przedwojenna Warszawa dwóch nacji, polskiej i żydowskiej, ich obcości i dramatycznych związków wplecionych w konflikty polityczne elit II Rzeczpospolitej, rezonuje z dzisiejszą walką dwóch plemion politycznych. Zwłaszcza gdy na czele wielotysięcznego marszu na setną rocznicę niepodległości maszerują w otoczeniu wojska i policji prezydent, premier, szef rządzącej partii i najważniejsi oficjele państwowi, a za nimi w dymie rac można dostrzec flagi ONR‑u i włoskich faszystów oraz usłyszeć nienawistne okrzyki, których nawet cytować nie warto.

Teatr Polski w Warszawie
Król – na podstawie powieści Szczepana Twardocha,

adaptacja – Paweł Demirski,

reżyseria – Monika Strzępka,

scenografia – Anna Maria Kaczmarska,

kostiumy – Arek Ślesiński,

reżyseria światła i projekcje – Robert Mleczko,

muzyka – Tomasz Sierajewski,

choreografia – Jakub Lewandowski.

Premiera 18 maja 2018.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.