07–08/2018

Józef Baran

Krótka historia długiej przyjaźni
z obywatelem ziemskim Adamem Ziemianinem
(na siedemdziesiąte urodziny poety
i pięćdziesięciolecie jego twórczości)

We wrześniu 1967 roku ja, technik górnik po rocznej pracy w kopalni „Wałbrzych”, i Adam, jednoroczny rewident sklepów po Liceum w Krynicy, spotkaliśmy się przy Krupniczej 22 w Krakowie w tej samej ławie Studium Nauczycielskiego. Zamiast słuchać wykładów z teorii literatury, notowaliśmy coś pilnie w kajecikach pod ławką; rychło wydało się, że robimy to samo, piszemy wiersze, co nas oczywiście zbliżyło.

Łączyło nas wiele. Plebejskie pochodzenie: moje z Borzęcina, jego z Muszyny. Podobny czas debiutu: mój u Tadeusza Nowaka w „Tygodniku Kulturalnym”, Adama u Tadeusza Śliwiaka w „Życiu Literackim”, pierwsze spotkania z prawdziwymi poetami: m.in. z naszym ówczesnym mistrzem Jerzym Harasymowiczem, który oceniał pierwsze próbki i był wtedy uważany za „Księcia Poetów”. Pierwsza wspólna miłość (kochaliśmy się obydwaj platonicznie i bez większego powodzenia w naszej koleżance Halince). Spotkania z rówieśnymi poetami: z Adamem Zagajewskim i Julianem Kornhauserem na czele, tworzącymi wówczas grupę „Teraz”; z Andrzejem Warzechą i Jurkiem Gizellą z grupy „Tylicz”.

Pierwsze wspólne ekscesy piwno-winne, za co wyrzucono nas po pierwszym roku z akademika przy Lubelskiej i znikły szyldy z naszego pokoju: „Chcesz się napić wina, idź do Ziemianina” lub „Chcesz się napić wódki z rana, idź do Barana”.

Nasz drugi rok wspólnej biedy, gdy spaliśmy nawet przez pewien czas w jednym łożu u pewnej babci na Krasickiego, w ciasnym pokoiku za sto złotych miesięcznie. Gdy zmierzchało na dworze, babcia wchodziła jak duch ze świecą w ręce i ostrzegała przedgrobowym głosem: „Panowie kawalerowie, gaście światło, musimy oszczędzać na prądzie!”. Pierwszy raz zażyłem wtedy wątpliwej przyjemności znalezienia się w izbie wytrzeźwień: zakratowane okna, zaryglowane drzwi i okropne, zachrypłe typy. Płaciło się za taką izbę jak za woły. Adam miał widocznie silniejszą głowę i ona uchroniła go od zapakowania do milicyjnej suki.

Trzeba napomknąć też, że Adam, mający talent do błyskotliwego zawierania przyjaźni, był wtedy nazywany fuksiarzem: wszyscy go lubili, wszystkim był bliski… Ten empatyczny talent bardzo mu pomagał w pisaniu liryki, z którą prawie każdy mógł się utożsamić oraz w znajdywaniu… „jeleni” stawiających wódkę, z czego i ja korzystałem. Byliśmy jak ogień i woda; on raczej dobrodusznie zgodliwy, ja często skłócony i po szczeniacku zjeżony na świat. Może dlatego tak świetnie dopełnialiśmy się…

Po dwuletnich studiach wylądowaliśmy jako nauczyciele w górach: on w żywieckim Brzuśniku, ja w Grzechyni koło Makowa Podhalańskiego. Oczywiście odwiedzaliśmy się nawzajem. Raz, pamiętam, jak wprawił mnie w duży kłopot, gdy po zabawie ludowej w miejscowej remizie przyszły do mojej „stancji” w ślad za Adamem dwie znane w tej okolicy i dość mocno napite „mewki”, których nie mogłem w żaden sposób spławić, a musiałem w tej wsi świecić jako belfer przykładem.

Po roku belferki Adam ratował się ucieczką na Uniwersytet Jagielloński przed groźbą małżeństwa z pewną brzuśniańską Ewą, ja z kolei rejterowałem z Grzechyni przed śliczną góralką Hanią, może nie dlatego, że mi się nie podobała, ale że byłem jeszcze za zielony na zakładanie rodziny.

Startowaliśmy już wtedy w konkursach literackich i wygrywaliśmy je, a następnie jechaliśmy razem w pociągu długim jak noc do Stargardu Szczecińskiego, by tu przesiąść się do pociągu lokalnego kursującego dychawicznie do Świdwina, gdzie na zamku odbywała się ceremonia wręczania nagród i mogliśmy zetknąć się na żywo z mistrzami − jurorami, tak wspaniałymi, jak chociażby Zbigniew Herbert, Anna Kamieńska, Zbigniew Bieńkowski. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie biesiadna natura autora Pana Cogito, śpiewającego pieśni AK-owskie. Pamiętam swoje nieśmiałe przeciwstawienie się mu, że poezja jest dla wielu, gdy on twierdził stanowczo, i chyba miał rację, że tylko dla nielicznych. Mimo tego po dwu latach pracy nauczycielskiej w kolejnej szkole − w podtarnowskich Olszynach − założyłem rodzinę, żeniąc się z nauczycielką chemii Zofią, Adam natomiast wiódł żywot beztroskiego żaka birbanta, mieszkając o wiele dłużej, niżby wypadało, w krakowskim „Żaczku”, dokąd ze swojej wsi od czasu do czasu i ja przyjeżdżałem. Oczywiście zazdrościłem Adamowi przedłużonej młodości, wojaży z Wojtkiem Bellonem z „gitarą i piórem”. Z drugiej strony udało mi się w tym czasie skończyć zaocznie studia, napisać parę tomików (m.in. zbiór Na tyłach świata), otrzymać parę prestiżowych nagród. Na szczęście dla Adama, który mógłby się do cna zdemoralizować, gdyby wiódł dalej żywot waletującego żaka i waganta, on też trafił któregoś dnia jak kosa na kamień na Marysię (wnuczkę Zegadłowicza), której udało się powolutku sprowadzić lekce sobie ważącego obowiązki poetę z jego obłoków.

I tak można by ciągnąć w nieskończoność tę pięćdziesięcioletnią opowieść o rożnych fazach naszej przyjaźni, przeżywającej niekiedy kryzysy i trudne momenty, czemu trudno się dziwić, przecież bywaliśmy też dwoma rywalizującymi ze sobą poetami. Mimo wszystko tworzyliśmy zgrany tandem poetycki w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy zarabialiśmy, wędrując po Polsce z książkami w plecakach. Wydawaliśmy wtedy przejściowo w niszowych oficynach i udało nam się sprzedać setki, ba, tysiące tomików na licznych spotkaniach autorskich w domach kultury, szkołach i klubach. Ślad tych jego eskapad z Bellonem, ze mną czy z Krzysztofem Myszkowskim pozostał w pięknym liryku Przymrozek już oswojony:

Za nami wiele nocy przegadanych

Nie tylko beztrosko przepitych

I z papierosowych niedopałków

Sine krakowskie przedświty

I jeszcze to nasze wędrowanie

Po polskiej wrażliwości

Na linie poetycki taniec

By życie za łeb mocno złapać

Dziś przymrozek już oswojony

Cicho siada na skroniach

I wszystko przyjacielu

W niewidzialnych dłoniach Boga


Cóż, powiem nieskromnie, że Ziemianin był jedynym poetą, z którym czułem się jako poeta pewnie przed każdą publicznością, czy była to młodzież wypełniającą niekiedy sale gimnastyczne i kina, czy ludzie z małych miast, nawet klubów rolnika. Adam był bowiem urodzonym zwierzęciem estradowym, czego nauczył się, występując na koncertach z Wolną Grupą Bukowina, a potem ze Starym Dobrym Małżeństwem; występy te stały się z czasem chlebem powszednim barda Ziemianina i pozwoliły mu zrezygnować z etatu dziennikarskiego w „Gazecie Krakowskiej” i zarabiać już tylko tantiemami z wierszy i piosenek. Podobnie jak on nauczyłem się mieć ucho na salę… Wiedziałem, że pierwszym grzechem literatury jest nuda. Nie nudzić, czyli wzruszać, śmieszyć, pobudzać do refleksji, zaskakiwać, prowokować, zmieniać perspektywę, odmieniać nastroje, by poezja skrzyła się różnymi nastrojami – to dewiza pisania i wspólnych spotkań autorskich.

Pora w końcu wspomnieć o naszych związkach rodzinnych. Adam został ojcem chrzestnym mojej córki Joanny, ja – trzymałem na rękach jego Halszkę. Odwiedzaliśmy się przy rożnych okazjach, a z jego żoną Marysią zbliżyłem się szczególnie w ostatnim okresie, gdy obydwoje dopadł nas nowotwór złośliwy; niestety jej okazał się okrutniejszy. Dla Adasia śmierć Marysi była tragedią osobistą, bo ją bardzo kochał, napisał dla niej wiele wierszy (m.in. przejmujący zbiór Przymierzanie peruki) oraz piosenek i był jej aniołem stróżem w ostatnich trzech latach heroicznej walki z rakiem.

Ceniłem go zawsze za niesamowitą świeżość i oryginalność metafor, a także za samoswojość, poczucie humoru, czasami aż wisielcze (obecne np. w zbiorze Dzikie zapałki); podziwiałem za kreatywną wyobraźnię, tworzącą coraz to nowe poetyckie światy, oraz za talent obserwacji i wynalazczość językową… W powszechnym uproszczonym mniemaniu Ziemianin odbierany jest jako autor piosenek czy członek dawnej grupy „Tylicz”. W tym wspomnieniu pragnę się jednak skupić się na jego konkretności i poetyckim menu Ziemianina, a więc na cechach obywatela ziemskiego, który oprócz tego, że „panuje” niepodzielnie w swoim muszyńskim królestwie „pod krokwią zaczynionym” i jest władcą sadów „w królestwie pokrzyw i kaczeńców”, lubi po prostu jak każdy prawdziwy ziemianin dobrze zjeść i tęgo wypić.

A oto co też można znaleźć w jego subtelnej, uduchowionej liryce. Jest w niej rosół domowy, chleb wypiekany w piecu chlebowym. Jest ołtarz pieca nadziany grzybami. Jest śklenica winem napełniona. Są ruskie w barze mlecznym. Jest święto golonki na Szewskiej pod aniołkami (knajpa trzeciej kategorii). Jest w Pradze „U Kalicha” piwo, które ta sama dynastia warzy. Są w bistro „Wagant” tanie piwo, paluszki „pulchne”, parówki, jabłka jonatan. Jest kiełbasa zwyczajna, której cena czterdzieści i cztery. Jest rzeźnik wypruwający flaki dla całej rodziny. Są „Trzy Rybki”, gdzie „idziemy w kurs, żeby życie wykiwać”. Są śledzie z puszki, „które całkiem się rozbiegły”. Są śledzie rozsadzane na płytkich talerzach, a także móżdżek cielęcy zjedzony przez Tristiana i Izoldę – barmankę i kelnera. Są pączki z różą w cukierni prywatnej. Jest pieniące się piwo żywieckie, „boczek nad wiek przerośnięty” i czosnek dorodny na liściu sałaty, i serek chudy wtopiony między balerony, a także pomidor „ze wstydu czerwony”. Jest galaretka pod śledzia, pod jednojajecznego tatara w knajpie czwartej kategorii, gdzie bufetowa „rozdziela życie w pięćdziesiątkach”. Jest apostrofa poddaszowa: „salcesonie ziemianinie, zawinięty w pergaminie, kaszanko poddaszanko i ty hrabianko wątrobianko zadająca się z pospolitą musztardą, pieprzem ziołowym ochrzczona” z puentą: „baronie baleronie, i ty baronko szynko, zajrzyj choć pod życia koniec na to poddaszysko”… Jest święcenie potraw w dzieciństwie w koszyczku wielkanocnym. Są dwa metaforyczne grzyby w barszczu oraz piwo z żółtkiem. Jest koniak, jest bimber. Są korki z sera i jajko z kawiorem do jasnego okocimskiego i żywca poprawionego porterem, a wszystko to w wierszu o babach, co poszły na piwo. Jest grochówka, którą gotuje księżniczka na grochu. Są dymiące, jasne piany kufli. Jest sylwester w chińskiej restauracji, cukiernia, gdzie specjalnością szarlotka, woda z sokiem malinowym i kawa leniwa. Jest Anna Czyrcz – anielica piwna ze słowackiego Plavca, która za korony podaje piwo złote i senne i coraz bardziej się unosi „w piwnych obłokach”. Jest przednie wino w Sienie… Napisze też poeta antyfonę do kiełbasy zwyczajnej i antyfonę do jabłka robaczywego, będącą metaforyczną aluzją do sytuacji naszej tuż-powojennej.

Są w poezji sybaryty Ziemianina domowe specjały: zawiesisty krupnik na podrobach, sztuka mięsa z sosem chrzanowym, knedle z węgierką w środku, „kompot gruszkowy / nad nim pilne pszczoły”, „kotlet niezwykle mielony”, na deser szarlotka, herbata Ulung, wino mszalne spijane ukradkowo przez kościelnego, a nawet „miasto w kolorze musztardowym” (mowa o Sienie – JB). A w „Hotelu pod dziką różą” mężczyzna barbarzyńsko ogryza kość, aż „tłuszcz mu brodę plami” / „mięso w ustach krwawi”… Tak, tak, jeść w towarzystwie poety Adama to wielka frajda! Widzieć, że jedzenie idzie mu w smak i nie jest – jak dla niektórych zasuszonych literatów – przykrym obowiązkiem, lecz miłą pracą żuchw, która go, owszem, cieszy. Podsumowując: ta „podniebna” liryka – w której tyle antyfon, modlitw, pieśni strzelistych, jest jednocześnie niesamowicie „przyziemna”, co uważam za jej wielką zaletę.

Na podstawie tomu Wilcze podniebienie można by natomiast z miejscowości, które Ziemianin uwiecznił w wierszach, wykreślić mapę poetyckich wojaży Ziemianina, i to nie tylko po Polsce, bo zawadził też z zespołem SDM o Lwów, Wilno, Frylandię holenderską czy nawet Meksyk. Ile tu szczegółów, które przeniósł do swojej poezji, ile realiów zaobserwowanych bystrym okiem poety podczas spacerów przed lub po występie koncertowym.

Słowem… jak wynika z powyższego najbardziej uduchowione liryki powinny mieć ziemię pod nogami, bo gdy ją stracą – rażą retoryką i abstrakcjonizmem.

W rozmowie, którą przeprowadziłem z nim do książki Tragarze wyobraźni, mówi: „Moim ideałem jest stworzenie takiej faktury, jaką widać w martwych naturach u malarzy holenderskich. Malowali pięknie i sugestywnie, że tylko wejść w środek obrazu! I mnie się marzy, żeby wejść w środek rzeczy, przylgnąć do chwili, dać się jej wchłonąć, żeby nie przeminęła”. Nie da się ukryć − trzeba mieć wielki talent, żeby te wszystkie wymieniane realia i prozaiczne, wydawałoby się, tematy pięknie unieść pod niebo i zaanektować do poezji… co czyni wdzięcznie Adam Ziemianin.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.