10/2018

Mariusz Koryciński

Letnicy, ptaszki i mech

Zieleń rozciągnęła się aż po horyzont, gdy nagiął skrzydła, a jego podbrzusze ominęło w ostatniej chwili zeschnięty pień. I spoza tej zieleni, nagle, bez żadnego ostrzeżenia, wypłynęła żółć światła, rozlewając się po czubkach mokrych od deszczu drzew. I można było dostrzec każdą żyłkę w każdym listku i ostrość każdej igiełki. Złote stały się wszystkie szyszki, kasztany i żołędzie. A żółć czyniła szyszki bardziej szyszkowatymi, kasztany bardziej kasztanowatymi, a żołędzie bardziej żołędnymi.

A on mknął nad tym morzem szmaragdów, nad tym oceanem światła wydobywającego się spoza horyzontu, z tego miejsca, do którego nigdy żaden ptak ani człowiek, ani maszyna latająca nie doleci. Miejsca, z którym zespolenie byłoby stopieniem się z naturą, Bogiem, bądź jednym i drugim, bo – tak patrząc na to morze zżółciałej zieleni, zżółciałych liści prześwietlonych jak pergaminy, na ten ocean bardziej szyszkowatych szyszek, kasztanowych kasztanów i żołędnych żołędzi, na ten bezkres absolutnej wolności i absolutnego, niedającego się opisać szczęścia – nic innego nie mogłoby przyjść do głowy komukolwiek, kto, jak ten ptak, leciałby ponad światem, a więc nic innego nie mogłoby przyjść do głowy – tak jak do tej małej opierzonej główki ptaka rozrywającego powietrze przychodzi właśnie teraz – jak tylko ta jedna, prosta myśl: że Bóg jest wszędzie, że Bóg jest wszystkim.

Nie wiedzieć kiedy poczuł w swym ptasim, małym serduszku, w każdej swej pustej kości, a nawet w swej ptasiej główce, że jest w każdej kropli rosy, w każdej szyszce, w każdym kasztanie, w każdym żołędziu, w każdym liściu i w każdej małej i większej igiełce. Że rytm jego małego serca bije w każdym strumieniu poniżej, w każdym pniu strzelającym w górę i każdej rozlewającej się po ziemi roślinie. Wtedy właśnie z ptasich trzewi musiał – nie było innego wyjścia – dobyć się głos znaczący ptasią obecność. I śpiew wystrzelił z dzióbka jak woda ze źródła, kwiat z pąka lub pocisk z lufy.

Nagięcie skrzydeł przechyliło korpus, a on zatoczył koło ponad zagajnikiem. Będąc częścią wszystkiego, mógł poczuć się jak w domu na każdym drzewie, krzaku, pniu, kamieniu. Nic go nie ograniczało, bo był wszędzie, a jeśliby wszystko miało go ograniczać, to wszystko musiałoby zniknąć. A skoro było, to i on był, jest i będzie. Ta myśl raz pomyślana, raz rozogniona rozlała się w jego ptasim móżdżku. A skoro był wszystkim, to i we wszystkim się rozlała, wszystko sobą, swą ptasiowością nakarmiła. I wszystko musiało go przyjąć, bo był Wszystkim.

Więc Wszystko przysiadło na czubku małej sosny. Z jej pnia wylewała się żywica: bursztynowa masa okalała sobą małą mrówkę, która nie zdążyła umknąć przed Wszystkim. Więc Wszystko zaśpiewało jej trel na pożegnanie. – Nie smuć się – śpiewało Wszystko – bo nie znikniesz, będąc wszystkim. – I śpiew Wszystkiego usłyszała reszta wszystkiego: inne ptaki poukrywane między liściastymi liśćmi, żołędnymi żołędziami i szyszkowatymi do granic szyszkami. I wszystko wydobyło z siebie śpiew. Dźwięki zrodziło każde drżące serce, każda pulsująca żyłka, każda krucha kostka i każde suche pióro. Wszystko zaczęło śpiewać, a ten trel był po prostu oszałamiający – czysty i piękny.

I nagle, bez ostrzeżenia, rozległ się przerażający huk. Wszystko uleciało ku górze, rozpraszając się: liście stały się liśćmi, żołędzie żołędziami, szyszki szyszkami, krople kroplami, serca sercami, kostki kostkami, ziarenka piachu ziarenkami piachu, korzenie korzeniami, ptaki ptakami. A on – będąc wszystkim – zachwiał się na gałęzi. Szpony rozkurczyły się, skrzydła zwiotczały, oczy zaszły białkiem. I Wszystko wyruszyło w ostatni lot ku nieznanemu, żegnając liście, kasztany, mrówkę pokrytą bursztynową żywicą, szyszki, inne ptaki, żołędzie, muchy, komary oraz krople słońca i deszczu. I wszystko mu ustąpiło: każdy liść, każda wiotka gałązka, każdy kasztan i żołądź, każda szyszka. I opadł lekko na mech, bo mech musiał go przyjąć. I z tego serca, w którym tkwił rozgrzany metal, wypłynął odwieczny napój, wypłynął on, Wszystko wypłynęło – pozostawiając nietrwałą, ptasią formę – i wlało się we wszystko, bo było wszystkim.

– Pszebszydłe ptaszyska! – odezwał się szczupły mężczyzna ze strzelbą w ręku.– Niechby rasz na kilka dni pszestały szwierkać, bo tu nie idzie pracować!

Co powiedziawszy, zatrzasnął za sobą drzwi małej chatki, stojącej na skraju zagajnika.

Budynek Teatru Letniego nie przypomina siedziby jakiejkolwiek instytucji kulturalnej. Pierwsze skojarzenie, jakie budzi jego wygląd, wiąże się z zabudowaniami folwarcznymi. Przy czym jest to prawdopodobnie jedyny znany cywilizacji przypadek, w którym wprowadzenie bydła jucznego do świątyni sztuki nikogo by nie zdziwiło ani nie oburzyło. A jednak tego letniego wieczora przypominający stodołę budynek miał przyjąć w siebie tyle osób, iż musiał stać się Teatrem Wielkim, La Scalą, Covent Garden lub innym podobnie prestiżowym miejscem.

Janek od Terliczków, siedzący w bocianim gnieździe (tym ze statku konkwistadorów pochodzącym), widział ich wszystkich z czubka dębu nadzwyczaj dobrze. Wyboistą drogą napływali mieszkańcy: spacerując, biegnąc, truchtając, karocami nadjeżdżając i widokami się zachwycając. Gaworzyli, mamrotali i śpiewali. Tylko żadnego letnika między nimi nie było. – Żadnego być nie może – mówił Pieniążek do Jana od Terliczków – bo by się cała konspiracja posypała, wszystko by się posypało… cała ta sprawa, cały ten misternie planowany plan. – „Co za wspaniały plan”, powtarzał w myślach Jan od Terliczków, siedząc na bocianim gnieździe i obserwując to biało-czarne morze ludzi pod nim się przewalających.

Zezowaty Janek, choć jedną gałką oczną wciąż morze obserwował, drugą zwrócił ku torom, bo maszynista, pociąg ze Skierniewic prowadzący, zadął w komin, oznajmiając wjazd maszyny. Stację zalała ostatnia fala milanowian, przebywających poza letniskiem, a depeszami, listami i telefonami poinformowanych, żeby szybko do domów czym się da i czym prędzej poprzyjeżdżali. Rzecz jasna w pełnej konspiracji zawiadomionych, szyfrowanymi depeszami zawezwanych, które to szyfry opracował miejscowy fizyk Albert Jednopestkowiec. Niektórzy tak się spieszyli, że z pociągu zrezygnowali, samochodowi odpuścili, własnemu rozumowi nawet dali spokój, i powsiadali, jak stali, leżeli lub kicali, w piżamach i szlafmycach, i dalej, na wozy chłopskie, furmanki, zaprzęgi, i dalej, krzyczeli, szybko, do letniska nas wieźcie, komenderowali.

Teraz obie zezowate gałki oczne Janka od Terliczków skupiły się na jednym punkcie – niepozornym lufciku Teatru Letniego. Z otwartego okienka wydobywały się oszałamiające, ślinkę w ustach wytwarzające, burczenie w żołądku powodujące zapachy: ulatywały z miedzianych garnków, stalowych patelni i żeliwnych rondelków wypełnionych najróżniejszymi smakołykami. A te przysmaki wręcz gotowały się do tego, by być złożonymi na talerzach i półmiskach oraz salaterkach i wazach poustawianych na długim stole – nieco dłuższym nawet niż to zdanie – ciągnącym się przez cały Teatr Letni.

Czegoż tam nie było? Obok pierogów pieczenie, kotlety schabowe i piersi z kurczaka, zrazy, kiełbasy, kaszanki i kabanosy. A dalej jeszcze zimne nogi, kurze łapy w śmietanie, ozorki, śledziki, mątawy (czymkolwiek są mątawy), łososie, kuropatwy, cztery świniaki nadziewane, czternaście faszerowanych kurcząt o różnych rozmiarach – tych dopiero wyklutych, tych, co jajka dobrze produkowały, i tych, co to już do dekapitacji szykowano. A za mątawami (czymkolwiek te całe mątawy są!), łososiami, kuropatwami, świniakami, kurzymi łapkami, zimnymi nóżkami, ozorkami i śledzikami – sękacze, makowce, serniki na zimno i pieczone, torty kawowe i orzechowe, babeczki, pączki i pączunie, rogale, rogaliki i rogalątka, cukierki, cukiereczki i cukiereczczątka. A za słodkościami owoce – surowe i przetworzone. Więc jabłka, śliwki w occie i truskawki z cukrem oraz śmietaną, a także agrest zalany wódką i porzeczki mielone według cudem odnalezionego przepisu Xawerego Imćpiklewicza. A pomiędzy tymi mięsiwami, rybami, słodkościami i owocami – zapomnieliśmy dodać jajek zwykłych od kur zwykłych w zwykły sposób wysiadywanych (bo że można zwykłe jaja w niezwykły sposób wysiadywać, udowodnił ostatnio kogut Bezzębinowej) – przykucnęły soki w wielkich, tęgich i w chińskie es wywiniętych pucharkach i karafkach: pomarańczowy, winogronowy, śliwkowy i jabłkowy. A obok soków wina, a obok win nalewki, a obok nalewek i win piwa, a obok win, nalewek, soków i piwa wódka, a obok win, nalewek, soków, piwa i wódki… raki, żabie udka i ślimaki.

„Pozycja tych ostatnich w kulinarnej hierarchii stołu zdaje się trochę nieodpowiednia…”, pomyślał wójt, wchodząc na mównicę. Szybko jednak się uspokoił, wsobnie konstatując: „Co na szczęście nie zmienia faktu, iż szykuje się kolacja stokroć lepsza niż ta wydana przez Straż Pożarną z okazji konkursu piękności…”.

– E, wójt dziś trzeźwy, nic nie pił od rana – podzieliła się swoją refleksją Wrzodakowa, a była to myśl z gatunku „do wszystkich i do nikogo”, mająca na celu ekspresję indywidualnej, nieskrępowanej niczym arogancji. Pięć groszy dorzuciła, zawsze chętna, by w piecu zawrzało jeszcze mocniej, Albinowa: – Jak chłopy pochlają, to jutro znów trzeba będzie tu przyjść, bo nie spamiętają, o czym gadka była! – rzekła, a siedzące obok gospodynie ze śmiechu aż biły się po udach.

Włodarz na szczęście nie słyszał tych kąśliwości. Choć był wdowcem od ponad dziesięciu lat, zawsze widziano go w nienagannym stroju. Dziś wieczór przywdział zieloną kamizelkę z kolistym wycięciem oraz szary surdut szyty u Wencla…

– I buty od Nyttepa!

…i buty od Nyttepa z zakładu przy ulicy Królewskiej 122, jak mi tu Nyttep słusznie podpowiada.

– Kochani! – rzekł wójt spokojnie. – Zanim zaczniemy jeść i pić, zanim zaczniemy rozmawiać i się kłócić, musimy szybko powiedzieć, po cośmy się tu wszyscy zebrali…

– A no właśnie, po cośmy?

– Spokojnie, panie Starośliwiaku, spokojnie – powiedział wójt spokojnie. – Należy najpierw stwierdzić jednogłośnie, że nasza młodziutka wprawdzie, lecz już niezwykle skonsolidowana…

Nie dokończył zdania – znajomy głos dobiegł go z końca sali. To wołał Grycyk, szef Letniskowej Brygady Ochotników dla Letniska Gminy Milanówek w Służbie Porządku Działających, w skrócie LBOLGMSPD: – Przenajdroższy panie wójcie! Z sercem ciężkim i krwawiącym przychodzi mi przerwać to zapewne oszałamiające przemówienie, ale swego obowiązku, co na mnie z urzędu pan właśnie i Rada Letniska nałożyliście, dopełnić muszę…

Wójt ustąpił miejsca podwładnemu, robiąc przy tym minę wskazującą na zły stan swojej gastryki. Nie miała więc racji Wrzodakowa, mówiąc o…

– E tam, panie, un najodł sie tigo ślydzia ze śmitano, a śmitana od Grzilakowej przez pełewe letniska taszczuna, to się i zważiła… Sam wójta żem widzioł, jak do wychódka po tych śledziuch latuł – szepcze mi do ucha Werniclaw. A więc dobrze, wójt trzeźwy, wina Grzelakowej i jej śmietany…

– Jaka wina szmietany, panie, niech pan nie szłucha tego prymitywa, co na targu mleko szpszedaje w niewygotowanych butelkach pszedpotopowych! Toć to wina Krylinowej, Krylinowa wójta tymi węgoszami bez popitki podanymi uraczyła, bo wójt jest absztynentem pszesziesz i te ciemniaki słowo absztynent z alkoholem pomylili – do drugiego uszka krzyczy mi Awojdysław.

– Wielmożny pan Grycyk obrzuca nas spojrzeniem gniewnym i potem zlanym, więc drogi panie Werniclawie i uprzejmy panie Awojdysławie, zmilczeć musimy natychmiast – upominam drogiego pana Werniclawa i uprzejmego pana Awojdysława, uśmiechając się przepraszająco do wielmożnego Grycyka.

– Jako rzekłem wcześniej – rzekł podobnie co wcześniej Grycyk – umiłowany panie wójcie, kochana Rado Letniska Gminy Milanówek, wielbiona starszyzno Letniska Gminy Milanówek, sławetni przedsiębiorcy z naszego pięknego Letniska Gminy Milanówek pochodzący, nieocenieni mieszkańcy i bliscy memu sercu letniskowi brygadziści-ochotnicy dla Letniska Gminy Milanówek w Służbie Porządku Działający! Muszę, choć robię to z ciężkim sercem, stwierdzić, iż na sali jest… szpieg!

Oznajmiwszy hiobowe wieści, urzędnik zszedł ze sceny, przewodząc trzynastu chłopcom z Letniskowej Brygady Ochotników dla Letniska Gminy Milanówek w Służbie Porządku Działających (w skrócie LBOLGMSPD). Gdy korowód mknął obok biesiadników, wszyscy nieznacznie się unosili, korygowali swoją przystolną pozycję – to kręgosłup prostując, to nogi łącząc, to dłonie plącząc. A on, Grycyk, wiedział, on to czuł, jak im wszystkim teraz nie nogi, nie dłonie, nie plecy – ale serca, serca do gardeł podchodzą… Jak kołaczą, walą i biją! I to na samą myśl o tem tylko, że on mógłby przed nimi się zatrzymać, im szpiegostwo zarzucić…

„Mein Gott…”, pomyślała Brunhilda O’Cacy, która zapewne znalazłaby uznanie w oczach Rubensa, gdyby biedaczysko jeszcze żył, lecz teraz… – „…oby mi tylko w brzuchu nie zaburczało”. Niestety, zaburczało, a i owszem: zrazu delikatnie, można rzec – nie bójmy się tego określenia w czasach tak szybkich i bezwzględnych – NIEŚMIAŁO! Nieśmiało, a dzięki temu w jakiś przemożny sposób – nie bójmy się tego powiedzieć w czasach tak zmechanizowanych – NATURALNIE! Co gorsza jednak ten Brunhildowy burczek brzuszny zaczął się rozochocać, jelitowo rozanielać, między narządami przelewać, zupełnie jak rozochocają się, rozanielają i przelewają pomiędzy rządami różnych krajów pewne – nie lękajmy się użyć tego określenia w czasach tak rozochoconych, sobą samych rozanielonych i płynnych – NIEBEZPIECZNE pomysły!

– Musi coś zjeść – rozkazał Grycyk przez zaciśnięte zęby, przechylając głowę w niewerbalnym i niegraficznym znaku zapytania. Nie dowiedziawszy się, na co ma ochotę Brunhilda, podszedł do stołu zastawionego ciastami. Przystanął obok słodkości nadziewanych makiem i przechylił łepetynę – co, jak już wiemy – znaczyło zapytanie. Gdy kobieta odmówiła, urzędnik pokiwał ze zrozumieniem i tolerancją, przecież O’Cacówna nie musi mieć wcale ochoty na konsumpcję… dajmy na to… rogala świętomarcińskiego.

Kolejnym wyborem Grycyka okazał się ogromny tort w kształcie piramidy, oblany malinową polewą. Twarz szefa Brygady rozpromieniła się w uśmiechu z rodziny zachęcających i nieco zawadiackich. Zadziornemu chichotaniu wtórowało delikatne kiwnięcie głowy, już nie znak zapytania, tylko zdecydowane nagabywanie. Potencjalna muza Rubensa zobaczyła siebie oczami wyobraźni: leżała u stóp Piz Palü, z ciałem pokrytym czerwoną polewą, zlizywaną przez Grycyka przystrojonego jedynie w filcowy, bawarski kapelusz – niezbędny element wyposażenia miłośników Oktoberfestu.

Brunhildę niewiele już dzieliło od zajodłowania, co szczęśliwie nie nastąpiło, gdyż urzędnik zrobił rzecz niespodziewaną, zdumiewającą i straszną. Złożył dłoń w pięść i z całej siły zdzielił wierzchni krąg ciasta. Słodka substancja ustąpiła, a ponad mieszanką kremu, owoców i warstw biszkoptu pojawiła się… głowa Jana od Terliczków. Biedaczek, momentalnie pochwycony przez brygadzistów, zdążył jedynie wypluć wiśniową pestkę.

– Oto jest głowa szpiega! – krzyknął tryumfalnie Grycyk. Mieszkańcy oszaleli z radości. Skandowane nazwisko szefa Brygady wzbijało się co chwila pod sklepienie teatru, podczas gdy on, jak gdyby nigdy nic, przekazał kawałek tortu mdlejącej z rozkoszy Brunhildzie.

W tym czasie wójt dotknął swych pokręconych wąsów, sprawdzając, czy są aby na miejscu. Gdy okazało się, że nie zniknęły, wyrzekł z chrypką w głosie: – Chcę wrócić do zarzuconego wątku. Ukhm… Otóż wycinając i sadząc drzewa, zmieniamy nasz świat. Te drzewa… które wycinamy, ustępują miejsca pięknym domom. Te drzewa, które sadzimy… dają cień w upalne dni…

Grycyk, znowu stojący na końcu sali, zaśmiał się w duchu: „Najpierw tej krowie burczy w brzuchalu, później ten pseudowąsacz nie potrafi skończyć przemówienia… Co za wstyd…”. Gdy tak rozmyślał, wsparcia wójtowi postanowił udzielić proboszcz.

Część zebranych ukryła twarze w dłoniach, część jęknęła żałośnie pod nosem.

– N‑niektórzy z wa‑as już wie‑dzą, o c‑co cho‑odzi, nie‑którzy się t‑tego od ja‑akiegoś cz‑asu d‑domyślają – zaczął ksiądz Klaudiusz. – A więc d‑drodzy, oto przy‑yczyna na‑szego s‑spotkania, oto po‑owód, dla któ‑rego t‑tu się spo‑otkaliśmy, dla któ‑rego k‑kobiety upie‑ekły cia‑sta i p‑pieczenie, ule‑epiły i ugo‑towały p‑pierogi, ze‑erwały z krza‑ków o‑owoce, któ‑óre pó‑źniej u‑uprażyły, na‑astępnie umie‑ściły w p‑podłużnych ro‑ondlach, na któ‑rych p‑położyły…

(Przekazana godzinę później informacja zelektryzowała wszystkich obecnych. Nie da się wprost opisać skali wrażenia, jakie wywarła na kobietach i mężczyznach, młodych i starych, kawalerach i panienkach, małżeństwach i rodzeństwach, sklepikarzach i kolejarzach, urzędnikach i przedsiębiorcach, profesorach i pisarzach, wreszcie gospodyniach i pracownikach rzeźni milanowskiej…).

– … a n‑następnie dy‑ystrybuowane prz‑ez f‑firmę DuMa‑aurier, a wysta‑wione n‑na sto‑oisku nu‑mer t‑trzy ty‑ysiące w Pa‑wilonie X, gdzie z‑zdobyło La‑aur Zło ‑-tego L‑liścia….

– Jego Eminencjo, racz nam dać informację, o co chodzi!

– Z naszego letniska uciekły wszystkie ptaki… – powiedział ksiądz proboszcz na jednym wdechu, ze łzami w oczach.

[…]

[dalszy ciąg historii do przeczytania w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.