10/2018

Anna Matysiak

Liminalne sny Małgorzaty Lebdy

Zbiór wierszy Sny uckermärkerów to piąty tom poezji w dorobu Małgorzaty Lebdy, uhonorowanej w roku ubiegłym Nagrodą Orfeusza za zbiór Matecznik. Nie od rzeczy będzie wiedzieć, że składające się nań wiersze osadzone są w tej samej przestrzeni dzieciństwa, z jej topograficzno-onomastycznymi szczegółami. Ale wiedza geograficzna nie jest obowiązkowa, poetycka opowieść Lebdy jest bowiem uniwersalna, ze swoim zakorzenieniem w szczególe, w konkrecie. Nie ma w niej już ojca, którego postać była spoiwem Matecznika, i nie ma w zasadzie dorosłych. Jest wieś, są siostry i bracia, chłopcy i dziewczęta, postawieni wobec wielkiej pracy dojrzewania, rozpoznania siebie, oddzielenia.

Snach uckermärkerów Małgorzata Lebda zbliża się. Deklaratywnie – obsesyjnie przypomina o tym w tytule każdego wiersza: zawsze mamy w nim słowo „zbliżenie”, które przynosi najpierw skojarzenia z fotografią, filmem – z panoramy zdarzeń i obrazów zostaje wyjęty jeden wyrazisty moment-kadr, z koncentracją na punctum; następuje mocna fokalizacja, wyciągająca na pierwszy plan rzeczy, które byłyby nieoczywiste w obiektywnym przeglądzie znaczeń. Ale zbliżenie oznacza także fizyczną miłość, która tu rozumiana jest jako poznawanie cielesności – własnej i cudzej, także cielesności ponad- i pozaludzkiej (gorzkie pyski zwierząt, „ciało wody”, las schodzący w dół wsi). To jednak za każdym razem także po prostu podejście bliżej do czegoś, spojrzenie z bliska na coś, od czego zdążyliśmy się odsunąć. Taki zabieg od razu nakłada formalną ramę na czytanie – bo skoro się przybliżamy, co chwila od nowa, to znaczy, że naszą podstawową pozycją jest oddalenie, a to każe się zastanawiać, dlaczego tak jest. Czy może obcujemy w takim rytmie – w ślad za poetką – z czymś, co inaczej byłoby za trudne do zniesienia?

W wierszu zbliżenie: choroba mamy do czynienia z rodzajem pierwotnej epifanii i właściwą jej dwuwartościowością numinosum. Zacytuję go w całości:

mówi: śnił mi się bóg był stary

i chodził na czterech łapach wołaliśmy

na niego kuba chociaż nie przypominał

umaszczeniem naszego myśliwskiego psa

starsi rozpoznali w nim wściekliznę jeden z nich

zabrał z pniaka siekierę i zaprowadził boga za stodołę

później zanosiliśmy w to miejsce naręcza nawłoci

ciężkie od rosy


Świętość w rozumieniu antropologicznym to coś, co jednocześnie przyciąga i odpycha, a nawet zagraża życiu – zetknięcie z numinotyczną potęgą może zabić. Przypominamy sobie Rudolfa Otto i Carla Gustava Junga: w kontakcie z sacrum odczuwamy zależność istnienia, tremendum, moc-gniew-orge, mysterium. Domniemana wścieklizna boga-psa spełnia te wszystkie warunki, jest odmianą śmiertelnego mitu: każdy kiedyś słyszał o potędze tej choroby – gdy są już objawy, nie da się przeżyć, choć jest się jeszcze świadomym, że nieodwołalne nadejdzie. Wystarczy też samo podejrzenie kontaktu, by na długo (na zawsze?) pozostał lęk, że choroba kiedyś się obudzi (według krążącej swego czasu legendy – wiejskiej – stało się tak z pewną panną młodą w dniu jej wesela, co też ma swoją rację, wszak doszło wówczas do kondensacji sacrum). To starsi – to określenie również budzi skojarzenia religijne, bo to być może „starsi” kultu, a jednocześnie tacy, którzy przebywają wciąż jeszcze w „dzieciństwie świata” – „rozpoznali” u boga-psa wściekliznę (numinotyczne zagrożenie); rozpoznanie – to słowo sugeruje również pracę oddzielenia: ważnego od nieważnego, dobra od zła itd. Oczywiście to także postawienie diagnozy (światu?). Bóg zostaje więc zaprowadzony za stodołę – co wprowadza dodatkowo dwuznaczność: „za stodołą” to miejsce nieczystości, skoro tam zginął i spoczął bóg, można domniemywać, że jest to w pewnym sensie nieczystość sakralna, w bardzo pierwotnym rozumieniu – tak jak nieczysty może być obiekt kultu, którego dotknięcie skutkuje pewnego rodzaju skażeniem i koniecznością dokonania rytualnych oczyszczeń przed ponownym wejściem w życie społeczności.

W cytowanym wierszu Lebdy uruchamiane są archetypowe motywy związane z przeżywaniem świętości, na przykład odniesienie do tego, co antropologia nazywa homo sacer (ciało święte, które można zabić, które jest wyłączone spod prawa, ale tu prawa jeszcze nie ma albo dopiero jest próbowane, jakby przymierzane do rzeczy i zdarzeń; dotyczy to wielu elementów wykreowanej w tych wierszach rzeczywistości – jest wypróbowywana, sprawdzana w pierwszym w użyciu), oraz, co oczywiste, motyw ofiary. W miejsce kaźni noszona jest nawłoć, zwana inaczej, warto może wiedzieć, złotą dziewicą. To jedna z najstarszych znanych ludziom roślin leczniczych. Lebda w swoich wierszach jest antropologiem: uruchamiając motywy numinotyczne, przygląda się własnemu dzieciństwu jakby przez filtr filogenetyczny, sprawdzając – przez przybliżanie – jak próbujemy rozeznać się wobec podstawowych jakości poznawanego przez człowieka świata, podstawowych opozycji i połączeń. Rejestruje stawanie się.

Wiersze w Snach uckermärkerów dzieją się na granicy, jakby na moment przed rozdzieleniem się żywiołów; ciała sióstr i braci są również połączeniem żywiołów i materii różnego pochodzenia i różnego przeznaczenia, nierozdzielenie sięga podstawowych opozycji, takich jak żywe i martwe, sacrumprofanum, zwierzęce i ludzkie, męskie i żeńskie, dobro i zło. Przeważają formy graniczne: siostry są jak ptaki, bliskie stajennym zwierzętom (zbliżenie: smak, zbliżenie: zwierzę), pokrewne zwierzętom również w ich materialnej organiczności (zbliżenie: mięśnie), złączone z żywiołami: siostra „jeszcze dławi się potokiem”, w innym wierszu mamy nierozdzielenie od wody (zbliżenie: woda), od ognia (zbliżenie: ogień 1), ziemi, kamienia (zbliżenie: kamień). Wiele tu obrazów dopełniania przeciwieństw: tworzącej się płciowości, odmian emocji, życia i śmierci. Widzimy procesy uchwycone w trwaniu, rzeczy zaskoczone w stawaniu się, a także w akcie rozdzielania: póki co: „płynne ruchy [ptaków] przypominają ciało rzeki” (zbliżenie: rój). Siostry i bracia, dziewczęta i chłopcy cały czas są na pograniczu, w miejscu, gdzie dopiero następuje ich wydzielenie się z pomieszania, z chaosu.

W książce Lebdy następuje ryzykowne zejście w ten nieporozdzielany świat, na granicę stworzenia i niestworzenia, chaosu i kosmosu (rozumianych po eliadowsku). W tym sensie jej wiersze są szamańskie, z kontrolowanym wkroczeniem w liminalność, po to by rozpoznać i przetworzyć pewien zespół doświadczeń związanych z przestrzenią dzieciństwa. I, być może, rozpoznać siebie w konfrontacji z tym czymś pierwotnym – już ukształtowaną.

Można w nich łatwo odnaleźć elementy scenariusza inicjacyjnego (szamańskiego). To przede wszystkim choroba, od której książka się zaczyna: w pierwszym wierszu chore siostry jak ptaki „wystawiały wtedy fioletowe języki / do wiszącej nad boazerią Maryi”, jak pisklęta otwierające dzioby w stronę źródła pokarmu – duchowego? Są naznaczone krostami ospy, pokolorowane fioletem gencjany, przybierają barwy szamańskie i żałobne (zbliżenie: fiolet). Choroba jest obecna w kilku kolejnych utworach, a ta z początku wraca na sam koniec. Choroba sprzęgnięta zawsze z momentem mistycznym. Jest z nią za każdym razem połączony element rozpoznania, przeczucia natury świata. To choroba inicjacyjna – w społecznościach typu pierwotnego służyła kontrolowanemu wejściu w chaos i pozyskaniu mocy.

Inna rzecz to kości. To opłukiwana w potoku czaszka konia (zbliżenie: rytuał [!]), ale przede wszystkim piszczel, której urządza się pogrzeb (zbliżenie: ceremonia) – symbolika kości w szamanizmie wiąże się z trwałością, to szamańska pozostałość po inicjowaniu, po doświadczeniu choroby inicjacyjnej. Siostry kupują ją za śrut – narzędzie do zabijania, ale jakby obłaskawione w ich rękach; garść ołowianych kuleczek jest jak zabawka bez dopełniającej je strzelby. Przekazanie go chłopcom teoretycznie „uczynnia go”, aktywuje. Następuje wymiana nieaktywnych wcześniej mocy. W szamanizmie inicjacyjny sen przynosił wizję kawałkowania ciała i składania go z powrotem, ale już nie tak samo – coś właśnie miało pozostać, kawałek kości jako znak przymierza z sacrum, znak nabycia mocy.

Rzeczy, które się dzieją, są obsesyjnie wyrażane w języku mitu, w kategoriach przejścia, przeżyć granicznych, liminalnych. W najkrótszym, trzywersowym wierszu w zbiorze, zbliżenie: z nocy czytamy:

przejęte potokiem nie dopilnowały krów

znalazły je już nocą w zagonie w dole wsi

jedna z krów właśnie pękała


Nie wiemy na pewno, czy chodzi o narodziny czy o śmierć, obie ewentualności są równie możliwe i tak samo intensywnie liminalne. Podstawowe doświadczenie jest tu takie, że zmiennej, płynnej, kształtującej się rzeczywistości nie można „dopilnować”, ale można próbować ją chwycić w tym kształtowaniu, wejść w sam środek przemiany. Otworzyć się na tremendum, zmierzyć się z nim. Tytułowe uckermärkery, krowy rasy mięsnej przywożone nocą do ubojni, w czasie powodzi barwią swoją krwią wody potoku. Niepokoją już w tytule, a potem powracają, w swej liczbie stale mnogiej, jak podważający nasze krzątanie się w sobie grecki chór. W ostatnim wierszu siostra pyta: „a co jeśli / śnią nas przywleczone przez psy łby / uckermärkerów?”. To zejście jeszcze poziom niżej (wyżej?) w procesie wyodrębniania siebie. To pytanie o zasadę istnienia świata. Bo o tę właśnie zasadę pyta w swoim zbiorze wierszy Małgorzata Lebda.

Małgorzata Lebda: Sny uckermärkerów.
Wojewódzka Biblioteka Publiczna
i Centrum Animacji Kultury,
Poznań 2018, s. 46.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.