07-08/2019

Agnieszka Hudzik

Literatura jako ojczyzna
(pamięci Sergio Pitola)

[…]

Tonio w Bristolu
Na intrygujący rozdział o Polsce w biografii Sergio Pitola składają się dwa jego dłuższe pobyty w Warszawie, gdzie pracował od 1963 do 1966 roku jako korespondent oraz w latach 1972–1975 jako attaché kulturalny Ambasady Meksyku. W jego wspomnieniach stolica Polski, o dziwo, nie ma w sobie nic z szarej komunistycznej codzienności. To tętniąca życiem artystycznym światowa metropolia. Tak pozytywne impresje są z pewnością efektem uprzywilejowanej pozycji Pitola. Przez długi czas mieszkał w centrum, w hotelu Bristol. W mieszczącej się w nim restauracji widział ówczesne sławy: Marlenę Dietrich, Jacques’a Brela, Petera Brooka, Artura Rubinsteina, Claudia Arraua, Giorgia Strehlera, Ellę Fitzgerald czy Luchino Viscontiego. Ale to nie zagraniczne osobistości robią wrażenie na Pitolu, wcale nie zachwyca się blichtrem gwiazd. I nie jest oderwany od rzeczywistości. Świetnie orientuje się w tym, co się dzieje wokół, jest świadom sytuacji politycznej w kraju, dociekliwie studiuje literaturę i kulturę polską, śledzi debaty intelektualistów, uczy się języka.

Pierwszy pobyt Pitola w Warszawie to czas odwilży po 1957 roku. W księgarniach jest już więcej książek, ukazują się dzieła Andrzejewskiego, Brandysa, Gombrowicza, Kołakowskiego, Kotta, Mrożka, wznowienie opowiadań Schulza, a w teatrach bardziej urozmaicony repertuar. Jako młody, trzydziestoletni człowiek utwierdza się w swoim powołaniu literackim, przeżywa rozterki i kryzysy, nierozerwalnie związane z życiem artysty. Swój stan czasami porównuje z losem Tonia Krögera. Podobnie jak bohater noweli Thomasa Manna on też musi toczyć wewnętrzną walkę między uleganiem pokusom doczesnym a twórczą samotnością – między pragnieniem świata a koniecznością odwrócenia się od niego.

Chcąc zilustrować tę aporię, Pitol w Sztuce ucieczki wraca pamięcią do pewnego majowego popołudnia w Warszawie: siedząc na parapecie w pokoju hotelowym na najwyższym piętrze Bristolu zachwyca się widokiem. Na Krakowskim Przedmieściu tłum ludzi, to musi być piątek, bo jest większy ruch niż zazwyczaj. Jest piękny słoneczny dzień, w parku nieopodal kwitnie bez, wszędzie widać zwiastuny wiosny. Na biurku leży mnóstwo papierów. Pitol szykuje właśnie antologię polskich opowiadań współczesnych, czyta, wybiera, tłumaczy i koryguje teksty, równocześnie stara się szlifować własną prozę. W przerwie popija kawę i obserwuje ludzi za oknem, snuje przypuszczenia, wymyśla im historie, tworzy z nich postaci literackie i wplata je w swoje opowiadanie, by po chwili wrócić z powrotem do tłumaczenia Tataraku Iwaszkiewicza, który następnie w dłuższej dygresji zestawia z filmem Zmysły Viscontiego. Mnóstwo skojarzeń, literatura i życie przenikają się, pisarz próbuje się skoncentrować, a przez uchylone okno wpada do pokoju ciepłe, wiosenne powietrze. Wspomina, że w Warszawie odnalazł idealną atmosferę do pisania. Tylko o czym tu pisać, skoro materiał na dobre opowiadanie znajduje się na zewnątrz: na ulicy, w parku czy w kawiarni? Tam pulsuje prawdziwe życie, a nie na poddaszu, gdzie samotny artysta zmusza się do pracy, jakby sam sobie wymierzał karę. Ale czy odwrotna sytuacja też nie byłaby złym rozwiązaniem? Gdyby siedział w knajpie, mógłby go przecież dopaść smutek i wątpliwości, czy nie byłby szczęśliwszy, pracując w domu i np. czytając pisma Jana Kotta o Szekspirze. Jedyną ucieczkę przed takimi rozważaniami widzi w pisaniu.

Pitol w Warszawie nie stroni od ludzi, do grona jego bliskich przyjaciół należeli Zofia Szleyen, tłumaczka z literatury hiszpańskiej, i Marek Keller, kolekcjoner i marszand sztuki współczesnej, który na początku lat siedemdziesiątych opuści Polskę. To dzięki pośrednictwu Pitola Keller poznał Juana Soriano, słynnego meksykańskiego malarza i rzeźbiarza, i zaczął prowadzić jego interesy, a po śmierci artysty założył fundację jego imienia na rzecz promocji sztuki. Przed kilkoma laty polska prasa pisała o Kellerze jako darczyńcy, który podarował Muzeum Chopina w Warszawie listy kompozytora, kupione na jednej z aukcji. To Keller wprowadzał Pitola w życie towarzyskie stolicy, wyciągał go do teatru, na przedstawienia i przyjęcia. To dzięki niemu Pitol poznał – jak sam przyznaje – nocne otchłanie miasta.

Bramy kosmosu
Warszawa dla Sergio Pitola to również miejsce spotkań z ważnymi literatami. Jednym z nich był Jerzy Andrzejewski. Na początku pobytu w Polsce Pitol otrzymał egzemplarz Ciemności kryją ziemię we włoskim tłumaczeniu i nie mógł uwierzyć, że coś takiego mogło się ukazać w kraju bloku wschodniego. Był głęboko poruszony sposobem, w jaki powieść o inkwizycji w XV-wiecznej Hiszpanii obnaża uniwersalne mechanizmy władzy i opresji. Widział też jej adaptację sceniczną, napisaną przez Andrzejewskiego; wspomina, że do teatru ciągnęły tłumy, a samo przedstawienie miało charakter ćwiczenia duchowego albo egzorcyzmu, ale unikało kaznodziejskiego tonu.

Andrzejewski opisany przez Pitola to postać intrygująca i ambiwalentna – człowiek o wielkiej inteligencji i wrażliwości, ale także nieco zamknięty w sobie moralista o ostrych sądach. Po raz pierwszy Pitol zobaczył go na większym spotkaniu, na którym ktoś ich sobie przedstawił. Andrzejewski perorował o Zbrodni i karze, był w złym humorze, wzruszał często ramionami i wyjaśniał, że Polacy nigdy nie zrozumieją Dostojewskiego, bo w jego twórczości interesuje ich tylko aspekt religijny, a ich myślenie ogranicza katechizm. Z literatury iberoamerykańskiej czytał dzieła Alejo Carpentiera Podróż do źródeł czasuEksplozja w katedrze. Dzisiaj wiemy z jego dzienników, że nie był jej miłośnikiem. „Ponieważ wbrew modzie – pisał – wyjątek czyniąc dla utworów Márqueza, rzeczywiście wielkiego pisarza, niedobrze na ogół odbieram prozę tych wszystkich Cortazarów, Carpentierów i Borgesów” (Z dnia na dzień t. 2, s. 206). Mówił, że w sztuce powieści ceni przede wszystkim prawdziwe wyzwania i wielką formę, polscy autorzy współcześni stali się dla niego zbyt ociężali. Ktoś w grupie zapytał, co sądzi o Iwaszkiewiczu. Andrzejewski uśmiechnął się sarkastycznie i w odpowiedzi użył potocznego słowa, którego Pitol nie zrozumiał, a które wywołało powszechne rozbawienie.

Spotkali się jeszcze kilkakrotnie. Pitol pracował wówczas nad tłumaczeniem Bram raju. Długo starał się znaleźć wydawcę, aż w końcu udało się; Andrzejewski nie mógł uwierzyć, że jego książka ukaże się w kraju, o którym tak mało wie. To było dla niego zbyt abstrakcyjne, dlatego Pitol miał wrażenie, że jest mu raczej wszystko jedno, jak wypadnie przekład. Na pytania dotyczące książki odpowiadał szybko i zdawkowo, ale był ciekawy doświadczenia zawodowego swojego przyszłego tłumacza. Ze swoich dotychczasowych przekładów Pitol wymienił Jądro ciemności. Wtedy Andrzejewski wyraźnie się ożywił i odrzekł, że pisarze, którzy go teraz najbardziej interesują, to właśnie Joseph Conrad i Tomasz Mann. Opowiadał, że w młodości przed wojną fascynował się twórczością kilku katolickich powieściopisarzy z Francji, takich jak François Mauriac czy Georges Bernanos, ale po brutalnych doświadczeniach okupacji to zainteresowanie zniknęło. W ich tekstach widział od tamtej pory jedynie dobry warsztat – żadnej głębszej treści. W trudnych latach oparcie znalazł w prozie Conrada i Manna, którą również Pitol bardzo wysoko cenił. Dopiero kiedy Andrzejewski wyczuł, że jego rozmówca ma podobny gust, zmienił swoje nastawienie. Ich rozmowy stały się dłuższe i schodziły na inne tematy. Andrzejewski ganił Polskę, ale i ją usprawiedliwiał, tłumacząc cierpliwie jej tragiczną historię, co Pitolowi przypominało nieco komiczną formę nacjonalizmu. Pitol drążył wątek literatury polskiej, pytał o polskich autorów, na co Andrzejewski machał jedynie lekceważąco ręką. Przyparty do muru, stwierdził, że ważny był dla niego Bruno Schulz.

Oprócz Bram raju Pitol przełożył jeszcze dwie książki Andrzejewskiego: powieść Ciemności kryją ziemię i opowiadanie Niby gaj. Po ukończeniu prac nad tłumaczeniami wspomina moment, gdy ktoś podarował mu Zniewolony umysł. To była dla niego porażająca lektura, czuł, jakby ktoś uderzył go w twarz – trudno mu było uwierzyć w zarysowany przez Miłosza portret pisarza, jego stosunek do władzy i ideologii. Jednak nie stracił sympatii dla Andrzejewskiego, a przekład jego dzieł przyniósł niespodziewane skutki. W 1965 roku, kiedy już od dwóch lat mieszkał w Warszawie, otrzymał z Vence list od Witolda Gombrowicza. Pierwsza myśl: to musi być żart! Skąd Gombrowicz o nim wie? Jak go odnalazł? Okazało się, że pisarz miał w ręku Bramy raju po hiszpańsku i przekład tak bardzo mu się spodobał, że zwraca się z prośbą, żeby to Pitol przetłumaczył fragmenty Dziennika odnoszące się do Argentyny, które wydawnictwo Editorial Sudamericana w Buenos Aires chce wydać jako Diario argentino. To zlecenie było przełomowe w karierze translatorskiej Pitola, dzięki niemu przez kolejne lata mógł pracować jako wolny tłumacz. Z tekstów Gombrowicza przełożył jeszcze m.in. Kosmos, przebywając w 1969 roku w Barcelonie, Bakakaj oraz, we współpracy z Kazimierzem Piekarcem, Trans-Atlantyk.

W Archiwum Literatury Beinecke znajdują się listy Pitola do Gombrowicza, dotyczą spraw technicznych, zwłaszcza pracy nad tłumaczeniem Dziennika. Konsultuje długość rozdziałów, co dokładnie ma wejść w skład argentyńskiego wydania, na niektórych wersjach roboczych spisu treści widnieją odręczne dopiski i korekty Gombrowicza. Ton listów Pitola jest bardzo rzeczowy i profesjonalny, większość z nich jest pisana na maszynie na papierze firmowym z logo Universidad Veracruzana w Xalapie i nagłówkiem Dział Redakcyjny. Prawie wcale nie ma w nich intelektualnej wymiany zdań, prywatnych uwag czy osobistych wynurzeń. W jednym z listów z maja 1966 roku Pitol powiadamia jedynie w krótkim akapicie, że właśnie ukończył tłumaczenie opowiadań Schulza, nad którym długo się męczył. Natomiast w sierpniu 1966 roku pisze, że już na stałe opuścił Warszawę. Zwierza się, że spośród wielu miast, w których przyszło mu mieszkać, to właśnie stolica Polski odcisnęła na nim głęboki ślad. Nie rozwija jednak tego komentarza, nie wyjaśnia, co tak bardzo go urzekło w tym kraju, i szybko informuje o nowym adresie w Meksyku, pod którym będzie teraz dostępny. Dyplomatyczny dystans w korespondencji Pitola kontrastuje z subtelną poufałością i niemal zuchwałością w listach, które pisał do Gombrowicza poprzedni jego tłumacz – kubański pisarz i poeta Virgilio Piñera. Po polsku niedawno ukazał się zbiór jego tekstów Zimne opowiadania (przeł. Tomasz Pindel, Universitas 2014). Piñera należał do grupy młodych artystów, którzy w kawiarni Rex w Buenos Aires wspólnie pracowali nad przekładem Ferdydurke. W jednym z listów tytułuje Gombrowicza mon vieux copain, w innych podkpiwa z jego zarzutów (błędy w książce). Wyjaśnia, że nawet jeśli jest w niej kilka niedociągnięć, nie umniejszą one sukcesowi powieści, a jeśli nie – to tylko potwierdzi się fakt, że „my Latynosi” nie mamy respektu dla kultury.


[…]


[całość można przeczytać w numerze]

Sergio Pitol: Przedślubne spotkanie
(przeł. Zofia Szleyen i Andrzej Sobol‑Jurczykowski,
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 1974.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.