07–08/2018

Mateusz Kołozwarski

Lizaczek

Ta historia się już skończyła. Kończyła się zresztą kilkakrotnie, za każdym razem, kiedy zegar w telefonie komórkowym odmierzał wyznaczony czas: sześćdziesiąt minut. Wtedy wstawałem z łóżka, ubierałem się, wzywałem taksówkę, podając fałszywe nazwisko „Kołozwarski”, kładłem na stole pieniądze i wychodziłem. Wychodząc, stawałem się dla niego nicością, bo za godzinę lub dwie miał przyjść inny klient. Trzeba więc było wziąć kąpiel, odsapnąć trochę, poprawić w lustrze włosy i ponadto pomyśleć, czy istotnie wybrał dla nich właściwy kolor.

Kiedy zamykał za mną drzwi, on również dla mnie jakby umierał. Opuszczając jego „dyskretne mieszkanie”, nie mogłem nawet powiedzieć, że ma trudny charakter. O zmarłych należy mówić w czasie przeszłym. Mówiłem więc: miał trudny charakter. Godne uznania było to, że sam wyszczególniał swoje wady. Wręcz chełpił się nimi. Oczywiście nie z własnej winy stał się osobnikiem tak pysznym, tak bezczelnym, tak impertynenckim… Zawinił ojciec, zawinił brat, zawiniła nawet matka, która go nadmiernie kochała.

Choć faktycznie bardzo lubił rozwodzić się nad własnymi przywarami, wcale nie trzeba go było w tym wyręczać, widział w sobie, mimo wszystko, człowieka dobrego. Wspierał małymi kwotami istoty będące w potrzebie: zaniedbane zwierzęta, chore dzieci, maltretowane kobiety. Kto był zwierzęciem, dzieckiem lub kobietą, mógł liczyć na jego względy, pozostali zaś – nie. Młodych mężczyzn nie lubił, a starych, o orientacji homoseksualnej, chciał tylko wykorzystywać. Czekał na pojawienie się bogatego geja w podeszłym wieku, szaleńczo w nim zakochanego, który byłby gotów pchnąć go w górę. Przecież przyjechał do Warszawy właśnie po to, by się wybić. Aha, ten wymarzony, stary gej mógłby być podobny do rozdętej ropuchy albo wyschniętej jaszczurki, nieważne, byleby…

Miał więcej imion niż potomek Burbonów, a wszystkie fałszywe. Stanowiły dodatek do kiepskich fotografii – rozrzuconych po Internecie jako przynęta – z zamazaną wprawdzie twarzą, ale eksponujących inne walory: blond włosy, kształtną pupę i zgrabne nogi. Z jego oferty erotycznej dowiedziałem się, że był dwudziestoletnim masażystą. Oczywiście masował nago, można go było dotykać, a po masażu uprawiać z nim seks.

Tych godzin u Aleksa było kilka. Kiedy od ostatniej minęło trochę czasu, wydało mi się, że zapomniałem już jego twarz. Czy naprawdę była piękna? Przyszła mi do głowy myśl: może by tak wskrzesić atrakcyjnego nieboszczyka. Tylko na godzinę. A potem znowu go pogrzebać, już na zawsze. Zanim sięgnąłem po telefon, on pierwszy do mnie zadzwonił. Skarżył się, że już od dwóch dni nie miał żadnego klienta. I co to będzie? W tych narzekaniach kryła się zakamuflowana prośba, bym temu w wiadomy sposób zaradził, ratując statystykę, od której zależał jego byt. Wynalazł też dodatkowy powód, dla którego powinienem był go odwiedzić. Ufarbował włosy. Tym razem na czarno. Jak mógłbym nie chcieć go w nich zobaczyć?!

Biegłem do niego czy wręcz frunąłem, mając stopy uskrzydlone jak Hermes. Niosłem w darze pyszne pralinki od Wedla: różanej nadano formę rozkwitłej róży, orzechowa miała kształt orzecha włoskiego, marcepanową upodobniono do rozchylonych ust, a ta będąca banalnym, czerwonym serduszkiem kryła w sobie nadzienie o smaku… Ach, już zapomniałem! Pudełko z pralinkami podałem mu na starej, platerowej paterce bez sygnatury, dodanej do nich jako drugi prezent. Zrobiło to na nim niejakie wrażenie, co kolejny raz dowiodło mi, że nawet niezbyt kosztowny przedmiot może we właściwym momencie odegrać wspaniale swoją rolę, właśnie tak jak owe świeczniki z papier-mâchè hrabiego Kapnista, z muzeum w Łebedynie, udające szlachetny brąz. Poprosiłem Adriana, żeby otworzył pudełko i wybrał dla mnie jedną pralinkę. Miałem nadzieję, że sięgnie po serduszko, ale jego wybór padł na marcepanowe usta, które włożył do moich ust. Łatwo się domyślić, jaką pralinkę ja wybrałem dla niego. Pozostały dwie: różana i orzechowa. Zapytał mnie, czy może się nimi poczęstować. No, naturalnie! Z namaszczeniem kładł je sobie na języku, przymykając oczy. Ta z nadzieniem różanym przypomniała mu pączki, które w niedawnym jego dzieciństwie smażyła babcia Eugenia. Jej portrecik miał w swoim telefonie.

Telefon, na który co jakiś czas dzwonili klienci, był jednocześnie jego albumem rodzinnym. Najwięcej było w nim zdjęć matki. Na tym, które sobie akurat wyświetlił, była uśmiechnięta, a jednocześnie zafrasowana. Nietrudno było zgadnąć dlaczego. Martwiła się o syna, który wyjechał z domu, by zrobić karierę w Warszawie. Czym się naprawdę zajmował? Skąd miał tyle pieniędzy? Stała tak na tle regału, wypełnionego kryształami, zastygła jak kariatyda, mająca tyle na głowie. Tak ją sobie wyobrażałem na zdjęciu, którego Maks nie chciał pokazać. I bardzo dobrze! Gdyby to uczynił i pokazał mi twarz swojej matki, nie mógłbym go już chyba dotknąć. A przyszedłem właśnie po to, żeby go dotykać, wszędzie.

[ciąg dalszy historii do przeczytania w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.