07-08/2019

Barbara Sadurska

Mapa

Każdy ma swój świat, który tworzy na własny obraz i podobieństwo.

Mój ojciec kochał mapy. Uwielbiał mapy. Posiadał mapy. Kolekcjonował mapy. W jego gabinecie stały przeszklone szafy zaprojektowane specjalnie do przechowywania map. Leżały w nich długie tuby przeznaczone wyłącznie na mapy. Oraz szerokie, płytkie szuflady, w których oczywiście.

Czy było coś, czego mój ojciec nie zrobiłby, aby zdobyć obiekt pożądania, upragniony oryginał, szkic, inkunabuł? Trudno powiedzieć. Jednak dziś, kiedy jestem starym człowiekiem, a moje drżące ramiona okrywa purpurowy płaszcz, dziś – klęcząc nocą w szpitalnej kaplicy, myślę sobie, że nie. Że nie było nic takiego. Ukrywam twarz w dłoniach i czuję w gardle szloch. Rozumiem, doskonale rozumiem jego pragnienie.

Miałem siedem lat, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem próg prywatnego gabinetu mojego ojca. Dostąpiłem tego zaszczytu w marcu 1953 roku, w Hoboken, na przedmieściach Antwerpii, w Północnej Flandrii, w Belgii. Och, wtedy nie miałem jeszcze świadomości istnienia Wschodu i Zachodu, wtedy jeszcze Słońce kręciło się dla mnie wokół Ziemi. W dniu moich urodzin, piątego marca, pamiętam. Wcześniej wejście do gabinetu było absolutnie zabronione. A nawet niemożliwe, bo gabinet był bezwzględnie chroniony, zamykany na klucz, tylko jeden klucz, który ojciec, Adolf Alojzy Adler nosił zawsze przy sobie, w skórzanym portfelu, razem z dokumentami i banknotami, w wewnętrznej kieszeni marynarki. Wcześniej wejście do gabinetu nie było możliwe. Wtedy jeszcze nie było możliwe, dopiero później, kilka lat później, przez okno, razem ze słońcem, na ostatnim piętrze ceglastej kamienicy, po czarnej belce pruskiego muru, po której czasem skradało się ono w ostatnich aktach rozpaczy, tuż przed agonią na horyzoncie, kiedy pragnienie dotknięcia map mojego ojca stawało się nie do wytrzymania. Więc po tej belce, skośnej, biegnącej od na zawsze nieumytego okna na poddaszu do okna gabinetu, po belce o doskonałym nachyleniu odpowiadającym padaniu promieni zachodzącego słońca, po tej czarnej belce można było bez pozwolenia wejść do gabinetu. Ale dopiero kilka lat później.

Czyli miałem siedem lat, kiedy pierwszy raz wszedłem do prywatnego gabinetu mojego ojca Adolfa Alojzego Adlera, którego byłem prawowitym synem i jedynym spadkobiercą, i na własne oczy zobaczyłem jego mapy.

– Możesz się tu rozejrzeć, chłopcze. Tylko, na Boga, niczego nie dotykaj.

Nie dotknąłem.

Umiałem liczyć do dziesięciu: pięć szaf pod jedną ścianą, pięć pod drugą. Między oknami obrazek. Niekolorowy. Stary mężczyzna pochylony nad jaśniejącą mapą nagle odwraca głowę. Patrzy przerażony. Czyżbym dostrzegł nagły, przeczący ruch jego ptasiej głowy?

– Nieistniejący Faust – rzucił od niechcenia ojciec, otwierając szafę. – Akwaforta.

Akwaforta. Myślałem, że to nazwisko autora. Jak dobrze, że się wtedy nie odezwałem! Stałem tylko z rękami splecionymi z tyłu, żeby nie dotknąć.

Wiele lat później, w celu oszacowania spadku, poddałem to dzieło ekspertyzie. Wcale nie było najcenniejsze w zbiorach mojego ojca, choć rzeczywiście – nieznana akwaforta Rembrandta. Usłyszałem to nazwisko kilka lat później.

Więc jestem w gabinecie ojca. Na środku – biurko. Czarne, z szufladami. Ojciec wyjmuje z szuflady poskładane dokumenty, rysunki, mapy, plan. Plan. Który rozkłada na blacie.

– Tylko nie dotykaj – powtarza i schyla się do szafy po dużą czarną tubę.

A ja pochylam się nisko nad planem. Jeszcze niżej. Widzę szeroką ulicę między trzypiętrowymi kamienicami. Torowisko. Tramwaj rusza z przystanku. Szyldy. Kowalsky & Abrahamsohn, Palast-Cafe. Bromberg – literuję.

Stoję z dłońmi splecionymi za plecami i patrzę w dół na ulicę Danzigerstrasse, nie, przepraszam, to słoneczny wrzesień, piątek, Adolfstrasse. Stoję i patrzę, dłonie splecione za plecami. Niczego nie dotykam. Żeby dojść do ratusza, trzeba stawiać duże, długie kroki. Wiem, dokąd iść. Znam tę ulicę, znam ten plac. Szerokie schody, kuta brama. Trzeszczą wysokie, czarne buty z lakierowanej skóry. Barkiem otwieram drzwi. Wchodzę.

Wnętrze kamienne i chłodne. Aby dość do rejestrów (Dlaczego do rejestrów? Bardziej interesuje mnie archiwum. Archiwa są w piwnicach!) trzeba wbiec na pierwsze piętro. Wbiegam. Potem korytarzem do końca i w prawo. Tam ostatnie drzwi po lewej. Wchodzę.

Wąskie, długie pomieszczenie. Brązowe szafy, każda opatrzona sygnaturą i literą alfabetu. Niekiedy datą: 1899, 1912, 1938. Na końcu podwójne okno. Na parapecie pelargonia. Podchodzę, ręce splecione za plecami. Patrzę z góry na plac. Wielu mężczyzn w wysokich, czarnych, lakierowanych butach. Pomnik mężczyzny bez konia i dwie wieże jezuickiego kościoła. Po lewej kawiarnia Hir­scha. Później pójdę tam na kawę, postanawiam i proszę o okazanie istotnych dokumentów.

Kobieta w ciemnej, szarej sukience, włosy wysoko upięte w misterny kok, podaje mi wszystko, czego zażądam. Dokumenty, mapy, plany. Patrzę na pożółkłe kartki papieru, czytam nazwy, nazwiska, adresy w trudnym, szeleszczącym języku. Lewa nadal za plecami, suche strony przewraca prawa dłoń w czarnej, skórzanej rękawiczce. Nie rozpoznaję jej. Nie wiem, do kogo należy. Moja?

– Was ist das? – pytam nieswoim głosem.

– To plan nieistniejącego miasta – mówi ojciec tuż nad moim uchem. Odwracam do niego głowę i przez moment znowu mam siedem lat.

– To miasto nie istnieje – powtarza Adolf Alojzy Adler i stuka zakrzywionym jak u ptaka, żółtawym paznokciem w czarny blat biurka, na którym plan wykonany ołówkiem kopiowym z datą 1912 i gotyckim napisem na górze Bromberg, a w prawym dolnym rogu…

– Plan Stübbena, pierwszy szkic jego planu, nigdy nie zrealizowany. Rarytas – dodaje, schylając się do jednej z niższych półek czarnej, do połowy przeszklonej szafy na mapy.

Pochylam się nad planem Hermanna Josefa Stübbena, wpatruję w nieistniejące skrzyżowania, w budynki, których nie ma, w ruiny pojezuickiego kościoła. Chmura ptaków zasłania zachodzące słońce i przez chwilę robi się ciemno. Ojciec nagłym, krótkim ruchem zwraca głowę w stronę okna i w tym momencie wygląda jak Faust, jak ten Faust z obrazka na ścianie. Widzę jego orlą twarz. Jezu!

Ale on już wsunął plan Stübbena do szuflady biurka. Chciał mi pokazać coś innego.

– W dniu twoich dziesiątych urodzin otrzymasz ode mnie tę mapę, synu – powiedział, litościwie rozkładając przede mną wielki suchy pergamin z mapą odwróconego świata. – W dniu twoich dziesiątych urodzin – powtórzył, a ja policzyłem szybko na palcach, to za trzy lata, tato, to przecież nigdy nie nastąpi, zlituj się, ojcze, nie skazuj mnie na wiekuiste cierpienie, czym sobie zasłużyłem, ale powiedziałem tylko:

– Tak, ojcze – i starałem się, aby moim oczom nie umknął żaden szczegół, żaden najdrobniejszy ruch dłoni, jego żółtawych palców, kiedy ją zwijał, wsuwał w ciemny, miękki otwór tuby wyściełanej czerwonym aksamitem, zamykał wieko, a następnie schylił się w półobrocie i ułożył ją na półce drugiej od dołu, tam gdzie nie było przeszkleń w drzwiach, więc nawet zazdrosne promienie zachodzącego słońca nie docierały, nie podglądały, nie pożądały mapy Fra Mauro, tej zaginionej, wykonanej przez Fra w 1455 roku w klasztorze na południu Europy.

A potem ojciec zwrócił swoje oblicze w moją stronę i ruchem podbródka wskazał mi drzwi. Wyszedłem.

*
Po matce odziedziczyłem kształt ust, inklinację do polszczyzny i awersję do czarnych ptaków. Pamiętam, że mama zawsze nosiła czarne sukienki z długimi rękawami, nawet w sierpniu. Kiedy służąca wieszała je wszystkie na sznurze, łopotały na wietrze jak skrzydła kruków. Chyba się ich bałem.

Pół roku później, wczesną jesienią stłukłem niebieski dzbanek na śmietanę i wszyscy w domu zaczęli płakać. Bałem się reakcji ojca, poszedłem więc do kuchni, do kucharki, i powiedziałem jej:

– Stłukłem ten niebieski dzbanek mamy – ale ona też zaczęła płakać, objęła mnie, wsadziła moją twarz w swój dekolt i szepnęła:

– Biedne dziecko, co z nami teraz będzie.

Uważałem to jednak za pewną przesadę, żeby ten dzbanek był taki ważny, niemniej czułem się ogromnie winny i odpowiedzialny za śmierć mamy, która tego dnia rano – zapewne chcąc umyć okno na strychu – stanęła w swojej czarnej sukni na parapecie i wiatr zdmuchnął ją na dół. Zupełnie śmiertelnie. Miałem nadzieję, że to nie ma nic wspólnego z tym dzbankiem, ale czułem, że jednak ma. Chciałem nawet powiedzieć o tym niani, ale w końcu postanowiłem nie zawracać jej głowy. Zostałem z tą winą sam, aż do pierwszej spowiedzi, kiedy ojciec Nathaniel, dusząc się od kaszlu, udzielił mi rozgrzeszenia. To wcale nie było śmieszne.

Ojciec poznał matkę rok przed moim przyjściem na świat, w dość tajemniczych okolicznościach, kiedy wędrowała z Esterwegen na północ. Nic więcej nie wiem. Żadnych dokumentów, świadków, rodzinnych pamiątek. Nic. Podobno przyniosła ze sobą książkę kucharską, niebieski dzbanek na śmietanę i obrazek, który wisiał w gabinecie ojca. Tylko jeden obrazek wisiał w jego gabinecie. Pamiętam, że była piękną kobietą, że mówiła do mnie po polsku i niemiecku, w nocy śpiewała kołysanki i całowała mnie w czoło, robiąc kciukiem znak krzyża. Raz mi się wydaje, że miała czarne włosy, a kiedy indziej znowu, że jasne. To chyba zależało od światła.

Zresztą teraz, kiedy jestem starym człowiekiem, obraz matki, którą ostatni raz widziałem w niedzielę wieczorem, gdy zrobiwszy znak krzyża na moim czole, złożyła na nim swój pocałunek i wyszła, a następnego dnia był ten okropny wiatr, po śniadaniu zaś rozbiłem ów nieszczęsny dzbanek i wszyscy od tej pory patrząc na mnie, kiwali głowami i mówili, ach to ten biedny Adrian, którego matka… i głaskali mnie albo dawali cukierki, więc ten obraz stał się nieco niewyraźny. Czarna suknia. To pamiętam dokładnie. Ale ile ja wtedy mogłem mieć lat? Osiem?

W naszym domu w Hoboken, w Antwerpii, w Północnej Flandrii zawsze była jakaś niania. Podejrzewałem, że musiały się jakoś nazywać. Prały, sprzątały, gotowały, bawiły się ze mną i opowiadały straszne historie. Nie mogły mieć wszystkie na imię Niania. Ale nie poznałem prawdziwego imienia żadnej z nich. Nawet nie pytałem. Pamiętam, że jedna była stara i miała szeroki fartuch zawiązywany w pasie. To ona opiekowała się sukniami mojej matki i to ona wepchnęła wtedy moją głowę w swój biust, tak że straciłem oddech. Ale rok później była inna, a potem jeszcze następna. I wszystkie pracowały w naszym domu i wszystkie robiły kawę dla ojca i kakao dla mnie. I ciągle czegoś ode mnie chciały. Najczęściej, żebym coś jadł albo się pospieszył.

Jedna z nich nauczyła mnie czytać. Ale nie wiem która. To było jeszcze, jak mama żyła. Pamiętam, że żyła, bo jak oznajmiłem ojcu, że umiem czytać,

– Cała ta literatura to zaledwie nieskończona kombinacja dwudziestu trzech liter alfabetu, nic więcej – powiedział.

A wtedy ona:

– Daj dziecku spokój.

Ojciec tylko pokręcił głową i spojrzał na mnie z ukosa, drapieżnie. Z dezaprobatą.

To był chyba moment, w którym na zawsze i nieodwołalnie przestałem cenić literaturę, a kilka miesięcy później, w dniu moich siódmych urodzin w marcu 1953 roku pochylony nad blatem biurka, na którym leżał plan nieistniejącego miasta Bromberg, zrozumiałem, że jedyną wartość ma graficzne odzwierciedlenie rzeczywistości. Lub choćby wyobrażenia o niej. Od tamtej chwili pragnąłem ponownie wejść do gabinetu ojca, który obiecał mi przecież, że pokaże…

Musiałem mieć za krótkie rękawy marynarki i spodnie, spod których wystawało trochę za dużo goleni. Zawsze miałem długie kończyny, ale wtedy, w wieku dziesięciu lat, kiedy moja matka nie żyła już od blisko trzech, a ojca obsługiwała kolejna niania, wszystkie ubrania zrobiły się na mnie po prostu za małe. Czułem się jak marionetka, krocząc za Adolfem Alojzym Adlerem po szerokich schodach na drugie piętro, dalej ciemnym holem i na wprost.

Pochylenie ojca, łuk jego pleców, nawet teraz widzę, jak staje nieco bokiem, żeby zapewnić sobie dostęp światła, a ja, pamiętam, krzyczę w duszy: teraz, teraz, teraz, tato, i tak, on popycha drzwi barkiem i wszystko skąpane w ostatnich promieniach spragnionego słońca, Boże, jak pięknie! Wchodzę za nim do gabinetu.

Ojciec rozkłada wielki blat kreślarski, brązowy, pachnie lakierem. Nieważne, nieważne! I kiedy on sięga do tej szafy, i rozwija ogromną mapę świata na materiale tak suchym i cienkim, że boję się, że się rozsypie, ja otwieram szufladę i wdycham zapach planu Stübbena, nawet go nie dotykam, tylko zamykam oczy i

Noc.

Noc. Szpital. Zapach lizolu. Błękitne światło księżyca przesączone przez kwitnącą gałąź kasztanowca. Sala, szum aparatu tlenowego, równe tempo akcji serca. Widzę wszystko. Zegar na ścianie, dochodzi czwarta, cienie na podłodze, białe krzesło, białe łóżko, białe ciało kobiety. Śpi? Podchodzę bliżej. Historia choroby. To jest jej historia choroby. Są tam te wszystkie litery, ale ja ich nie rozumiem, jeszcze ich nie rozumiem. Patrzę na nią. Kim jest? I kiedy ona otwiera oczy, Jezu!

A potem, natychmiast, wracam do mapy, którą ojciec

*
Teraz, kiedy jestem starym człowiekiem, myślę, że moje ciało ma takie miejsca jak ów pergamin, na którym Fra Mauro rysował rzeczywistość, nadawał kształt opowieściom żeglarzy, podróżników, awanturników i morderców, którzy w 1447 roku przez przypadek znaleźli się w porcie w Wenecji. Wiem, że są na ciele człowieka takie miejsca.

– Patrz, tak wyglądał autor tej mapy. – Ojciec pokazuje mi medal, trzyma go na otwartej dłoni.

– Chosmographus incomparabilis – czytam.

Brzydki, myślę.

– Weź do ręki. Zobacz, jaki ciężki – mówi. Wzrok ucieka mi za okno. Kwitnąca gałąź kasztanowca. To nie był marzec. To musiał być już maj.

*
W maju 1466 roku Giovanni Boldu stał w swojej pracowni i przyglądał się profilowi Fra Mauro na medalu, który właśnie wykonał. Czuł narastającą złość na zmarszczki oblicza i fałdy mnisiej kukulli. Brzydki, pomyślał. Diabli nadali.

I dalej:

– Po co to, na co to, skromne życie, skromna śmierć, a potem zapomnienie. Nie ma potrzeby nazywać mnicha chosmographus incomparabilis, tłoczyć medali i robić tyle hałasu o nic – myślał. Giovanni czuł niezadowolenie z siebie, z nicości swojej roboty i marności kartografa. Ale przystąpił do pracy, bo to jednak była jego praca i za nią otrzymywał wynagrodzenie, a zleceń takich jak to się nie ignorowało. Giovanni Boldu znał Fra Mauro i tego drugiego, jego kamrata Andreasa, od wielu lat. Miał swoje interesy z handlarzami z Moguncji i z Kairuanu i przy okazji nieraz widział, jak niski, odziany w biały kamedulski płaszcz mnich rozmawiał z żeglarzami. Stawiał im alkohol w barach i płacił brzęczącą monetą. Za nim szedł zawsze inny, młodszy, o ponurym obliczu i szybkich oczach, Andreas. Mówili, że sam kiedyś żeglował, ale mu wuj poskąpił pieniędzy.

– Jezu Miłosierny, toż to dopiero robota, za żadne skarby… – wzdychał Giovanni Boldu, poprawiał kapotę i ruszał do swoich spraw. A Fra Mauro i Andreas gadali z żeglarzami, za dnia się rozpytywali, nocami spotykali w karczmie u Hirscha. Nie wyglądało to na mnisią robotę jednak. Jednak nie.

Jesienią 1441 roku Andreas Bianco po raz pierwszy wkroczył do pracowni Giovanniego. Miał ptasią głowę i patrzył też tak lekko z ukosa, nie wzbudził w Giovannim zaufania, ale położył woreczek na krześle i wyszedł, a Giovanni wiedział, że ma przygotować więcej pergaminu, niż było zamówione z klasztoru kamedułów. Tak się poznali. Tak się poznali ponad dwadzieścia lat temu. Na tym pergaminie Fra Mauro narysował cały świat. Dla króla Hiszpanii i za jego pieniądze. A na tym drugim Andreas miał narysować tajną kopię dla swojego wuja, króla Portugalii i za jego pieniądze. Jak Giovanni zrobił pergamin? Każdy ma swoje tajemnice.

W połowie lat pięćdziesiątych Andreas znowu pchnął niskie drzwi pracowni Giovanniego i odezwał się nieprzyjemnym, ptasim głosem:

– Zrobisz dla mnie tubę, sześć stóp długą, na dłoń szeroką. Wnętrze wyściełasz czerwonym aksamitem.

Giovanni ani się nie odezwał, ani się nie poruszył. Po co miałby się odzywać albo ruszać, skoro i tak wiedział, że takim klientom się nie odmawia?

*
Zanim ojciec pokazał mi mapy świata, już wiedziałem, skąd jesteśmy. Przybyliśmy dawno temu z Germanii, co widać w rysach i języku. Przez kilkaset lat nasza rodzina nie opuszczała Flandrii. Mój ojciec wyjechał z Antwerpii na krótko jesienią 1939 roku, a potem powtórnie, na dłużej, w roku 1943. Ale po powrocie spędził tu resztę życia jako lekarz, podobnie jak swoje długie życie spędził tu jako lekarz ojciec jego ojca, czyli mój pradziad, Jasper Adolf Adler, a także ojciec mojego ojca, a mój dziad, Alojzy Jasper Adler, choć jego życie akurat było krótkie. Wszyscy oni kończyli szkoły jezuickie, gdzie zdobywali stosowne wykształcenie oraz wiedzę ogólną w stosownym zakresie z najstosowniejszą logiką i łaciną. Nic więc dziwnego, że w sobotę po moich dziesiątych urodzinach zapadła decyzja, że doświadczenie jezuickiego szkolnictwa stanie się i moim doświadczeniem. Zostałem zapisany i od nowego roku miałem pobierać nauki w murach Societas Iesu.

Teraz, z perspektywy lat widzę, że była to dobra decyzja, ale wtedy, trzy lata po mojej pierwszej legalnej wizycie w gabinecie ojca i więcej niż sześćdziesiąt lat przed moją ostatnią wizytą w szpitalnej kaplicy, byłem zdruzgotany. Pragnąłem obcować z mapami do tego stopnia, że byłem gotów zrobić wszystko, aby nie opuszczać domu ojca i móc nadal, regularnie, podczas jego dyżurów w klinice, którą założył mój przodek i w której od pokoleń pracował jakiś Adler, zrobiłbym wszystko, aby móc w każdy piątek otwierać okno na poddaszu, nigdy nieumyte okno na poddaszu, i po czarnej, odpowiednio pochylonej belce ostrożnie, krokiem odstawno-dostawnym, przedostawać się na parapet okna w gabinecie i tam, lekko dźwignąwszy połowę okiennicy, tylko tyle, aby ustąpił zatrzask, zeskakiwać cicho na podłogę i być już wewnątrz. Czy ojciec wiedział o moich wyprawach do zakazanego wnętrza? Każdy może mieć swój świat.

Byłem wewnątrz. Mogłem wszystko. Wszystko, ale plan nieistniejącego miasta Bromberg omijałem, starannie omijałem wzrokiem. Bałem się tej dłoni w czarnej skórzanej rękawiczce.

Wiedziałem, gdzie znajduje się mapa świata z zaznaczoną Flandrią, Germanią i Lechią na dole, a Afryką i Azją na górze. Mapa odwróconego świata. Otwierałem wieko jej trumny i rozkładałem ją sobie na podłodze, bo na biurku się nie mieściła. Miała ponad sześć stóp szerokości, czyli prawie dwa metry. Pachniała morską bryzą, rybami i kurzem. I była sucha i cienka. Pergamin. Dotykałem. Dotykałem jej. Głaskałem opuszkami palców, drapałem paznokciem, pocierałem policzkiem. Raz ją polizałem, ale został na niej ślad mojego języka. Przestraszyłem się wtedy, zwinąłem w pośpiechu, wsunąłem do miękkiej tuby i uciekłem. I przez cztery czy pięć tygodni nie zaglądałem do gabinetu ojca, tylko czujnie w jego oczy. I nic. Nic nie zauważył. Być może jej nawet nie dotknął. Ani razu. Niewiarygodne.

*
Giovanni mieszkał sam. Spał w pracowni, jadł u Hirscha, pił, gdzie popadło. Tamtej nocy wiał silny wiatr od morza. Psia pogoda. Giovanni z trudem zasnął i miał złe sny. Trzasnęła okiennica. Otworzył oczy i usiadł. Na plecach poczuł krople zimnego potu. Przed nim stał Andreas z ptasią głową, w czarnej opończy. Gio byłby przysiągł, że pióra błyszczały mu na skroniach. Ale nie. To tylko mokre od deszczu włosy opadały mu na twarz. Andreas włożył zwój pergaminu do czarnej tuby i:

– Zamknij ją dobrze. Ukryj – powiedział, zamykając za sobą drzwi.

Od tamtej pory tuba ze zwojem pergaminu w środku stała oparta o ścianę za stołem w pracowni Giovanniego, we wnęce. Stała i czekała, aż Andreas się o nią upomni.

Wiosną 1466 roku Andreas kazał Giovanniemu zrobić medal z podobizną Fra Mauro dla swojego możnego wuja. Więc na początku maja Giovanni podniósł rozgrzany do czerwoności medal, przyglądał się profilowi Fra bez satysfakcji. Zanurzył go następnie w szerokiej misie z wodą. Buchnęła para jak sto diabłów. Giovanni przygotował płótno i worek. Zapakował medal, przytroczył do spodni, pod pachę wziął długą na ponad sześć stóp tubę i udał się wąską ulicą w stronę portu. Miał tam na niego czekać Andreas. To było już ze dwa lata po śmierci Fra.

Słońce właśnie znikało za dachami Wenecji, kiedy Giovanni poczuł pod stopami niestabilny grunt nabrzeża.

*
Po śmierci mamy nowa niania zamieszkała na naszym piętrze. Pokój służby zajął Ondre, nasz parobek. Ta pani Emma była ode mnie starsza o całe dziesięć albo nawet jedenaście lat. Nie wiem dokładnie. Bywałem wtedy w domu rzadko, więcej czasu spędzałem w szkole i w klasztorze. Zaprzyjaźniłem się z ojcem Nathanielem, a on dostrzegł we mnie więcej niż tylko przyszłego lekarza i chętnie rozprawiał o tajemnicach wiary i posługi zakonnej. Ja jemu zaś mówiłem o spadku, który kiedyś odziedziczę po ojcu i o mapach. Spacerowaliśmy po ogrodach klasztornych czasem do późnych godzin, aż ojciec Nathaniel SJ musiał udać się na spoczynek. Podejrzewam, że często rezygnował dla mnie z posiłków wieczornych, z których ja, jako żywo, wówczas nie rezygnowałem. Po przyjściu do domu nieodmiennie wchodziłem do kuchni, a niania, już w koszuli nocnej, podawała mi chleb i ser i nalewała kakao. A później wchodziła do mojego pokoju, żeby zgasić światło i powiedzieć:

– Dobranoc, Adrian, śpij dobrze, mój chłopcze – i żeby zatrzymać się na moment w drzwiach, na tle jasnej plamy światła z korytarza, tak że całe jej ciało spowijała aureola sięgającej do kostek białej koszuli nocnej. Potem robiła krok, przez mgnienie oka przeczuwałem istnienie przestrzeni między jej udami, i zamykała drzwi. Zapadała wieczna, wiekuista ciemność. Miałem trzynaście, prawie czternaście lat.

Miałem trzynaście, prawie czternaście lat, kiedy umarł mój ojciec.

Umarł w nocy, w obecności niani, co było tajemnicą. Tym bardziej że ona zaraz potem trafiła do szpitala, a w naszym domu pojawiła się nowa niania. Zupełnie inna.

A więc kilka dni później siedziałem w kancelarii przyjaciela mojego ojca, rejenta Hermanna Van Severina, miałem gładko uczesane włosy i błyszczące, wysokie buty. On coś do mnie mówił, ja przyglądałem się swoim butom i nagle zapragnąłem zobaczyć to nieistniejące miasto z planu Stübbena, Bromberg. Przejść się ulicami, zobaczyć pojezuicki kościół, wypić kawę w kawiarni u Hirscha, o Jezu! Pragnąłem tego.

– A klucz od gabinetu? Czy ojciec zostawił klucz od gabinetu? – zadałem pytanie wysokim chłopięcym głosem. Hermann Van Severin spojrzał na mnie zaskoczony i:

– Tak – odpowiedział – tak, zostawił go, chłopcze. Oto on.

Wyciągnąłem prawą otwartą dłoń i sam byłem zaskoczony, że nie ma na niej czarnej, skórzanej rękawiczki, którą uderzyłem tamtą kobietę w szarej sukience w twarz.

– Co to ma być? Ukrywasz przede mną niemieckie dokumenty? Suka!

Wrześniowe popołudnie, Bromberg. Mój Boże, ile godzin w tych chłodnych murach, jaka to była nuda. Kolejne szuflady pełne rejestrów i tylko kilka cennych oryginałów. Mieściły się w kieszeni munduru. W rogu, oparta o kamienną ścianę czarna długa tuba, zalakowane wieko. Zachciało mi się kawy i kobiety. Zeszliśmy do piwnic. Ona w szarej sukience z wysoko upiętymi włosami szła przodem, ja, z założonymi z tyłu rękami, za nią. Wilgoć i chłód podziemi czułem tylko na twarzy, ale ona drżała. Z zimna, ze strachu? Słaba żarówka wysoko pod sklepieniem więcej dawała cienia niż światła. Archiwum miejskie od XVI wieku. Zapach ekscytacji i przygody. Kurzu i pleśni. Kobiecego ciała i jej perfum. W ostatnim skurczu rozkoszy przycisnąłem dłoń w czarnej rękawiczce do jej ust, szarpała się spazmatycznie, ale nie wydała nawet jęku.

Zakręciło mi się w głowie.

– Dobrze się czujesz, Adrian? – zapytała nowa niania, a ja pokiwałem głową, że tak, ale

*
Ziemia lekko zakołysała pod stopami. Andreas Bianco stał na końcu mola, patrzył z ukosa i milczał. Cała jego postać wydawała się szczupła i lekka między wielkimi kadłubami mauretańskich statków, które cumowały w Wenecji od trzech dni. Załoga jeszcze zapewne nie zdążyła wrócić z libacji i burd. Pusto. W świetle księżyca widać było ze czterdzieści chudych psów biegających po nabrzeżu.

– Mam to, co mi dałeś – powiedział Giovanni, a jego głos zwielokrotniony ciszą niósł się po rozkołysanej wodzie. Andreas milczał. Czyżby wykonał nieznaczny przeczący ruch głową? Giovanni miał blisko pięć stóp wysokości i masę odpowiednią do wzrostu. Zrobił krok w stronę Andreasa, potem drugi.

– Uciekaj – szepnęły usta tego, który patrzył na ręce Fra Mauro, kiedy Fra jeszcze żył i w ciszy klasztornej biblioteki rysował swoją mapę i jej kopie złożone z krwawych opowieści żeglarzy i podróżników, jakimi karmili się obaj w ciemnych portowych spelunkach nocami. – Uciekaj.

Czyjeś silne dłonie przygięły ptasią głowę Andreasa do desek, wiele mocnych stóp zadudniło w pogoni za Giovannim, który był duży i silny, ale nie szybki.

Nad ranem dwudziestego szóstego czerwca 1466 roku psy obwąchiwały dwa zakrwawione ciała porzucone w porcie. Przy nabrzeżu pozostał tylko jeden północny statek.

*
Wszedłem do gabinetu ojca po raz trzeci legalnie, drzwiami, w towarzystwie rejenta Hermanna Van Severina, tej nowej i Ondre.

– Faust Rembrandta? – Hermann Van Severin zabrzmiał nabożną czcią, a ja:

– Akwaforta.

Spojrzał na mnie z uznaniem, chociaż ja wtedy naprawdę miałem niecałe czternaście lat i nie wiedziałem, o czym mówię. Podszedłem do biurka. Dwa i pół kroku w lewo. Schyliłem się w półobrocie i wyjąłem dużą tubę wewnątrz wyściełaną czerwonym aksamitem. Mapa odwróconego świata była tak samo pospiesznie zwinięta, jak to uczyniłem kilka miesięcy wcześniej. Nie było na niej śladu mojego języka. Odetchnąłem z ulgą. Hermann Van Severin westchnął.

– Życzeniem mojego przyjaciela, Adolfa Alojzego Adlera, twojego ojca, było, abyś kontynuował naukę u jezuitów, a następnie podjął studia medyczne i przejął jego praktykę. Do czasu twej dorosłości będę kuratorem masy spadkowej.

Wyszliśmy, aby skłonić głowy przy katafalku, na którym spoczywało ciało mojego ojca, Adolfa Alojzego Adlera. Na parterze brakowało świec.

– Teraz ty wydajesz polecenia służbie – rzekł kurator mojego spadku, a ja po raz pierwszy poczułem, że jestem za coś odpowiedzialny, ale nie wiem za co ani nie wiem jak. Potrzebowałem szczegółowych instrukcji i gdyby ktoś mi je wtedy dał, byłbym mu posłuszny do końca życia. Ale nie było nikogo takiego i zostałem skazany na wieczne domysły.

*
Przeklinam, przeklinam, przeklinam ten moment i wszystko, co w związku z tym nastąpiło. Chowam moją starą, pomarszczoną twarz w chudych, kościstych dłoniach, a ramionami, które pokrywa zakonne pallium, wstrząsa suchy szloch. Bo wiem, co będę musiał uczynić, co w przyszłości uczynię i wiem, gdzie tego przyczyna.


*
– Wyjdźmy – zaproponowałem, bo doprawdy obecność ciała mojego ojca działała na mnie przygnębiająco. I wszyscy wyszli.

Nocą odprawiłem nianię i Ondre, i zostałem w domu sam. Na dole, w holu, otoczony kwiatami, leżał mój ojciec. Wyglądał jak zwykle. Tylko jeszcze mniej go interesowałem.

Tej nocy ponownie wszedłem do jego gabinetu. Jedynie księżyc oświetlał blat biurka. Stanąłem na mocnych nogach i otworzyłem szufladę. Jej dolna krawędź znajdowała się dokładnie między moimi nogami. Po raz pierwszy poczułem twardy opór materii. Ucisk drewnianego kantu sprawił mi rozkosz. Podniecony wyjąłem z szuflady mapę nieistniejącego miasta, plan Stübbena, nigdy nie zrealizowany, z gotyckim napisem Bromberg. Blat biurka – rozłożyłem go na nim. Byłem tam. Suchy, cienki, szeleszczący papier kreślarski, prawie przeźroczysty, niemal kruchy, a jednak mocny. Dotykałem go. Głaskałem, wsuwałem między opuszki palców a paznokcie. Do krwi. Balansowałem na stopach, ocierałem o twardy blat, o brzeg szuflady, o wszystko. Tarłem, uderzałem, zadawałem ból, aż moim ciałem wstrząsnął pierwszy dreszcz. Potem nadeszły fale przypływów i odpływów. Z kolejnymi skurczami pozbywałem się poczucia winy. Narodziło się we mnie potężne pragnienie. Wyłem, skowyczałem, ciszę portowego miasta rozorał jęk. Uciekły w popłochu wszystkie psy.

Tej nocy zaginęła druga, tajna kopia mapy Fra Mauro.

– Nie spocznę, dopóki nie trafi w moje ręce. Nie spocznę do skończenia świata! – Andreas Bianco klęczał na poczerniałych od krwi deskach nabrzeża. Szponiaste palce wczepił w czarne kudły. Jego twarz oświetloną księżycem wykrzywił skurcz rozpaczy.

Faust z obrazu spojrzał na mnie z przerażeniem.

*
Ku rozpaczy przyjaciela mojego ojca i kuratora mojego majątku, Hermanna Van Severina, nie zostałem chirurgiem. W wieku dwudziestu dwóch lat, za namową ojca Nathaniela SJ wstąpiłem do zakonu Societas Iesu.

– Liczę na ciebie, synu – powiedział do mnie któregoś wieczoru, kiedy jak zwykle przechadzaliśmy się po klasztornych ogrodach. Z jego ust szły obłoczki pary, bo był marzec 1968 roku, wyjątkowo chłodny w Hoboken, w Antwerpii, w Północnej Flandrii. – Byłbym z ciebie dumny, gdyby stać cię było na taki krok. O, nie wątpię, że masz w sobie tyle odwagi, ale oprócz odwagi oczekujemy posłuszeństwa. – Tak powiedział do mnie mój mądry ojciec Nathaniel, który wiedział, czego mi było trzeba. Posłuszeństwa.

I tak po dwóch latach nowicjatu i czterech latach studiów odbyłem Trzecią Probację i złożyłem Sub Hostiam śluby profesa z posłuszeństwem papieżowi. Po czym zacząłem pracę w bibliotece ignacjańskiej. Daleko od moich ambicji i pragnień, w kolegium jezuickim w Heidelbergu, Badenia-Wirtembergia, Niemcy. Otrzymałem to miejsce zapewne ze względu na moje germańskie pochodzenie.

Praca w bibliotece nużyła mnie śmiertelnie i w wieku trzydziestu pięciu lat czułem się jak starzec. Nie znajdowałem w księgach niczego zajmującego. Podobało mi się, że były porządnie opisane i ułożone w solidnych, specjalnie w tym celu skonstruowanych szafach, ale papier miały gruby i mięsisty, a całe były opasłe i ciężkie. Podobnie jak niemieckie zakonnice, które widywałem codziennie w katedrze.

Co sześć lat mogłem prosić o zmianę posługi. Odliczałem dni.

I tak na dwa miesiące przed moim effugium, dokonywałem selekcji ksiąg przeznaczonych do pracowni introligatorskiej, kiedy nagle, tuż nad moim pochylonym czołem odezwała się ona w języku, którym mówiła do mnie tylko matka.

– Przepraszam, skierował mnie do księdza opat, mój stryj. Czy ksiądz mówi po polsku?

Czy ja mówię po polsku? Podniosłem wzrok.

– Po polsku, po niemiecku, niderlandzku, flamandzku, włosku, rosyjsku – mówiłem bzdury, żeby tylko nie odeszła, żeby ją zatrzymać, żeby ten dzbanek pozostał cały.

Wzięła trzy książki z historii XV wieku do czytelni. Interesowały ją narzędzia tortur i środki dowodowe. Siedziała nad nimi cały dzień. Dwa razy wyszła do toalety. Słyszałem, jak szeleściła jej spódnica. O 20.20 zamykałem. Minęła ósma.

Podszedłem bardzo blisko. Tak blisko, że widziałem jej różowe, cienkie jak pergamin ucho podświetlone z przodu światłem lampy. Stałem i patrzyłem na szaroniebieskie żyłki w ciepłej poświacie żarówki. Pochyliłem się niżej:

– Za piętnaście minut zamykamy – wyszeptałem.

Poczułem jej zapach. Za oknem spadł deszcz.

– Czy mogę wziąć książki na noc? Rano…

Skinąłem głową. Szukałem polskiego słowa odpowiedniego do sytuacji, ale znalazłem tylko:

– Czekaj.

Wyszedłem z nią na korytarz.

– Czekaj – powtórzyłem, a ona dotknęła koniuszkiem języka górnych zębów, ale nie zwilżyła ust. Pozostały suche. Wydała tylko cichy dźwięk (czy dezaprobaty?) i nie powiedziała nic.

Dostałem zgodę, aby odprowadzić bratanicę opata dwie przecznice dalej, pod jej dom. Tym samym minął czas na wieczorny posiłek, który rozpoczynał się o 20.30 modlitwą i czytaniem. Mogłem zdążyć, ale nie zdążyłem. Ręce miałem zajęte książkami, nie rozmawialiśmy. Ulice były mokre. Przed bramą odwróciła się do mnie, bez słowa wzięła to, co niosłem, i podała mi dłoń. Suchą, drobną, słabą dłoń. Poczułem ją wszędzie: w lędźwiach, w brzuchu, pod żebrami i w czaszce. Do tej pory pamiętam tę słabość, tyle lat.

Tej nocy próbowałem sobie przypomnieć, skąd znam jej zapach. Moje ciało leżało na białym prześcieradle w celi, w której było jeszcze tylko krzesło i stół. Moje ciało. Widziałem je wyraźnie. Napięte do granic możliwości, poza granice możliwego, ciało, w którym nic się nie kryło, żadna możliwość, w którym dominujący był brak.

Mapą. Pachniała kurzem i światłem. Gabinetem mojego ojca. Tym.

Ukryłem twarz w poduszkę i pierwszy raz w życiu płakałem. Przez całą noc.

*
Kiedy teraz stary widzę tamtego siebie, wyciągają mi się do niego ręce, a gardło dławi niespotykane w moim wieku wzruszenie. Chciałbym móc mu powiedzieć, że choćby zniszczył wszystkie mapy świata, zawsze pozostanie – świat. Najgorszy z możliwych światów świat. Ale czy to coś pomoże? – nic. I tak spędziliśmy tę noc – on i ja.


*
Ocknął się rano zakrwawiony. Bolało go całe ciało. Ktoś wylał na niego wiadro słonej wody. Giovanniego nigdzie w pobliżu nie było. Najgorsze jednak, że przepadł medalion dla jego wuja, króla Portugalii, i tajna kopia mapy, którą miał zawieźć w tajemnicy przed królem. Słona woda w promieniach słońca Italii schła szybko i wszystkie rany na skórze Andreasa paliły, jakby go torturowano. Wył i skomlał, zanim dotarł do drzwi pracowni Giovanniego. Do siebie nie miał po co wracać. Umył się w misce z wodą, w której dzień wcześniej Giovanni gasił medalion Fra Mauro. Było lekko po południu, koniec czerwca, kiedy ponownie znalazł się na portowym nabrzeżu. Ponownie rozkołysał mu się świat.

– Dokąd odpłynęli ci rano? – zapytał, ale ten, do którego skierowane zostało pytanie, tylko charknął i splunął.

– Jakbym gadał po próżnicy, dawno gardłem bym zapłacił.

Błysnęła moneta w powietrzu, nie zdążyła zabrzęczeć.

– Tam, gdzie i ci – wskazał kikutem lewej dłoni czarny, arabski statek handlarzy ludzkim towarem. – Zapłacisz, zabiorą – wycedził przez zęby.

Andreas zapłaciłby każdą cenę, ale wystarczyło o wiele mniej. Tego samego dnia zaokrętował się na czarnej barkentynie.

– Nie spocznę, póki jej nie zdobędę. Zanim jej nie odnajdę, nie będzie pisana mi śmierć.

*
Przez sześćdziesiąt dni nie jadłem wieczornego posiłku. A ona do maja codziennie była w czytelni. Codziennie do 20.20. Potem odprowadzałem ją do bramy. Nie rozmawialiśmy prawie wcale.

– Skąd pochodzisz? – zapytała jeden raz.

– Z Hoboken, w Antwerpii, w Północnej Flandrii – odpowiedziałem. – A ty?

– Z Polski. Z Bydgoszczy. Nie zapamiętasz nazwy miasta, jest za trudna – powiedziała i użyła zaklęcia: – Bromberg. Wracam tam za trzy dni.

Umarłem. A ona podała mi dłoń i odeszła. Zstąpiłem do piekieł. Miałem trzy dni, żeby zmartwychwstać.

W przeddzień jej wyjazdu do miasta Bromberg nad Brdą, województwo bydgoskie, Polska, ofiarowałem jej czarną tubę wyściełaną wewnątrz czerwonym aksamitem, gdzie od wieków spoczywał najdelikatniejszy materiał, wykonany z ciała nienarodzonych jagniąt pobranych od żywych matek. Na nim złotym pyłkiem Andreas Bianco w XV w narysował dokładne odzwierciedlenie świata, jaki zrodził się w jego umyśle. Każdy ma swój świat, jak sobie wybierze.

O godzinie 20.20 wyszliśmy z czytelni kolegiaty jezuickiej w Heidelbergu nad Neckarem, Badenia-Wirtembergia, rejencja Karlsruhe, Niemcy. Nie rozmawialiśmy przez całą drogę. Odwracałem wzrok, żeby nie patrzeć na jej profil, na jej ruchy, na jej ciało, które poruszało się pod sukienką. Grafitową, prawie czarną. Przeszliśmy przez bramę, w której zawsze się rozstawaliśmy, ale tym razem nie podała mi swojej suchej, drobnej dłoni, której słabość pamiętam wszędzie. Weszliśmy do wnętrza kamienicy. Poprowadziła mnie kamiennymi schodami w dół. Zstąpiliśmy do piwnic. Niskie, kamienne pomieszczenie. Chłód, zapach starych kamiennych murów, ziemi i czegoś jeszcze. Ciemność. Przez otwór w sklepieniu zaglądało zazdrośnie słońce w ostatnim akcie pożądania, zwlekając do ostatniego momentu z odejściem w noc. Odwróciła się do mnie tyłem. Błysnął biały sierp nadgarstka, kiedy rozpinała sukienkę. I oto leżała u jej stóp – grafitowa, prawie czarna. Pergamin nagich pleców – mapa całego świata. Tak prawdziwa, że musiałem przekonać się, czy nie został na niej ślad mojego języka. Nie został. Wiedziałem, czego ode mnie chce, ale nie wiedziałem, czy tego ode mnie chce. Potrzebowałem szczegółowych instrukcji, gdyby mi je wtedy dała, byłbym jej posłuszny do końca. Ale zostałem skazany na wieczny brak.

*
Przeklinam. Po trzykroć przeklinam. Przeklinam cały świat Fra Mauro, Andreasa Bianco, Giovanniego, Fausta, Rembrandta, Hermanna Stübbena, Ondre, Adolfa Alojzego Adlera, wszystkich aniołów i świętych. Teraz i na wieki. Ponownie chowam moją starą, pomarszczoną głowę w chudych, kościstych dłoniach, a ramionami, które pokrywa kardynalskie tabarro, wstrząsa suchy szloch. Na klęczkach w szpitalnej kaplicy polskiego miasta Bromberg, wiele lat później, przeklinam ten świat. Bo wiem, co będę musiał zrobić, co za chwilę zrobię. Jest plan. Widziałem go. Wiem.


*
Trzeciego dnia po raz pierwszy od sześciu lat pojechałem na północ, do Hoboken, Antwerpia, Północna Flandria. Szuflada ojca sięgała mi teraz zaledwie do uda, kiedy wyjmowałem z niej plan. Oparłem obie dłonie na czarnym blacie biurka i pochyliłem się nisko. Noc. Czerwone dachy, stare kamienice, katedra św. Marcina i Mikołaja, spichrze na Brdą, kikut jezuickiego kościoła. Szpital.

Za oknem pachniało mokrymi kwiatami kasztanowca. Wewnątrz zapach lizolu i krochmalonych prześcieradeł. Na ścianie zegar. Dwudziesta pięć. Łóżko, krzesło, karta choroby. Wszystko jest. Data, opis, temperatura, tętno, oddech. Czytam uważnie, skupiam wzrok na literach, żeby nie patrzeć w jej w twarz. Czytam tę kartę choroby jak mapę. Śpi.

– Ekscelencjo – pielęgniarka w niebieskim fartuchu – jeszcze tylko piętnaście minut.

Podnoszę głowę i uświadamiam sobie, że klęczę przy jej łóżku, ja, kardynał. Cicho szumi respirator, wąską gumową rurką tłoczy tlen do jej płuc. Z trudem wstaję. Chude, długie, kościste ciało. Jezu, jak boli mnie moje ciało – myślę. Boli. Dwudziesta dwadzieścia. Powoli, stary człowiek, wychodzę.

Na końcu korytarza, na wprost – kaplica. To dobre miejsce dla takich jak ja, myślę. Otulam się szczelniej płaszczem, wtapiam się w klęcznik. Ekscelencja! Słucham odgłosów szpitala. Cichną jeden po drugim. Gasną kroki pielęgniarek. Lekarze zasypiają na kozetkach. Światło księżyca świeci światłem odbitym od bieli prześcieradła i pergaminu jej ciała.

Dochodzi czwarta. Czuję na plecach oddech słońca, które śpieszy się, śpieszy, żeby zdążyć, żeby wzejść, ale nie zdąży, nie zdąży – na wieki pogrążone w ciemności, niezaspokojone. Rozkodowuję znaki historii. Historii choroby.

Śpi. Na trzy minuty odłączam rurkę z tlenem od respiratora. Liczę czas.

I wtedy otwierasz oczy i patrzysz na mnie niemożliwie długo.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.