03/2019

Karina Obara

Maria, sztuka przetrwania

Monodram o Marii Konopnickiej osadzony na wydarzeniu, które rzekomo nie wywarło na Marii żadnego wrażenia. W 1897 roku zakochany w niej i odrzucony Maksymilian Gumplowicz, młodszy od poetki o dwadzieścia dwa lata, zastrzelił się przed hotelem w Grazu, gdzie Konopnicka mieszkała wraz ze swoją towarzyszką życia Marią Dulębianką (nazywaną przez nią Pietrkiem). Konopnicka miała wtedy pięćdziesiąt pięć lat.


1.

(Warszawa, 1897 rok, podwórze kamienicy. Maria Konopnicka siedzi okrakiem na małym taborecie i obiera ziemniaki. Długą suknię ma podwiniętą, wystają rajtuzy i trzewiki. Obok niej, na ziemi leży kapelusz. W tle sceny pojawia się wielki ekran, a na nim widać animację. Mężczyzna w stroju z epoki nerwowo chodzi wokół hotelu w Grazu. W tle słychać walc Johanna Straussa, który wybrzmiewa coraz głośniej i głośniej. W pewnym momencie mężczyzna strzela sobie w głowę i upada pod hotelem. Zbiegowisko ludzi. Maria Konopnicka i Maria Dulębianka odsłaniają firankę, ale nie otwierają okna. Patrzą wstrząśnięte.

Na scenie Maria Konopnicka nie ustaje w obieraniu ziemniaków, wrzuca je do metalowej misy.)


Maria
No pięknie! Jakim trzeba być idiotą, aby palnąć sobie w łeb z powodu takiej bzdury! I narazić mnie i Pietrka na taki wstyd, taki wstyd.

(milczenie)

Przecież ja ci nigdy nie powiedziałam, Maksymilianie, ty głupi krakowski Żydku, że cokolwiek, gdziekolwiek połączy mnie z tobą. I nie chodziło tu o różnicę wieku między nami, o te marne dwadzieścia dwa lata. Zresztą, dlaczego to mężczyźni mogą być o tyle lat starsi od swojej kochanki, a gdy mowa o kobiecie, ta po pięćdziesiątce uchodzi już za starą raszplę. Nadaje się co najwyżej na matronę, damę, za którą może ciągnąć się smuga perfum i dobrze skrojona suknia zbierająca wszystkie brudy ulicy. Wiek… Zawsze miałam to w dupie. Wiem, wiem, powiedzielibyście, że autorce Roty i tych wszystkich rozmiłowanych w ojczyźnie pieśni nie przystoi używać takiego języka. Ale Bóg mi świadkiem, gówno o mnie wiecie. Wiecie tyle, ile chciałam wam powiedzieć w tych moich wszystkich listach i wspomnieniach, które przecież z rozmysłem pisałam tak, jakbym doskonale zdawała sobie sprawę, że po mojej śmierci będą czytane.

(milczenie)

I były. I są. Ale nie wiecie o mnie nic. A teraz tylko tyle, że muszę całą wieczność obierać te przeklęte ziemniaki. Powiecie, że proste czynności czynią człowieka prostym. W moim przypadku to jak za karę. Za to, że pominęłam w listach Marię Dulębiankę jako wielką artystkę, a nazwałam ją Pietrkiem? Zwykłym Pietrkiem? Za to, że dopuściłam do tego, by całkiem poświęciła się dla mnie, nie malując u schyłku życia nic więcej niż moje portrety? Mój szlachetny Pietrek zasługiwał na prawdziwe imię i nazwisko, bo to była wielka artystka. Każda wielkość jednak ma swoje przeciwieństwo. I Pietrek znalazł je we mnie. A ja w karze stania tu przed wami. Za to, że nie miałam odwagi wieść prostego życia? Za to, że przez całe to podłe życie nie obrałam ani jednego ziemniaka, ani razu nie miałam noża w ręce? Kto ustala te zasady? Kto tym wszystkim zarządza? Gdybym ja tak zarządzała swoją twórczością, skończyłabym jak Konopnicki, świętej pamięci mąż, który stracił ten swój pożałowania godny majątek. Typowy przedstawiciel szlachty. Poczciwiec i patriota, ale ciężko ciemny. Za grosz nie miał pojęcia o pieniądzach. Gdyby nie wydawał tak dużych sum na wykupowanie chłopów od służby w rosyjskim wojsku. Staraj się ułatwić synom to trudne przejście choć w setnej części tak gorliwie, jak ułatwiałeś je pierwszemu lepszemu parobkowi − pisałam do niego. Myślałam, że co napisane zrozumie lepiej niż powtarzane setki razy. Jakże ja się obłędnie myliłam, Max! Byliśmy wyjątkowo niedobranym małżeństwem. Wierz mi lub nie, ale nie ja go sobie wybrałam. Najgorszą rzeczą, jaką człowiek może zrobić, to zdać się na wybór innych. Tych wszystkich, którzy wiedzą, co jest dla ciebie najlepsze, i mówią: idź za niego, jest od ciebie starszy, mądrzejszy, nie zabraknie ci niczego. Starszy mężczyzna szanuje kobietę. A miłość przyjdzie z czasem. Tak mówili. A kiedy rodziły się dzieci, uważali, że to z miłości, bo aż tyle ich było. Co rok prorok.

(milczenie)

Nie było tam miłości. Jeśli człowiek ma dobre nawilżenie, zdrowe powietrze, wieś, świeży chleb i mleko prosto od krowy, będzie płodny, aż się nie zaweźmie i nie powie: dość. Bo jest jeszcze inny sens życia niż dzieci. Co, nie wierzycie mi? Spróbujcie mieć ósemkę i porównać się do mnie. Ale tylko wtedy, gdy oprócz płodności macie jeszcze żądzę czytania i pisania. Mówicie po angielsku, francusku, niemiecku, czesku, włosku i rosyjsku i wasz ogląd świata to nie tylko obora i łąki, ale biblioteki całego kontynentu, ulice europejskich miast i piękne ciała kobiet i mężczyzn, które czekają na odkrycie. Ja wiem, że zaborcy nie ustawali w wysiłkach, żebyśmy tu, na polskiej ziemi, mówili po niemiecku i rosyjsku. I to w szkole, gdzie dzieci tak bardzo lubią uczyć się wierszyków… Ja to wszystko wiem. Dla nich przecież pisałam.

(Milczenie, po chwili wrzuca ziemniaka ze złością do miski)

Ale wyobrażasz sobie, Max, jak by wyglądała Polska, gdyby tylko po polsku mówiła? Od chłopów nie mogłam się odgonić. Ciągle przychodzili po porady. Sądzić się chcieli o byle co. Ta ich niesłabnąca urażona ambicja. Obrazi się taki i wzrok wbija w ziemię. Raz przyszedł taki jeden, żeby mu pismo procesowe pisać, bo mu sąsiad narobił pod piwnicą. No, co narobił, co narobił? Kupę, zwykłą ludzką kupę. Tak się obruszył sąsiad na sąsiada, bo tamten, co przyszedł do mnie po radę, nie chciał się niby zgodzić na osobny wychodek. Wyobrażasz sobie, Max, w jakich ja sprawach uczestniczyć musiałam na wsi? Wychodek. I kupa w podpiwniczeniu. Ludzka. Okazało się potem, że to nie sąsiad sąsiadowi, ale dzieciak nie zdążył, więc pobiegł do piwnicy. Jego własny dzieciak! Przyznał się, bo ojciec sąsiada chciał potraktować cepem. Dzieciak bał się, że sumienie mu zgnije. Za to ojciec stłukł go na kwaśne jabłko. Nie żeby docenił, że się przyznał. Mały był, głupi. Chłopi nie znali lepszej metody wychowawczej. Ciągnęli ją przez pokolenia, upodlając siebie i własne dzieci. Zaborca to wyczuwał. I też lał. Za byle co. Naród zahukanych durni. Taki naród stworzyliśmy. A potem już nie trzeba się było martwić o kontynuację. Zarządzanie strachem jest najskuteczniejsze. I można je przenosić z dziada pradziada. Później wystarczy tylko obwiniać przodków, że się dostało nieudacznictwo w genach. I znów dokonywać wyborów po myśli innych. Ja nie chciałam. Jeden haniebny wybór wystarczy. Mąż idiota.

(milczenie)

Ale lubiłam języki obce. Wiesz dlaczego, Max, ty żydowski poligloto, który mówiłeś w czterech językach, a nie wiedziałeś, jak skutecznie przemówić do kobiety? Synu wybrany przez Boga, by głupio zginąć i nic z tego nie mieć. Bo to wymusza koncentrację. Jesteś taka zajęta, tak bardzo zajęta, że nie masz czasu myśleć, co ci dolega. Wiedziałam to. Najgorsze, naprawdę najgorsze, co człowiek może robić samemu sobie, to zajmować się sobą. Dzieci i języki obce. Języki obce i dzieci.

(milczenie)

Ośmioro ich urodziłam. Gdyby nie moja dobra pamięć, nie wykluczam, że nie zapamiętałabym ich imion. Dwoje zmarło, ale i Helę mam za nieżywą, choć żyje gdzieś, nie wiem nawet w którym domu dla obłąkanych. Czy pamiętam wszystkie ich imiona? Hela, Lorka… Nie wszystkie zresztą na tę pamięć zasługują.

(milczenie)

Pięknie mnie urządziłeś, Maksymilianie! Cała Warszawa plotkowała, jak mało obeszła mnie twoja śmierć, jak w moim martwym sercu twoja śmierć nie zdołała poruszyć żadnych wyższych uczuć. Bo nawet na pogrzeb nie przyszłam. Też mi osąd! Nienawidzę pogrzebów. Człowiek tam stoi i myśli tylko o swojej śmierci. Za nic ma zmarłego, bo i czemu miałby się nad nim rozczulać, skoro nic już nie da się zrobić. Nieszczęśni hipokryci! Myślą, że bycie na pogrzebie załatwi za nich sprawy własnego sumienia, uciszy ten skowyt duszy, ten żal z powodu pewności, że wszyscy jesteśmy tak cholernie śmiertelni. No i dlatego nie poszłam na twój pogrzeb, Max. Przecież by mnie tam zlinczowali. Ta twoja cała rodzinka krakowskich Żydów Gumplowiczów. U schyłku wieku Żydzi robili wszystko, aby odróżnić się od Polaków. To dla nich krawcy szyli najlepsze ubrania, to z ich ust padały oszczerstwa o marnej polskiej sztuce, ale to wy, to wy byliście najlepsi! W całej swojej żydowskiej masie byliście genialni. Bo nic nie umknęło waszej uwadze, jakby w waszym przeznaczeniu dzień po dniu wypełniały się słowa kabały: „Żyj tak, byś nie był skutkiem działania, ale przyczyną zjawisk”.

(milczenie)

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.