09/2019

Henryk Waniek

Morfina w życiu filozofa

[…] morfina jest środkiem ogromnie niebezpiecznym, bo ogromnie kuszącym, posiada bowiem wartości rozliczne pozytywne, nie tylko subiektywnie rzecz biorąc, jako źródła emocji, lecz nawet wartości takie, które jako zgoła obiektywne traktować by można, gdyby nie to, że wartości te nigdy i w żaden sposób na dłuższą metę wykorzystać się nie dają i gdyby nie potworna wprost cena, jaką za nie płacić trzeba.


Powyższy cytat wymaga komentarza. Również książka, z której go wziąłem. Na okładce jej pierwszego wydania (Zakopane 1932) widnieje nazwisko autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz, chociaż dwa z siedmiu rozdziałów napisały inne osoby. Jej tytuł: Nikotyna – Alkohol – Kokaina – Peyotl – Morfina – Eter + Appendix. Ostatni rozdział wydaje się najciekawszy, ale jednak tutaj potrzebna nam jest Morfina. Właśnie stamtąd pochodzi cytat. Rozdział ten napisał kompetentny w tej materii – bo sam morfinista – Bohdan Filipowski, którego błaznujący Witkacy przedstawił jako b.[yłego] prof.[esora] fil.[ozofii] ezot.[erycznej]. Sam autor zaś do morfiny żywił wstręt (podobnie jak do filozofii ezoterycznej), czemu dał wyraz w przedmowie. Zresztą dzięki tej przedmowie książka staje się figlarnym autoportretem – trochę neurastenika, jakoby eksperta, demonicznego egocentryka, za jakiego chciał uchodzić. I w oczach wielu ciągle uchodzi.

Ja do nich nie należę i należeć nie będę, ale darzę sympatią, a czasem podziwiam jego admiratorów. Cenię nawet samego Stanisława Ignacego Witkiewicza, choć pewnie nie za to, co oni. Jego dzieła malarskie postrzegam jako zawzięte. Utwory sceniczne uważam za nierówne i nierówno mieszające absurd z dorzecznością. Powieści przeczytałem niegdyś, z czego zostały mi mgliste wrażenia. Próba ponownej lektury skończyła się porażką. Jego teksty teoretyczne i polemiczne są zgodne z duchem epoki i jej gorączkowymi nadziejami. O pismach filozoficznych, a szczególnie dotyczących ontologii, powiem później.

Ogólnie i nietaktownie rzecz biorąc, nie podzielam urzeczenia, jakie przejawiają znani mi i nieznani „witkacolodzy”. Ale nie chciałbym, by się poczuli dotknięci, gdy ich idola zakwalifikuję tutaj do kategorii „pechowców”. Do gromady „wielkich nieudaczników”. Wielkich – powiadam, bo niektóre czyny Stanisława Ignacego W. zasługują na taki przymiotnik. Ale niech tam. Mogła Hannah Arendt pozwolić sobie na mniej więcej to samo wobec Waltera Benjamina i włos jej z głowy nie spadł. Zaryzykuję.

Oczywiście „pechowiec”, „niezdara”, „safanduła”, „nieudacznik” i tak dalej to rzeczowniki mało rzeczowe, arbitralnie wartościujące. Jedyną ich racją bytu są emocje, podsuwające nam takie słowa. Niedelikatnie albo współczująco skupione na bliźnim, który właśnie się potknął. Albo stłukł dzbanek. „Pan Niezdara przesyła ukłony” – tak matka kwitowała uchybienia małego jeszcze Waltera Benjamina, co mu zostało na całe życie. Świadomość, że pan Niezdara – a mówiąc dokładniej Herr Ungeschikt – w każdej chwili może się ukłonić, to nie jest przyjemne. A już samo słowo „nieudacznik” (rażący rusycyzm) jest mi w ogóle obce. Szkoda, że tak trafne.

By nazwać kogoś osobą nieudaną, trzeba by dysponować miarą „pomyślności”. Oprzeć się na jakichś wartościach, czyli aksjologii od siedmiu boleści. Zważywszy zaś, że i pechowcowi może trafić się szczęście, nieudacznikowi coś udać, a safandule błysnąć mistrzostwem, takie stygmatowanie wydaje się daremne. Bo ostatecznie wszyscy jesteśmy nie całkiem udani. Poza może tymi, którzy o tym jeszcze nie wiedzą.

I wreszcie, przekazując ukłony od pana Niezdary – czy jestem sprawiedliwy? Szczególnie, gdy je kierować do Stanisława Ignacego Witkiewicza, dziś już w pewnym sensie wieszcza. Spełnił się sen jego ojca, który zamiast mu wytykać pana Niezdarę, marzył, by potomek wyrósł na co najmniej drugiego Wyspiańskiego. I tak go skutecznie tym zaraził, że Witkacy nie miał nic przeciw temu. Też postulował teatr. Jeśli nie ogromny, to przynajmniej zasobny w Czystą Formę. Też nabrał biegłości w operowaniu pastelem. Zresztą z cieniem Wyspiańskiego na swoim życiorysie rozprawia się Witkacy w ostatnim eseju, jaki napisał o teatrze. Rok przed śmiercią – jak mi się wydaje. Czy byłbym sprawiedliwy, przykładając konkretne kryteria do malowanych i pisanych jego dzieł; podejrzewając się o niegodne intencje; porzucając subiektywne fobie? Kto wie, czy w konkluzji nie padając na kolana przed Mistrzem.

Na to się oczywiście nie zanosi, bo jeśli nawet widzę efekt spełnienia w jego twórczości i życiu, zaraz nasuwa się pytanie o cenę tego sukcesu. O rozległy rachunek spraw nie przejawiających tego efektu. O ilość energii zmarnowanej na zakrętach życia w ówczesnej Polsce. O konieczności stawania na głowie. O jego rolę zwierzęcia towarzyskiego. Pretensje, by go uznawać za wielkość, realizował za życia sam, z różnym skutkiem. Po śmierci i długim o nim milczeniu zadanie to przeszło na adoratorów jego dzieła, którym oczywiście nie w głowie, by je rozpoznawać jako porażkę. Na taką zuchwałość pozwolić mógł sobie tylko Walter Benjamin, gdy w rozprawie o Franzu Kafce, napisanej dziesięć lat po jego śmierci, stwierdził, że pisarz był rozbitkiem. A nawet powtórzył to cztery lata później w liście do Gershoma Scholema, choć wielu miało mu to za złe.

Jeśli można mówić o niespełnieniu Witkacego, to wyłącznie w kontekście innych wielkich niespełnień, większych lub mniejszych katastrof w życiu gentium maiorum. Taki Tales z Miletu tylko dlatego wpadł do studni, że zajęty obliczaniem zaćmienia słońca, nie patrzył pod nogi. Albo Archimedes w zapale kreślenia spiral nie zauważający zabójców. W żagle Witkiewicza wiał wiatr pomyślności, a jeśli czasami słabł, on sam w nie dmuchał. Więc może się mylę? Ale na razie zostawmy Witkacego. Bo jakkolwiek bez niego się nie obejdzie i będzie tu bardzo ważny, to wróćmy jednak do morfiny. W tym miejscu występuje ona w całkiem innej sprawie. Śmiertelnie poważnej. Pozostańmy zatem przy narkotyku.

Morfina zabija? Zapewne. Ale czyni to z właściwą sobie powolnością. Z tego powodu aptekarze nie trzymają jej w szufladzie z tabliczką VENENA, gdzie jest miejsce dla arszeników, cyjanków i innych trucizn. Morfina jest w szufladzie z tabliczką NARCOTICA. O samej morfinie wiem tylko to, co przeczytałem lub usłyszałem. Że najpierw jest przyjemnie, ciekawie i bezboleśnie. Że wzmacnia potencjały umysłowe i duchowy dobrostan. Uwrażliwia. Potem przestaje to czynić i ustępuje miejsca fizjologicznemu uzależnieniu. Przemienia się w czyste cierpienie. Chyba że jako analgetyk ma cierpienie powstrzymać. I nie tyle cierpienie w ogóle, ile ból fizyczny.

Ale w życiu osoby, którą mam teraz na myśli, morfina była marginesem. Owszem, osobnik ten napisał nawet filozofujący tekst o dezomorfinie, pospolicie nazywanej crock. Jest też autorem tekstów o innych substancjach z szufladki NARCOTICA. O haszyszu, opium, meskalinie. Napisał je z dociekliwością, nie budzącą jednak podejrzeń, że w istocie był narkomanem. Więc to powiedzmy wyraźnie – nie był. I żeby się nie rozpraszać, skupmy się na tej morfinie, której ampułkę, wraz ze strzykawką, zwykł mieć w podręcznym bagażu. Może nie zawsze, ale teraz była i o niej właśnie pomyślał wieczorem 26 września 1940 roku w hotelu, gdzie wcale nie chciał się zatrzymywać. Miał bowiem nadzieję, że szybko i sprawnie odbędzie się to, co sprowadziło go do Portbou, nadgranicznej miejscowości hiszpańskiej. Tymczasem stało się odwrotnie.

Znalazł się w hotelowej izbie, która w tym przypadku była aresztem. Sytuacja nie do pozazdroszczenia. Dotarł do tego miasteczka po dziewięciogodzinnej wspinaczce przez Pireneje, przekraczając granicę nielegalnie. Miał to być końcowy etap jego ucieczki z Paryża, z omijaniem pułapek zastawionych przez policję francuską, która współpracując z gestapo, wyłapywała bezpaństwowców. Wielu zmierzało do nieokupowanej części Francji, gdzie jednak wcale nie było bezpieczniej. Ale cel znajdował się dalej – Hiszpania, Portugalia, Stany Zjednoczone.

Ich większość stanowili dawni obywatele Rzeszy Niemieckiej narodowości żydowskiej, mający na pieńku z reżimem. Jemu się udało. Posiadał już wizę do USA i problem tkwił w tym, by się znaleźć w Hiszpanii. A najlepiej w Lizbonie, skąd do Nowego Jorku już tylko krok. Teoretycznie było to proste. Szlak dobrze przetarty. Władze Hiszpanii zasadniczo nie czyniły przeszkód. Nieprzerwany strumień Żydów-uciekinierów przedostawał się na mniej groźną stronę rzeczywistości.

Po dwumiesięcznym postoju w Lourdes, udał się do Marsylii, skąd – wcale nie tak blisko – przemieścił się do Banyuls‑sur‑Mer, gdzie było ucho igielne uciekinierów. Granicę przekraczało się górskimi ścieżkami i był to nieźle zorganizowany przemysł. Lecz jakiś biurokratyczny chochlik albo tylko pogłoska o tym, że Hiszpania zamknęła im drogę, sprawił, że jakby przed samym nosem zatrzaśnięto mu drzwi do przeżycia. Z zatrzaskującymi się drzwiami był już obyty. Raz po raz coś mu się zamykało. Nie tragizował jednak. Nie poczytywał sobie tego nawet za klęskę. Parł naprzód, popędzany wizją projektów czekających w kolejce. Od lat jego żydowska odporność na niepomyślności przeprowadzała go przez najgorsze.

Lecz teraz, po tygodniach spotkań, starań, gorączkowych rozmów, wewnętrznych rozterek, listów, telefonów, telegramów z opłaconą odpowiedzią, po niewygodach podróżowania ze skromnym dobytkiem i nikłymi zasobami, czasem głodujący, znalazł się u kresu. Był zrozpaczony. Coś się zachwiało. Oto został zamknięty w hotelowym pokoju ze swą walizeczką. A w niej manuskrypt ostatecznej wersji dzieła jego życia. Także niewielka akwarela Paula Klee Angelus Novus, która zainspirowała go do napisania O pojęciu historii. Kilka sztuk bielizny. Jakieś dokumenty. No i ta morfina.

Trzeba dodać, że kilka dni później – dwa lub trzy – władze hiszpańskie ów zakaz zdementowały i ponownie przepuszczano uchodźców. Znów potoczył się ich dyskretny strumień. Ale już bez niego. Należał do siedmioosobowej grupy, którą 26 września 1940 roku policja hiszpańska strzegła przez noc w hotelu i nazajutrz miała odstawić z powrotem do Francji. W przypadku pozostałych sześciu osób sprawy potoczyły się nie aż tak dramatycznie. Skończyło się dobrze. Uśmiechnęło się do nich szczęście. Ale nie do niego. Jemu to nie było pisane.

Już nikt się nie dowie, co dokładnie miało miejsce wieczorem, gdy go zaprowadzono do hotelowego pokoju. Zamknął drzwi, coś postawił na ziemi, coś odłożył, na czymś usiadł. W ustach miał suchość – napił się wody. Może z najciemniejszego kąta izby, przyglądał mu się – choć on go jak zwykle nie widział – osławiony das bucklige Männlein, garbusek, jego dożywotni nuntius cladis, czyli pan Niezdara. Przede wszystkim chciał się uporać z załamaniem. Można to sobie wyobrażać na wiele sposobów, ale tylko jeden ma solidne podstawy. Jego walizeczka. Morfina! Ona go stąd wydobędzie. Czym prędzej należało oddać się jej kojącemu działaniu, które znał już albo się tylko nasłuchał. Zlekceważył inne możliwości, skoncentrował się na tej jednej. Nie wziął pod uwagę, że morfina, zamiast złagodzić, w reakcji na jego sytuację wewnętrzną tylko ją przejaskrawi. Pogłębi stres, jeśli to właściwe słowo. Bo chyba nie desperację. Dodajmy też, że nie był okazem zdrowia.

Istnieją dwie wersje śmierci Waltera Benjamina. Pierwsza, potwierdzona raportem policji oraz świadectwem lekarza, którego wezwano do hotelu. Ten rozpoznał wylew krwi do mózgu, a w konsekwencji zgon o godzinie dwudziestej drugiej, dnia 26 września, obcokrajowca w wieku czterdziestu ośmiu lat. Zatem śmierć naturalna i ani słowa o samobójstwie. Lekarz naturalnie nie miał pojęcia o morfinie, co jednak wiedziała wzywająca go kobieta. Wręcz usunęła z widoku ampułkę i strzykawkę. Policjanci uznali lekarskie świadectwo zgonu i jego przyczyny za wystarczające. Obiit!

Druga wersja ma pewne oparcie w kartce do Gershoma Scholema, jaką Benjamin podyktował Henny Gurland, jednej z uczestniczek tej przeprawy. Stało się to w Portbou 25 września 1940 roku, już po wiadomości o zamknięciu granicy: „W sytuacji bez wyjścia mam tylko jeden wybór – skończyć z nią. Moje życie dobiegnie kresu w małym pirenejskim miasteczku, w którym nikt mnie nie zna…”.

Ale kartka ta nie istnieje. Jej treść Gurland odtworzyła z pamięci. Także Lissa Fitko, która przeprowadzała uciekinierów przez góry, napisała obszerną relację z tego przypadku. Tydzień po ich przeszmuglowaniu otrzymała wiadomość o śmierci Benjamina. Jakoby samobójczej. Trzeba by tylko uwierzyć, że morfina, choćby jej duża dawka, zapewnia samobójczą skuteczność. Nawet jeśli Benjamin był świadomy swych zdrowotnych felerów – choroba serca, ogólne wyczerpanie, psychiczna depresja – mogło mu tylko chodzić o chwilowe wyzwolenie się od stanu ducha. Nieznośnego, bo właśnie przed nosem zatrzaśnięto mu drzwi. Czy jednak o ucieczkę aż tak ostateczną? Tego nie wyjaśnimy.

Poza tym, że aktor tego nieszczęścia nigdy nie deklarował chęci pozbawienia się życia, nie ma podstaw, by wersję samobójczej śmierci Benjamina podważać. Tym bardziej że przez wielu była powtarzana tylekroć, że w końcu stała się prawdą. Więc niech już nią pozostanie. Szczególnie, że intencją rozwijającej się tu opowieści jest uchwycenie symetrii przeznaczeń, a wersja samobójcza ją wzmacnia. Ideę tej symetrii podsunęła mi rozmowa z pewną dziennikarką, ale jej paradoksalny mechanizm muszę już sam tu wymyślać, aby – pomijając wszystkie ich odmienności – spotkać ze sobą tych dwóch. Oczywiście w przestrzeni pośmiertnej.

Bo w przestrzeni doczesnej nie spotkali się nigdy. Pośmiertnej również dlatego, że to przecież historia sprzed połowy minionego stulecia. Zatem nie zeszły się drogi Witkacego i Benjamina, a jest wysoce wątpliwe, że w ogóle wiedzieli o swoim istnieniu. Mimo że różni ich wszystko – wiek, język, charakter, obywatelstwo, to jednak są – choć już w przestrzeni zupełnie pozaczasowej – znaki i tropy, pozwalające postawić ich obok siebie, jak w odwróconej symetrii zwierciadła.

Żeby przydać tej opowieści rozpędu, cofnijmy się o nieco więcej niż rok. Pierwsze dni września roku 1939. To znaczy początek wojny, która jeszcze nie jest światową ani nawet drugą. Benjamin przebywa w Paryżu od sześciu lat. Właściwie już się tam zakorzenił. Cieszy się przyjaźnią z Georges’em Bataille’e, który go wciągnął do swego Tajnego Stowarzyszenia Acèphale i Collège de Sociologie. Są tam także Roger Caillois czy Michel Leiris. Gros ówczesnej aktywności pisarskiej Benjamin wkłada w rekonstrukcję wieku XIX. Pisze Pasaże. Wstęp do książki nosi tytuł Paryż – stolica wieku XIX. Ale wokół jest nieustępliwa współczesność – wiek XX. Nagłówki gazet trąbią euforycznie, bo francuskie wojsko zajęło kilka miejscowości niemieckich. Generał Gamelin deklaruje zdobycie Linii Zygfryda. Z drugiej jednak strony powraca slogan Marcela Déat – „Mourir pour Dantzig” – rzucony jeszcze w marcu. Déat to uroczy, stale uśmiechnięty Paryżanin z gustownym wąsikiem, były minister lotnictwa, raczej antysemita i socjalista, który za dwa lata będzie narodowym socjalistą. Jest przeciwny wciąganiu Francji do wojny.

Przed obawami Francja chroni się w swym lekkomyślnym ça va. Na razie nic nie wiadomo poza tym, że wszystko może się zdarzyć. Ale zawsze jakoś tam będzie. Benjamin nie daje się jednak nabrać na język gazet. Tym bardziej że jako posiadacz niemieckiego paszportu rychło trafia do obozu internowania. Niby na krótko, tylko trzy miesiące, ale poczucie bezpieczeństwa już się skurczyło. Zresztą nigdy nie było zbyt wielkie, a teraz fikcja Francji rysuje się wyraźnie. Pan Niezdara już składa się do ukłonu. Jeśli istniał jakiś scenariusz na wypadek wojny, to był z góry chybiony. Polityczny impet Hitlera nic sobie z niego nie robił. Oczywiście w Paryżu nie do pomyślenia był obraz wojennego chaosu, który miał miejsce w Polsce. Bo to jednak Francja.

To nieco dziwne, że – niezależnie od jej finału – próbę wydostania się z matni Walter Benjamin realizował ze wszech miar pragmatycznie. Zbieranie informacji, zabiegi o wizę amerykańską, plan i marszruta ucieczki oraz cała jej logistyka, wszystko to zostało zbudowane jak gdyby z chłodnym umysłem. Teraz, zachęcany przez przyjaciół, wspierany przez życzliwych mu ludzi, uczynił wszystko jak należy. Aż trudno uwierzyć, że w swoim środowisku znany był z braku zmysłu praktycznego. Jako legendarny pechowiec, który – jak sam o sobie napisał – nie umie nawet zaparzyć kawy. Bo też wizja zagrożenia była wyrazista i zmuszała do działania racjonalnego. To, przed czym uciekał, miało kształt aż nadto konkretny, nawet jeśli odliczyć czarne wyobrażenia. W każdym razie wiedział, czego może się jako Żyd spodziewać po Niemcach. Wiedział też, w jakim kierunku należy się udać, co czynić i w jakiej kolejności.

Stanisław Ignacy Witkiewicz z pewnością potrafił ugotować kawę i choć wiódł życie niekonwencjonalne, nie można odmówić mu zaradności. Jeśli spotykały go jakieś kryzysy – zwykle wyolbrzymione – to ostatecznie je pokonywał. Dawał dowody życiowego doświadczenia, a nawet przebiegłości. Takie cechy były koniecznością w miejscu i okolicznościach, w których przyszło mu żyć. A więc w nie całkiem udanym – a raczej całkiem nieudanym – projekcie o nazwie Druga Rzeczpospolita i realnym w niej życiu. Możliwe, że z tego się wykluwały jego katastroficzne intuicje, choć traktował je raczej półserio. Bez tła tej kruchej rzeczywistości rozważanie dokonań – a także niedokonań – Witkiewicza po prostu nie ma sensu. Ale to się właśnie kończyło. S.I. Witkiewicz uczestniczył w dramacie Polski, która może też nie chciała umierać za Gdańsk, ale już nikt jej nie pytał. Zamknąwszy warszawskie mieszkanie na klucz, który powierzył dozorcy, 5 września z walizeczką w ręce rzuca się do ucieczki.

To nie całkiem jasne, przed czym uciekał Witkacy. Przed bombami spadającymi na oślep? Przed swoją wizją, której absurd nagle wcielał się w rzeczywistość? Nie wiadomo. Może przed sobą? Na pewno uległ atmosferze paniki, wykluczającej logiczne decyzje. Dyktat ludzkiej masy, którą miał zawsze w niskim poważaniu, okazał się silniejszy. Uciekał. Najpierw trochę na zachód, na ulicę Filtrową 74, gdzie mieszkała ona. A później, już we dwoje, na wschód.

Uspokojenie nastrojów nie wchodziło w grę, choć prasa polska nie zostawała w tyle za francuską. Gazety prześcigały się w rozpowszechnianiu dubów smalonych. Dziennik „Ekspres Poznański” donosił 6 września: „Linia Zygmunta (sic!) została przerwana i Francuzi jak po maśle wkroczyli do Nadrenii. Jakby tego było mało, Polacy zbombardowali Berlin”. Tydzień później (14 września) „Express Poranny” donosił już o tym, że „Potężne siły sprzymierzonych łamią opór. Silna grupa zmotoryzowana francuska okrążyła oddziały niemieckie, zmusiła do szybkiego odwrotu, który przybrał charakter panicznej ucieczki. Żołnierze niemieccy porzucali broń i sprzęt wojenny, i uciekali w nieładzie ku wschodowi”. Sławetny IKC, którego redakcja już 4 września przeniosła się z Krakowa do Lwowa, donosił 9. tegoż miesiąca, że oburzeni Berlińczycy zebrali się przed domem, gdzie mieszka Hitler, i wybili mu szyby w oknach. Brawo!

W istocie ewakuacja zaczyna się już 1 września. Na stosunkowo nieskuteczne wojskowe działania obronne nakłada się ewakuacja paniczna, a właściwie kilka bezładnych jej odmian. Jedna to niby zorganizowana, oficjalna ewakuacja instytucji państwa polskiego. Równocześnie odbywają się ruchy cofających się wojsk. Obie zderzają się z trzecią – spontaniczną ucieczką cywilną, czyli raczej chaotycznym ruchem bezradnych stad ludzkich. Drogi uciekających w kierunku wschodnim zderzają się z tymi, co zmierzają na południe, na zachód, na północ. Na domiar złego, po dwóch tygodniach tego bezładu, kierunek wschodni okazuje się pułapką.

Mówię o kierunku wschodnim właśnie ze względu na Witkacego. Znów się nasuwa pytanie: ku czemu uciekał? Z jakich powodów uważał, że tam się znajduje ratunek? Albo ostateczność? Jaka? Należało przypuszczać, ale kto by w tym zamieszaniu pomyślał, że z góry ukartowany atak wojsk radzieckich na wschodnie rubieże Polski dokona się właśnie 17 września i ucieczkę w tym kierunku uczyni daremną. Potrzask się zamknął.

W masie uciekinierów jest ich dwoje. Ona, w pewnym stopniu sterroryzowana przez ogólną sytuację, a też apodyktyczność towarzysza. W drodze gubią się sobie, ale (cud!) odnajdują. On, pięćdziesięcioczteroletni mężczyzna, o którym mówi się co prawda, że wysportowany, zdrowy i dbały na punkcie higieny, ale w istocie pełen dokuczliwych usterek – serce, nerki, hemoroidy, żylaki. Wyczerpani brną dalej, aż 15 września zatrzymują się na poleskiej wsi, gdzie dwa dni później dociera druzgocząca wiadomość. Zatrzasnęły się drzwi, a z czymś takim S.I. Witkiewicz nie był obyty.

Ktoś stworzył domysł, że to wiedza o sowieckim terrorze i znajomość rosyjskiego ducha pozbawiła go resztek nadziei. Posiadł ją jakoby podczas poprzedniej wojny i rewolucji. Czy rzeczywiście? Wrócił do Polski w roku 1918, gdy tam z bałaganu wojny domowej dopiero wyłaniały się zręby radzieckich porządków. Wizje polityczne, jakie kreuje w powieściach i dramatach, to nie są obrazki bolszewickie. To jego inwencja, groteska, rodzaj czarnego humoru, choć miejscami nawet trafnego.

Łatwo sobie wyobrazić przyczyny desperacji, której kulminacja wypadła na pobyt Witkacego i Czesławy Oknińskiej-Korzeniowskiej we wsi Jeziory. Psychofizyczne wyczerpanie o trudnych do wyobrażenia rozmiarach. Widzenie w ciemnych barwach. Czy w pogłębionej przez te warunki percepcji objawiła mu się fikcja konstruktu, jakim była jego steatralizowana osobowość? W świecie, który się przemieniał w ruinę, nie było czasu na racjonalne obrachunki. Na wszystko było już za późno. Pozostawały tylko podszepty pesymizmu.

W jego podręcznej walizeczce nie było morfiny, którą – jak pamiętamy – odrzucał. Znajdował się w niej natomiast inny specyfik, o którym zresztą wiedział niewiele. Możliwe, że z góry zakładał jego użyteczność, ale dopiero teraz się to potwierdziło. Po dwutygodniowej szamotaninie ucieka się do tej myśli. Nienowej. Już dwadzieścia sześć lat wcześniej wyraża ją po raz pierwszy. Potem powtarza w licznych listach i zapewne w rozmowach. Samobójstwo. Mogła to być retoryczna pogróżka, psychologiczny szantaż. Bo w jego życiu zdarzały się chwile jakoby bez wyjścia. Tak je oceniał w przypływach rozpaczy, które jednak mijały. Nie były aż tak poważne, jak o tym paplał. W tym jednak przypadku i w aktualnym stanie ducha ujrzał, że uciec można tylko w śmierć z własnego wyboru.

Zajrzyjmy do wspomnianej walizeczki. Spójrzmy na znajdujące się w niej substancje, które Witkacy dość naiwnie uważa za śmiertelne – luminal oraz cybalginę. Ta ostatnia w ogóle nie jest trucizną, lecz łagodnym środkiem przeciwbólowym. O wiele słabszym niż morfina. To samo dotyczy luminalu, którego tylko poważne przedawkowanie może zabić. A że miało to być „samobójstwo we dwoje”, podzielił zasób na dwie porcje, przekonany, że ta ilość wystarczy. Niezupełnie.

Gdy ona wydostała się z letargu, znalazła go martwym. Zobaczyła, że dla większej skuteczności przeciął sobie tętnice żyletką. Być może tą samą, którą tego ranka ogolił się na życzenie swej towarzyszki. Podobnie jak Lissa Fitko w przypadku Benjamina, towarzyszka Witkacego zdała obszerną relację z tego nieszczęsnego zdarzenia. I to nie jedną. Ktoś doliczył się jedenastu. Częściowo sprzecznych. Istnieją też skromne świadectwa mieszkańców tej wsi – leśniczego Romana Chudzika oraz Włodzimierza Ziemlańskiego, w którego domu zatrzymał się pięćdziesięcioczteroletni filozof, pisarz i malarz, urodzony w znaku Ryb, ze swą towarzyszką, urodzoną w Skorpionie. Najpewniejsze w tych relacjach jest to, że zmarł. Obiit!

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.