01/2021

Leszek Bugajski

Nieuleczalny przypadek

„Znajdowałem się w Ośrodku rehabilitacyjnym przeznaczonym dla ludzi uznanych przez władze za nieodpowiedzialnych, ponieważ w przeszłości podobno każdy z nas zachował się niezgodnie z dzisiaj panującymi wartościami i musiał zostać poddany oczyszczeniu, i tylko personel, który miał tego oczyszczenia dokonać, sam był niekompetentny, zdemoralizowany i po prostu śmieszny” – tak pod koniec nowej powieści Romana Wysogląda jej bohater objaśnia swoje położenie. Właściwie to jednak nie wiadomo, jak dalece ta powieść jest nowa, bo na jej końcu natrafimy na informację, że powstała wiosną 2006 roku. Jeśli to prawda, a czemu nie miałaby być, to Wysogląd jest wybitnym profetą, który kilkanaście lat temu wyobraził sobie z wieloma szczegółami, jak będzie się rozwijał narodowy obłęd, który łatwo napędzić, ale o wiele trudniej wskazać, czemu ma służyć. Jeśli natomiast pisarz tak sobie zażartował, datując powieść, to chciał nam pewnie przypomnieć o tym, co oczywiste, ale łatwo zapominane, czyli o tym, że „choroba na Polskę” jest stale w nas, tylko jej objawy raz są mniej, a raz bardziej wyraźne. Oczywiście nie definiuje jej ani narrator jego powieści, ani żadna z pojawiających w niej postaci, bo raz, że tę chorobę rozumiemy, ale nie potrafimy jej jednoznacznie opisać, a dwa – przecież Wysogląd nie napisał rozprawy na ten temat, a jedynie zwariowaną powieść, która może mieć ambicje bycia przypowieścią, ale – jak to zwykle u tego pisarza – niczego w niej nie można być pewnym.

Przede wszystkim czytelnik nie może być do końca pewien tego, w jakim świecie się znajduje. Jaki – że sobie dla żartu lekko zabełkotam – jest status ontologiczny świata przedstawionego. Wiesław Myśliwski już w 1985 roku, po przeczytaniu debiutanckiego tomu opowiadań Wysogląda Przekrętka, trafnie napisał: „Świat tych tekstów [jest] skrajnie absurdalny, ufikcyjniony aż do zaprzeczenia wszelkiej logice przyczynowo-skutkowej, wytłumaczalny jedynie w poetyce koszmaru sennego, okazuje się przy odrobinie dobrej woli poznawczej całkowicie sprawdzalny w planie naszych codziennych doświadczeń. Można by powiedzieć, że nie ma w nim niczego, co by nie było z życia wzięte”. Minęło trzydzieści pięć lat i to samo można by było napisać o teraz wydanej powieści Wysogląda. Znów jej narrator wciąga nas w senny koszmar i znów świat tego koszmaru poskładany jest z elementów rzeczywistych, no bo z jakich innych, i jednocześnie wszystko w nim jest nierzeczywiste według właśnie poetyki snu. W takim mieszaniu nam w głowach Wysogląd jest mistrzem. Nic więc dziwnego, że lata płyną, a on jest wierny temu, jak zbudował swoje literackie światy jako młody pisarz.

Chorych na Polskę co jakiś czas przypomina o niepewnym statusie świata, jaki opisuje. Bohater a to w półśnie uświadamia sobie, że „chciał się obudzić, lecz widać sen silniejszy był od rzeczywistości”, a to mówi: „Sen jest też pewną rzeczywistością i chociaż doszliśmy do porozumienia, że umowną, to jednak”, kiedy indziej zaś wzywany na spotkanie, tłumaczy: „miałem nieprzyjazny sen i muszę go czymś zmyć. Rzeczywistość faktyczna nie istnieje, więc nie muszę się spieszyć”. I tak możemy sobie cytować, bo Wysoglądowi chodzi o to, byśmy – jako czytelnicy – trwali w zawieszeniu, w niepewności jak bohater jego powieści. Choć on to się już nawet nie dziwi temu, że w roli kamerdynera pojawia się w jego pobliżu chory na astmę pan Witold, pisarz z Argentyny, który mądrze oraz ironicznie wypowiada się na różne tematy – pan Witold, jeden z filarów naszej literatury, o którym z pewnością śni wielu piszących z podziwem i z zazdrością. W oniryczno-realnym świecie powieści Wysogląda jest kamerdynerem, ale nie w rozumieniu służącego, ale osoby służącej pomocą i próbującej zaprowadzić porządek, czyli ład w tym świecie, w którym znalazł się bohater powieści. To funkcja odpowiedzialna, a nie deprecjonująca. Zresztą on sam mówi: „Egzystuję poza czasem, a wiec także jakby poza rzeczywistością”. Nie dotyczą go więc takie kategorie, jak funkcja społeczna czy wartościowanie i ocena według niej. Jest w tym senno-realnym świecie, bo interesuje go, co się dzieje z Polską, co z nią robimy i ku czemu jest ta kraina prowadzona. I co jakiś czas wypuszcza z siebie wiązankę przytomnych jej ocen, bo jest ponad tą rzeczywistością i odwiedza ją, gdy mu się zachce. Jak duch nad wodami. Jest postacią z innego świata, może nawet jakimś bogiem. Co by potwierdzało to, że kiedy pakuje się i wyjeżdża, powieściowy świat zaczyna się kruszyć, rozsypywać. Obrazy tracą ostrość, zamazuje je jakaś mgła.

To właśnie powieściowy pan Witold, siedząc z bohaterem Chorych na Polskę w knajpie, rzucił sentencję: „Oto Polska w pigułce […]. Pełno miejsca do tańczenia, tylko orkiestry brakuje. Dość czytelna metafora”. I dalej rozwija swój wywód: „Człowiek naprawdę dużo może […] tylko musi mieć do tego odpowiednie warunki, także umysłowe, ale z tym, jak wiadomo, bryndza”. I tu dochodzimy do najważniejszego punktu powieści: jej bohater przebywa właśnie w specjalnym sanatorium, które ma mu stworzyć warunki do umysłowej odmiany. Został bowiem wyłowiony przez służbę zdrowia (cierpiał na bóle głowy) jako ten, który kwalifikuje się do „leczenia” w sanatorium, bo jest „zakałą społeczeństwa”, bo lata płyną, a on wciąż tęskni za PRL-em. Rzekomo tęskni, bo na koniec okazuje się, że „leczono” go przez pomyłkę, ponieważ na jakimś etapie biurokratycznej procedury pomylono go z kimś innym. Lekarka wyjaśnia mu sprawę na tyle jasno, na ile jasno da się wyjaśnić bzdurę: „Nas nie interesują badania opinii społecznej, media czy rady światłych Europejczyków. Mamy zadanie do wykonania, a nazywa się ono: zbudowanie nowego społeczeństwa, bez zbędnych naleciałości”. Bardziej precyzyjnie sprawę wyłożył bezimiennemu bohaterowi powieści i innym pensjonariuszom prelegent, z którego przemówienia wynikało, że cały proces, jakiemu zostaną poddani, ma na celu przestawienie ich „psychiki ugruntowanej w PRL-u” na nowe tory, czyli na „dobrodziejstwa płynące z życia w wolnym, katolickim i bezpiecznym państwie”.

Ten szczytny plan mają jednak w sanatorium – jak należy rozumieć – dla najbardziej opornych osobników prowadzić ludzie przypadkowi, jakieś typy awansujące nie wiadomo z jakiego poziomu umysłowej indolencji albo skorumpowani wysokimi pensjami fachowcy, którzy nie wierzą w skuteczność planowanego „leczenia”, ale wierzą w okazałe dochody i możliwości awansu. Więc od razu trafia bohater do jakiej super PRL-owskiej fikcji, która ma walczyć właśnie z PRL-owskimi złogami, jak to określił jeden z geniuszy naszego realnego życia. Bohater powieści, który okazuje się pisarzem pogrążonym w twórczej zapaści („chronicznym pesymizmie”), przytomnie to wszystko, co go spotyka, analizuje i bez trudu dostrzega, że „przecież to wszystko już miało miejsce wiele lat temu, a teraz działa się jedynie dość nieudolna powtórka poprzedniej sytuacji”. Historia kilku ostatnich dziesięcioleci w tym sennym koszmarze zapętla się, choć zmieniła się retoryka, mechanizmy pozostały te same co dawniej i ten sam żałosny bałagan i nieudolność. Jak zwykle, konstatuje bohater powieści, „grupa idiotów stara się manipulować nastrojami dla swoich doraźnych celów i to wszystko. Jak zwykle z wielkiej chmury mały deszcz albo żadnego”.

Nic więc dziwnego, że ujawniając takie opinie, bohater powieści Wysogląda nie ma łatwo, bywa wręcz w trakcie „terapii” nazywany gnidą. Zresztą z punktu widzenia władzy nadzorującej sanatorium, w którym przebywa, całkiem słusznie. Z papierów, jakie na niego zgromadzono, wynika, jak mu to referuje jeden z „opiekunów”, że stale obnosi się z biernym oporem, zarówno dawniej, jak i teraz, że nie podobał mu się Gomułka, ale także Gierek, Olszewski i Wałęsa, KOR i Solidarność; Moczar, ale i „aktualnie nam panujący minister spraw wewnętrznych”. Z punktu widzenia „terapeutów” jest więc przypadkiem szczególnie niebezpiecznym, bo zdystansowanym do wszystkiego, co go otacza, nieufnym i krytycznym. Jest więc, w skrócie to ujmując, modelowym przypadkiem inteligenta zdroworozsądkowego, którego najtrudniej przekształcić w nowego człowieka, bo w trakcie indoktrynacji zawsze zacznie ironizować, zawsze będzie szukał przysłowiowej dziury w całym czy analogii w przeszłości i teraźniejszości. Bo ma krytyczny umysł, który prędzej zaprowadzi go do cynizmu niż entuzjazmu.

I nie wiadomo, jak by się potoczyły jego losy w sanatorium, gdyby nie to, że spajający tę rzeczywistość pan Witold po prostu opuścił ją – „jednak pewnie zmęczyło go pieprzenie ciągle na ten sam temat”. Odchodząc, zostawił bohatera z przesłaniem: „W tak zwanym życiu wszystko bywa rzeczą umowną […], więc nie przejmuj się majakami. Lepiej wyjedź stąd jak najszybciej i staraj się zapomnieć. O wszystkim”. I majak zaczyna się rozmywać – bramy sanatorium nikt już nie pilnuje, w pobliskim miasteczku nikt sobie nie przypomina, by ono istniało, autobusy nie kursują. Bohater powieści pogrąża się w jakimś nowym niebycie, w którym przynajmniej nie ma absurdu, jest tylko niedookreślenie i pojawiają się znajome elementy, które zawsze tworzą naszą rzeczywistość. I jest kobieta, do której może wrócić. Przy niej chyba znajdzie uspokojenie, choć nie wiadomo, co z tego spokoju ma wyniknąć. Początek niewiadomego, jak to zwykle bywa. A może jednak jakiś nowy absurd?

Gdybym teraz miał najkrócej, jak to jest możliwe, powiedzieć, czym jest ten absurdalny świat, w który swoich czytelników uwikłał Wysogląd, to powiedziałbym, że jest to mimo wszystkich zawartych w powieści żartów i złośliwości całkiem poważny krzyk rozpaczy inteligenta, który chce żyć po swojemu, a nie może, bo wciągany jest w idiotyczne gry przez tych ogarniętych żądzą naiwniaków, groźnych naiwniaków, którzy myślą, że coś wiedzą i coś mogą.

Roman Wysogląd: Chorzy na Polskę.
Fundacja Kultury Afront,
Bukowno 2020, s. 286.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.