01/2019

Janusz Drzewucki

Nikomu niepotrzebne nic

1. Im dłużej czytam wiersze i zbiory wierszy Piotra Piaszczyńskiego – jednego z najoryginalniejszych, ale też chyba najbardziej niedocenianych poetów mojego pokolenia – tym częściej myślę o nich w kategoriach mniej poezji, bardziej liryki. Cokolwiek może to znaczyć: Piaszczyński jest dla mnie ze wszech miar poetą lirycznym, jak rzadko kto, być może nawet jak nikt. Jak na poetę lirycznego przystało, nie zamierza wcale zmieniać całego świata, a jeśli już miałby coś zmienić, to raczej siebie samego; ale nie zmienia siebie, bo nie chce, bo godzi się na siebie takiego, jakim jest, na głęboko osobistą egzystencjalną sytuację, w której się znalazł niczym w potrzasku.

Kim jest Piotr Piaszczyński, a raczej podmiot liryczny jego wierszy składających się na zbiór Po sezonie? To ktoś, kto częściej niż o życiu myśli o śmierci. W swoje sześćdziesiąte urodziny (sugestywnie opisane w wierszu 60+) zastanawia się, ile mu zostało do końca, bo to, że więcej za nim niż przed nim, to jasne; prorokuje zatem, że skoro dziadek przeżył sześćdziesiąt dwa lata, a ojciec siedemdziesiąt dwa, to być może jemu uda się dożyć osiemdziesięciu dwóch. Jest samotnikiem z krwi i kości, czego najlepszym dowodem wiersz tytułowy, w którym w połowie września włóczy się sam pustą plażą na Mierzei Wiślanej z Krynicy Morskiej w stronę Piasków. Nawiązując do swojego nazwiska, stwierdza tylko i aż: „Idę ku Piaskom. / W stronę prochu. / Idę…”.

Bohater liryczny Piaszczyńskiego, to ktoś, kto od życia dostaje nieustannie „za kopniakiem / kopniak w brzuch” (Z Bursy), zdaje sobie sprawę, że jest życiowym nieudacznikiem, siebie samego nazywa „panem Zapominalskim” (w mistrzowsko napisanej ośmiosylabowymi dystychami Piosence pana Zapominalskiego), ale pociesza się: „Tak, to jest sztuka; być nieudacznikiem; / arcymistrzowsko marnotrawić życie” („I’m a Loser Baby [So Why Don’t You Kill Me]” – Beck); i na dodatek wiedzie z premedytacją „żywot bezbożnika” (Oktostych bez Boga). Jego uwagę przede wszystkim, na przykład także w wierszu Droga do, zaprzątają myśli o tych, co odeszli – nawiązując do tytułu książki, jaką Jarosław Iwaszkiewicz obmyślał przed śmiercią, a jaka ukazała się już po jego śmierci – Aleją Przyjaciół. Wspomina nagłą śmierć Ryszarda Milczewskiego-Bruna (Toruński Maj Poetycki 1979), oddaje hołd Erwinowi Krukowi (Na pożegnanie E.K.), a gdy los zawiedzie go do Nowego Jorku, to natychmiast biegnie do knajpy, gdzie upijał się Dylan Thomas, i pod dom, gdzie zmarł Josif Brodski („Pod białym koniem”). A że jest człowiekiem nie pozbawionym poczucia humoru, w wierszu F.H. – dwa haiku, chyba nieprzypadkowo zamykającym zbiorek, wyznaje, że ma pragnienie, aby za życia mimo wszystko „nie być” tak jak on, czyli Friedrich Hölderlin, i marzenie, aby po wszystkim mieć jednak chociaż trochę „tak piękne / życie pośmiertne…”.

2. Poeta zna wagę słów, nie zarzuca nas słowami, obrazami, metaforami, wypowiada się oszczędnie, a nawet bardziej niż oszczędnie. Każdy wiersz zamieszczony w Po sezonie zajmuje tylko jedną stronę, a większość z nich nie przekracza nawet połowy strony. Bez wątpienia należy Piaszczyński do tych poetów, którzy wolą powiedzieć mniej niż więcej, za mało niż za dużo.

Nie inaczej w tomikach poprzednich. Żaden z wierszy ogłoszonych w zbiorku Przerwa w podróży (2014) nie przechodzi na drugą stronicę, w tomiku Moleskine (2009) tylko jeden wiersz rozkłada się na dwu stronach, a w Mężczyźnie z zapałkami (2006) zaledwie dwa. Znamienne, że już w wierszu Dobry początek, inicjującym Mężczyznę z zapałkami, spotykamy bohatera tej liryki właśnie w Alei Przyjaciół. Ma za sobą pół wieku, tyle, ile w chwili samobójczej śmierci miał Paul Celan. Tyle tylko, że rozmyślając nad nieuchronną śmiercią, wymieniając odeszłych na tamten brzeg kolegów z czasów młodości, myśli w kategoriach pokoleniowych, powiada wprost: „Pokolenie skazane / na (marne) pół wieku?/ Wyraźnie nam nie służy / to nowe stulecie” (1950). Nie kryje zdziwienia, że sam jeszcze jest na tym brzegu, zdaje sobie doskonale sprawę, że „kiedyś musi nadejść / wreszcie moja kolej” (Dolina), wszak:

– Jak długo chciałbyś tu zostać?

– pytają mnie przyjaciele.

Powtarzam zatem: – Do końca;

brakuje przecież niewiele.

(Piosenka o przeprowadzce)


Trzeba wiedzieć, że Piotr Piaszczyński od blisko trzydziestu lat żyje i tworzy na emigracji, w Bonn, w Kolonii, w Eitorf, raz, dwa razy do roku wpadając do rodzinnego Olsztyna. Do emigracji nikt go nie zmuszał, jak wyznaje bowiem w wierszu pod znaczącym tytułem Wygnanie: „Sam siebie wygnałem / z niedoraju ojczyzny”, a w sąsiadującym z nim wierszu Steinfeld emigrancką i egzystencjalną samotność definiuje tak, że chyba lepiej się nie da: „Siedzę przed sobą” i opisując z tej perspektywy sielski widok z okna, dochodzi do wniosku: „Dobrze trafiłem, / żeby zrozumieć, / że źle wybrałem”.

Efekty tego wyboru przedstawia w wierszach zestawionych w zbiorze Moleskine: strach przed jutrem, kłopoty ze snem, nieustający niepokój. Akcja liryczna tych utworów rozgrywa się najczęściej jesienią, we mgle, a nawet „we mgle / nieobecności” (Obraz), w Zaduszki, inaczej mówiąc w „dni infernalne” (Pokuta); panuje ziąb, wieje wiatr, unosi się dym, niebo zasłaniają stada wron. Wieczorem poeta – który ma „Gwóźdź w głowie – barycznego niżu” (Ból) – sam sobie przepowiada z rezygnacją: „Znów zmarnowałem dzień; / nie pierwszy, ach, i nie ostatni” (Dzień). Koniec końców, nachodzą go myśli, czy aby nie „pójść / traktem / Trakla” (Pokusa), Georga Trakla – dodaję na wszelki wypadek. Gdyby chociaż ów opresyjny stan dało się przełożyć na wiersze, byłaby z tego i pociecha, i korzyść, ale nic z tego. Poeta podczas jednego z pobytów w ojczyźnie z akt zgromadzonych na swój temat przez tajną policję PRL i przechowywanych w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej dowiaduje się, że „Prezentuje osobowość / depresyjno-maniakalną” (IPN), przeciw czemu zresztą specjalnie nie protestuje, natomiast po powrocie z ojczyzny na obczyznę, gdy z pisania wierszy − pomimo jak najlepszych chęci − nici, lamentuje:

wierszy nie ma

więc mnie nie ma

i nic nie ma

sensu

(Nie ma)


W podobnym duchu, a może nawet jeszcze gorzej w zbiorze Przerwa w podróży. Tutaj już wiatr nie tylko wieje, ale i „wyje” (Okolica), a „podły nastrój” (Alarm) to dla poety stan „odpowiedni”, czyli normalny, nie ma więc nic dziwnego w tym, że „lgną do mnie jedynie zgryzoty” (Może się to zmieni) i że spotyka go katastrofa za katastrofą, o czym mówi w wierszu pod tytułem Czarny sezon; to zaś, czym poeta się zajmuje, co próbuje zakląć w słowach, to „enigmatyczne / niepotrzebne nikomu / nic” (Chcą). W efekcie tego:

Mówię do siebie jak wszyscy

zdrowo stuknięci…

Mówię do siebie,

bo z kimś gadać trzeba

(Mówię…)


Poeta rozmawia – trzeba to przyznać: pół żartem, pół serio, z poczuciem zarówno ironii, jak i autoironii – nie tylko ze sobą, ale także z innymi poetami: z Hölderlinem, Rimbaudem, Audenem, z Celanem i Miłoszem – w Mężczyźnie z zapałkami, w Moleskine – znów z Miłoszem, ale także z Bennem, Brechtem i Holanem, a nawet z Krynickim, natomiast w Przerwie w podróży – z Goethem, Leśmianem, Brodskim, Herbertem i Bursą. Potwierdzenia siebie i swoich wyborów szuka w dziełach i w biograficznych przypadkach innych poetów.

3. Wracam do zbioru Po sezonie. Podmiot Piaszczyńskiego znajduje się w zawieszeniu między „niemą nocą” (Do Hypnosa) a „szarą jawą” (Sen), nic mu nie idzie, nic mu się nie udaje, wszystko leci mu z rąk; jego dzień to nie dzień, lecz – co zostało wypowiedziane w tytule wiersza – Nieidzień, no i z dnia na dzień jest tylko marniej, czarniej, słabiej, starzej, krótko mówiąc: „jest gorzej / z woli Bożej” (Oj!), bo na domiar złego wyobraźnia podpowiada wyłącznie „złowieszcze / czarne scenariusze” (Do wyobraźni). W jego świecie nawet lato to nie lato, skoro „Niebo w chmur czarnych nalotach” (Lato polskie 2017). Nawiązując i do „carpe diem” Horacego i do „verweile doch” Goethego, konstatuje:


Chwile

nie chcą trwać.

Dni

nie dają się schwytać.

(⁂„Chwile”)


Nic mu się nie udało. Nie dostał żadnej nagrody, bo tę, którą mu wręczano, to niestety tylko we śnie (Sen); chętnie odpowiedziałby na znienawidzone przez wszystkich pisarzy świata pytanie postawione w tytule wiersza Nad czym pan obecnie pracuje?, ale cóż z tego, skoro nikt tego pytania nie chce mu zadać. Skazany na towarzystwo psa Pegaza i kota Rabusia, pociesza się jednak tym, „że jest się wciąż wśród żywych” (27 i 31 grudnia) – z jednej strony, a z drugiej krzepi się myślą: „I są rymy do tego: / nareszcie, na szczęście” (Ups!). Pisze więc do rymu, a jakże!

Nie ulega wątpliwości, że Piotr Piaszczyński pisząc tak pesymistyczne i defetystycznie – wypowiadając się już to wierszem cztero- czy sześciosylabowym, już to jedenasto- lub trzynastozgłoskowym – okazuje się także mistrzem rymu, ale rymu niedokładnego, dyskretnego, rzuconego mimochodem, od niechcenia. W tych wyszeptanych rymach mówi nie tylko o sobie, ale i o świecie doby postmodernizmu czy postkapitalizmu; o świecie, którego wcale nie chcemy podbić i zdobyć, ale w którym próbujemy – każdy na swój sposób i na własny rachunek – przeżyć. Nic więcej. Choćby tyle.

Piotr Piaszczyński: Po sezonie.
Oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Olsztynie,
Olsztyn 2018, s. 56.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.