10/2018

Zbigniew Jazienicki

O Jeny!

Kto jak kto, ale Queneau – gdyby nie kiepski rym – tak właśnie mógłby rozpocząć. Taka zabawa językowa w pierwszym zdaniu nie byłaby w jego wykonaniu niespodzianką. Jego twórczość reprezentuje bowiem ten odłam literatury nowoczesnej, która za cel obrała sobie eksponowanie własnej literackości i tek(s)turowości – tego, że przedstawiony w niej świat zamknięty został w dwóch wymiarach kartki papieru.

Nazwisko Queneau nie brzmi już obco dla uszu polskiego czytelnika, bo jakkolwiek wiele jego utworów wciąż uchodzi za nieprzekładalne, to korpus rodzimych tłumaczeń stał się w ostatnich latach znacznie obfitszy. Teraz dołącza do niego przekład głośnej Niedzieli życia, znanej dotychczas jedynie z fragmentów opublikowanych w poświęconym francuskiemu pisarzowi tematycznym numerze „Literatury na Świecie”. Przekład, dodajmy, znakomity, czego można się było spodziewać po Hannie Igalson-Tygielskiej, mającej już na koncie m.in. wyróżnione dwa lata temu nominacją do Nagrody Literackiej Gdynia tłumaczenie Psiej trawki, debiutu powieściowego Queneau. Wśród jego polskich wersji ta nie jest zresztą chlubnym wyjątkiem, bo złamać enigmatyczny kod Q.R. – pisarza zakochanego w jolkach, oddającego się namiętnie krzyżówkom – próbują najczęściej romaniści należący do translatologicznej ekstraklasy i osiągający nierzadko kongenialne rezultaty. Takie spolszczenia, jak choćby sprawdzający giętkość polszczyzny przekład Ćwiczeń stylistycznych Jana Gondowicza, brawurowo potwierdzają tezę Barańczaka, że nie ma wierszy nieprzekładalnych, są tylko leniwi tłumacze.

Sęk w tym, że oprócz prób ściśle poetyckich, takich jak pisana aleksandrynem trawestacja traktatu filozoficznego, pod piórem Queneau równie gęsta, co poezja, stawała się sama proza. W rezultacie łatwo zgubić w przekładzie igraszki z samym językiem, z jego fakturą i melodyjnością: gry słów, kalambury i homofony czy dyskretnie anonsowane na wstępie rymy. Problemy pojawiają się niekiedy już na starcie, bo jak bezstratnie przełożyć choćby tytuł Psiej trawki (Le Chiendent), aby zachować w nim alternatywne etymologie nazwiska pisarza, wywodzonego przez niego samego albo od psa (quenot = chien) albo od zęba (que­notte = dent). Koniec końców, do polskiego tytułu udało się wpleść zarówno chwast, jakim jest psia trawka (chiendent to dosłownie perz), jak i psa. Wypada z niego jednak ząb, nieczytelne pozostaje również samo zakodowane w oryginale nazwisko pisarza, którego obecność i tak łatwo przeoczyć, gdyby nie wstęp Anny Wasilewskiej.

Jak przystało na literaturę tworzoną z literatury, Queneau szpikuje swoje teksty mniej lub bardziej rozpoznawalnymi literackimi aluzjami. Gdy np. w Niedzieli życia wysyła swojego bohatera do Bruges-la-Morte, chodzi mu tyleż o po mannowsku tchnącą śmiercią Bruges, czyli Brugię, zwaną również flamandzką Wenecją, co o Bruges-la-Morte, Martwą Brugię – powieść zapomnianego już nieco Georges’a Rodembacha. Brak cudzysłowu czy kursywy wzmacnia jedynie sugestię, że chodzi o belgijskie miasto, a nie o symbolistyczną powieść. Tłumaczka zachowuje zapis oryginalny, którego brzmienie skrywa coś jeszcze: „czułą aluzję do […] rodowego nazwiska” głównego bohatera, Valentina Brû.

Jakby tego było mało, tłumacz Queneau musi się borykać z retorycznym rozwarstwieniem jego języka. Trudność ta związana jest z odkryciem przez pisarza niskiego rejestru francuszczyzny, który z hukiem wprowadził on, niemal równocześnie co Céline w swojej Podróży do kresu nocy, do szacownego gmachu nadsekwańskiej literatury. Również Niedziela przeładowana jest kolokwializmami; powieściowej burżuazji zdarza się rzucić mięsem lub poświntuszyć w najlepszym rabelaisowskim guście. O ile pierwsze polskie tłumaczenia usiłowały tę nieprzyzwoitość korygować, ugrzeczniać, o tyle Igalson-Tygielska nie krępuje się, by w przekładzie rzucić soczystym „spierdalaj”. W jej tłumaczeniu chętnie sięgającym do polszczyzny potocznej, slangowej i wulgarnej pojawiają się nawet zbitki językowe („abojawim”, „mąsztesz”) oddające „zjedzone” w gwarze rozmowy pauzy. Taką argotyzującą polszczyznę czyta się w rezultacie tak, że można się przyłapać na wątpliwości, czy to wciąż Queneau, czy już może Masłowska. Skądinąd właśnie w autorce Wojny polsko-ruskiej Tomasz Swoboda dostrzegał w swoim czasie „owo niewytopione wcześniej ogniwo w polskiej literaturze, czyli odpowiedź na prozę Raymonda Queneau”.

Trudno pozbyć się jednak wrażenia, że język postaci jest językiem sprokurowanym przez pisarza, sięgającego do rezerwuaru potocznej francuszczyzny jak do worka z literackimi prefabrykatami. Ta rażąca sztuczność przezierająca przez powieściowe dialogi sygnalizuje główną jakość poetyki tego pisarstwa, tj. filtrowanie doświadczenia codziennego przez przyjęte odgórnie i arbitralnie reguły konstrukcyjne. Queneau, matematyk z wykształcenia, był zafascynowany możliwością wpasowywania literatury w konceptualne modele, poddawania jej rygorystycznym ograniczeniom, w opozycji oczywiście do improwizacji surrealistów, z którymi początkowo związany, bezpowrotnie się rozstał. I choć już pracy nad debiutancką powieścią przyświecały idee literatury kombinatorycznej (Psia trawka miała być oparta na liczbach 7 i 13), to taka praktyka pisarska zinstytucjonalizuje się dopiero po latach w postaci współzałożonego przez Queneau Warsztatu Literatury Potencjalnej, czyli słynnego, funkcjonującego do dzisiaj OuLiPo. Tworzący pod auspicjami tej klasycystycznej awangardy pisarze, a wśród nich Georges Perec czy Italo Calvino, będą błyskotliwie dowodzić, że dzieło doskonałe, dopełnione to dzieło respektujące formalne ograniczenia. Zaciekawionych odsyłam do strony internetowej grupy prezentującej stosownie niekompletną listę adaptowanych przez jej członków reguł.

Mówię zaś o tym dlatego, że utwory Que­neau konsekwentnie ramowane są nie tylko przez formalne, lecz także przez filozoficzne contraintes. Psiej trawce patronowała Kartezjańska Rozprawa o metodzie, dla ostentacyjnie szermującej filozoficzną topiką Niedzieli życia jest to z kolei Heglowska Fenomenologia ducha. Jako że pisarz należał do najaktywniejszych uczestników intelektualnego życia przedwojennego Paryża, ze słynnymi heglowskimi wykładami Alexandre’a Kojève’a i duszną atmosferą Kolegium Socjologicznego, w jego powieściach łatwo można wytropić ślady ochoczo wówczas dyskutowanej problematyki, przemienione jednak na „pirotechnikę min i koziołków”, jak dodawał przyjaźniący się z Queneau Italo Calvino.

Zamiast bezpośrednio odsłaniać filozoficzne zaplecze Niedzieli, za Queneau zastosujmy strategię podchodów, zakradając się od strony niewyraźnych przebąknięć i mrugnięć okiem. Oto bowiem ze strzępka informacji o przeszłości Valentina Brû dowiadujemy się, że odbył on służbę na skolonizowanym jeszcze przez Francję Madagaskarze, gdzie walczył przeciwko Hain-Tenys Merinas. Czy zgodnie z sugestią powieści chodzi o nazwę antyfrancuskiej opozycji? O imię przywódcy madagaskarskiego powstania? Bynajmniej, ponieważ zręcznie zakodowana zostaje tu kilkustopniowa aluzja, odsyłająca nie tyle do militarystycznego klimatu Madagaskaru, ile raczej do tradycyjnej poezji malgaskiej, tzw. hainteny. Francuska publiczność zetknęła się z nią na początku zeszłego stulecia za sprawą Jeana Paulhana, który podczas kilkuletniego pobytu na Madagaskarze zebrał, przełożył na francuski, a następnie wydał ją w znanym zapewne Queneau dwujęzycznym zbiorku, znajomo zatytułowanym Les Hain-Tenys Merinas. Hainteny to, krótko mówiąc, epigramatyczna poezja rdzennych mieszkańców Madagaskaru, silnie zmetaforyzowana i aluzyjna, operująca na wieloznacznościach słów, częściowo mogąca przypominać rodzime ludowe porzekadła. Nie dziwne, że ze swoją poetyką, zabawą materialnością słowa poezja ta przypadła do gustu Queneau, który da jeszcze wyraz swojej słabości do literatury afrykańskiej, tłumacząc choćby Smakosza wina palmowego Amosa Tutoli.

Jeżeli dodamy do tego etymologię słowa hain­teny, być może rozjaśnią się sensy subtelnie wygrywane przez Queneau. Tę nazwę madagaskarskich „mądrości ludowych” można by przełożyć jako ‘sztukę słowa’, ‘grę słów’ lub ‘piękny język’ (od hay – ‘mądrość, wiedza, sztuka’ i teny – ‘słowo, mowa’), ale wydaje się, że nie gorszym tłumaczeniem i prawdopodobnie bliższym motywacjom pisarza byłby jeszcze inny wariant – ‘mowa mądrości’. Taki przekład wyraźniej naprowadzałby na filozoficzny wymiar powieści, w której Queneau fabularyzuje heglowskie rozumienie mądrości, co skądinąd znalazło odzwierciedlenie w znaczącym epitecie, jaki po lekturze Niedzieli ukuł sam Kojève – „powieść mądrości”. To bowiem radykalna reinterpretacja Hegla, jaką ten rosyjski emigrant prezentował na swoich paryskich wykładach, określa problemową zawartość powieści. Jak wiadomo, te słynne heglowskie wykłady zgromadziły luminarzy francuskiej humanistyki, ale rola, jaka przypadła Queneau, była szczególna: jako na kopiście wykładów to na nim spoczął obowiązek ich wydania. Jego opracowanie ze stenotypiczną dokładnością oddaje nieprzejrzystość i mistyczny mrok stylu mistrza, ale niewykluczone, że pisarz celowo ograniczył swoje ingerencje, aby prawo komentarza zachować dla swoich humorystycznych rzekomo powieści.

Duch Hegla przemawia już przez tytuł Niedzieli życia, wyjęty wprost z charakterystycznego ustępu Fenomenologii, z której to rozprawy zapożyczone zostało także motto powieści. Poza mottem nazwisko „Hegel” nie pada jednak w samej powieści ani razu, co nie znaczy, że w mało zawoalowanych aluzjach ciągle nie nawiedza ono powieści. Bohater powieści, Valentin Brû, weteran „wojny malgaskiej”, fantazjuje o podróży do Niemiec, aby zobaczyć pole bitwy pod Jeną. Pod Jeną walczyć miał również jego dzielny przodek, z szablą w ręku niosący „powagę filozofii niemieckiej”. Odbyta w końcu pielgrzymka do Jeny, podczas której, jak mówi sam Valentin, „pokazali nam dom takiego jednego filozofa, który nazwał go [Napoleona – ZJ] Duszą Świata”, rozwiewa ostatecznie wątpliwości, jeśli ktoś je jeszcze ma, że o ducha Hegla tu w pierwszej kolejności chodzi.

na, Jena, Jena… – ten refrenowy powrót jest jednak znaczący, ponieważ dobitnie wskazuje moment finalnego domknięcia historii, dziejowego ziszczenia się racjonalności, co dla autora Wprowadzenia do wykładów o Heglu zbiec się miało z Napoleońskim zwycięstwem pod Jeną i jenajską publikacją Heglowskiej Fenomenologii. To w tej rozprawie zawarta została według niego wiedza absolutna, prezentująca wędrówkę ducha przez dzieje wówczas, gdy osiągnęła ona już swój kres. Dzieło Hegla przenikliwie rejestruje koniec historii, ale również koniec człowieka. To nośne hasło, które wejdzie na stałe do poststrukturalistycznego słownika, oznacza dla Kojève’a, że wyczerpały się negujące możliwości człowieka i że nie stawia on już oporu rzeczywistości, a wobec tego – że zatrzymana została napędzająca historię praca dialektyki. Heglowska mądrość oznacza uprzytomnienie sobie faktu wypełnienia się historii i wejścia w posthistoryczny bezczas; tej dojmującej prawdy, że w świecie nie ma już niczego do zrobienia. Biorąc pod uwagę tę teleologiczną lekcję, łatwiej zrozumieć kolonijny epizod Valentina: zdobywszy mądrość pod madagaskarską Jeną, w starciu z Hain-Tenys Merinas, z konieczności wchodzi on w rolę kożewiańskiego Mędrca.

Pod wpływem lektury „powieści mądrości”, układających się w trylogię Niedzieli życia, Pierrot mon ami i czekającego jeszcze na kompletny polski przekład Daleko od Rueil, Kojève poddał drobnej korekcie własną figurę Mędrca. Skoro osiągnął on spełnienie, nie musi być głosem doradczym administracji ostatniego państwa, jak sam Kożewnikow parający się po wojnie dyplomacją na usługach francuskiego Ministerstwa Finansów. Taki mędrzec, jakim staje się Valentin, żołnierz, co zapomniał, jak się strzela, równie dobrze oddawać się może bezczynności, nieoperatywności, bezproduktywności. W postaci szeregowca Brû Queneau ukuwa wręcz figurę kożewiańskiego désoeuvrement, nie-działania. Tak właśnie czytać można tytuł powieści, jako nie-dzielność, zatrzymanie działania. Kazus Valentina obrazuje, że historyczne spełnienie zaowocować może świadomą rezygnacją z wszelkiej aktywności, wycofaniem z życia-projektu. Bo skoro „pozostała mu zaledwie rozległa pustka czasu”, pragnie być on już tylko woźnym, dbającym o to, co jest. I bezczynnie omiatającym wzrokiem cmentarz historii.

Queneau kreśli zarazem rewers heglowskiego domknięcia i towarzyszącej mu śmierci człowieka, która nie przemienia go wyłącznie w Mędrca, ale również w pohistoryczne zwierzę, „mierzwę ludzką”, jak o zapoznającej moment dziejowy masie z pogardą wypowiadał się Kojève. Gdy człowiek nie jest już aktorem historycznego sprawstwa, gdy utożsamia się z Bytem, przestając być różnicującą antytetyczną Nicością, w rażącej większości wypadków przechodzi w ufundowaną na nie-wiedzy zwierzęcą egzystencję, zredukowaną do prostego zaspokajania potrzeb. Przedstawiony w powieści obraz społeczeństwa konsumenckiego z jego małymi interesikami, rozpustnymi staruszkami, slapstickowym kinem, pustymi pogaduszkami i pragnieniami modelowanymi przez „Marie Claire” jest właśnie panoramą takiego posthistorycznego zoo, obrazem skądinąd uderzająco znajomym. Rzeczywistości wprawdzie tętniącej dobrobytem i rozpościerającej nad swoimi obywatelami parasol bezpieczeństwa, ale – jak komentuje ten aspekt Kożewiańskiej myśli Piotr Nowak – sprowadzającej rykoszetem egzystencję do „nagiego życia, które chce jeść”.

Regres do życia samego zainspirować może jednak również inną lekturę Niedzieli, czytanej nie tyle jako literacki przypis do specyficznie zreinterpretowanego heglizmu, ile raczej jako impuls do przemyślenia samej węzłowej kategorii nie-dzielności. Wartość powieści nie musi ulec przedawnieniu, jeżeli w szabatowej nieproduktywności Valentina Brû, w świątecznej dezaktywacji jego działania dostrzeże się sprawczy potencjał, dający choć skromną nadzieję na wytrącającą się z zamknięcia historii możliwość odkręcenia jej końca.

Raymond Queneau: Niedziela życia
przeł. Hanna Igalson‑Tygielska.
Biuro Literackie 2016.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.