01/2021

Piotr Mitzner

O zmierzchu

Czy można sobie wyobrazić, że poeta Marian Grześczak krzyczy albo że w ogóle podnosi głos? Albo że patrząc w stronę śmierci – dalszej czy bliższej – rozpacza? Chyba nie. Może to sprawa dobrego wychowania? W wierszu Przedtestament (pewnie Testament byłby dla niego aktem bardziej bezwstydnym) pisał:


Chcę umrzeć porządnie.

Po wielkopolsku.

Wszystko rozdałem.

Zostanie mi

na bilet

na cmentarz.

Nie pojadę

umrzeć

na gapę!


Czy dobre wychowanie, sztuka utrzymania dystansu są dobre dla literatury? Na pewno możemy wymienić kilku wybitnych autorów, którzy, gdyby popuścili sobie cugli, byliby jeszcze bardziej wybitni. Dla innych ten dystans jest czymś organicznym i nienarzuconym.

Za to jednak się płaci, przede wszystkim dłuższym oczekiwaniem na czytelnika. Wspaniały Kwartał wierszy Mariana Grześczaka wyszedł w roku 1980, a więc gdy słowo liryka brzmiało nietaktownie. Przedostatnie wiersze ukazują się w 2020, roku zarazy i wielkich turbulencji, kiedy poezja obnaża się lub gryzie (czasem robi jedno i drugie).

Grześczak w gruncie rzeczy nie pisał poezji całkowicie obiektywnej. Jego silna osobowość wymyślała sobie nowe gatunki i przez nie przeświecała w szczególny sposób, jej tylko właściwy i na pierwszy rzut oka rozpoznawalny w „snutkach”, „żarteskach” czy „naimkach”. Nazwy to dobrotliwe, prawie jak z wierszy dla dzieci. A i postaci są jak z bajek, na przykład „idealny bezkształtnik” czy olbrzym, „który otworzy ziemi okna, / żeby lepiej widziała”. Stwory te mają bardzo poważne sprawy do załatwienia.

Sam poeta ma jeszcze jedną misję do spełnienia, choć misja to nie najtrafniejsze słowo, może lepiej: zadanie. Chodzi o to, że Grześczak jest świadkiem normalności świata i człowieka. To też różni go od wielu współczesnych, a zbliża może najbardziej do Tadeusza Różewicza. Nie jest dziwny ani nie obnosi po świecie swojej odmienności. W debiutanckich Lumpenezjach przyznawał: „Ani Syzyf ze mnie ani krasnoludek”.

Wierszach przedostatnich, w perspektywie odejścia postawa ta przypomina bohatera średniowiecznego moralitetu Każdy. Nie ma tu oczywiście dramatycznej walki dobrych i złych mocy o duszę człowieka, ale jest coś, co z Każdego czyni utwór wieczny – oto najbliższa nam rzeczywistość nawiedza nas i osądza.

Świat istniejący między dwoma odbiciami piłeczki, między „ping” i „pong” jak między zegarowymi tik i tak. Tu chyba żarty się kończą i ten dystans, i bezcelowe poszukiwanie piękna przy pomocy trafnej metafory albo opisanie pięknego pejzażu. Grześczak nie powiedziałby za Grochowiakiem „wolę brzydotę”, ale też potrafił ironicznie podważyć status piękna. Tak jest w wierszu Targ niewolników, w którym słowa, wykąpane w poezji (która zatem nie jest budowlą ze słów, tylko płynnym żywiołem), słowa „piękniejsze”, poeta wyciera i bierze „na służbę”. Nic nie wiemy o tych, które zostały odrzucone, ale jest świadomość ich istnienia.

Żarty się kończą także w kilku wierszach śmiertelnie poważnych: w rozmowie z ojcem-weteranem o zabijaniu i w wierszu skierowanym do zmarłej żony:

Lubię, kiedy o zmierzchu

przychodzisz do moich wierszy

i razem kładziemy dłonie

na głowie dnia.


Tu spokój i wyciszenie okazuje się nieprawdopodobnie naładowane energią emocji (z ukrytym nawiązaniem do Kazimierza Przerwy‑Tetmajera: „Lubię, kiedy kobieta…”) i nie wiem, jaki krzyk mógłby mieć większą siłę.

Żona poety Krystyna Gawrońska była malarką i jej prace ilustrują Przedostatnie wiersze. Malarska wyobraźnia Grześczaka bierze chyba jednak początek z jego wyobraźni. Nie chodzi tylko o to, że posługuje się on wyrazistym, barwnym opisem. Potrafi przecież tworzyć konstrukcje metaforyczne, antropomorficzne i jednocześnie autonomiczne, dotykające samego sedna bytu – i człowieka, i przyrody:

Sosny

zarzuciły sobie

wiatr na plecy

i z głowami zgiętymi ku ziemi

niosły go

do innego lasu metafor.

Pomrukiwało burzą.


Ten obraz jest przejrzysty jak większość w Przedostatnich wierszach i tylko od czasu do czasu czytelnik natrafia na ciemny punkt tajemnicy albo na niejasną prywatność, sygnalizowaną tylko imionami znajomych i najbliższych.

Ten rodzaj tajemnicy, obecnej nieco w wierszach Grześczaka, jak myślę, ma swoje źródło w poezji czeskiej, którą przecież tak chętnie tłumaczył Grześczak, w wierszach Jaroslava Seiferta, a może nawet bardziej Vladimira Holana. To tak jakby szło się pogodną okolicą i nagle trafiało na ciemny punkt, w którym nagle „pomrukuje” coś, czego nie da się wyjaśnić i nie trzeba.

Miał Marian Grześczak, i słychać to w tekstach zebranych w tym tomie, swoją muzyczność, swoją onomatopeiczność („szurawina piasku”), swoje wynalazki w ramach własnej teologii („czartole” – aureole diabłów). Widać, że sprawiały mu one dziecięcą radość, a jednocześnie widzimy, że wszystkie są na swoim miejscu, że dobrze grają role, w których je obsadzał.

Z noty edytorskiej wynika, że niedrukowanych wierszy poety jest jeszcze sporo, choć z jej profesjonalnych zawiłości czasami trudno się zorientować, czego jeszcze możemy się spodziewać w druku i czy ktoś nad takim obszerniejszym wydaniem pracuje.

Gdyby tak było, warto uważniej wpatrywać się w rękopisy. W wydanym tomiku są reprodukcje rękopisów i niestety widać, że zbyt arbitralnie postąpiono, wstawiając znaki przestankowe tam, gdzie ich nie było, zlikwidowano wyraźny w rękopisie podział na dwie zwrotki. To są zawsze trudne decyzje, ale przepisywanie wierszy jest czasami trudniejsze od ich pisania.

Marian Grześczak: Przedostatnie wiersze.
Wybór i słowo wstępne Inga Grześczak,
posłowie Janusz Drzewucki,
nota edytorska Alicja Przybyszewska.
Seria Poezja i Proza Poznańskich Polonistów.
Biblioteka Raczyńskich
i Wydawnictwo Dominika Księskiego Wulkan.
Poznań–Żnin 2020, s. 72.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.