09/2019

Adam Fitas

O żołnierzach niezłomnych

Czy powstaje literatura o żołnierzach niezłomnych? Pytanie to zadawałem sobie, czytając żałobnie wyglądającą książkę w czarnych okładkach, z wytłoczonym na pierwszej stronie enigmatycznym określeniem autora („H”), lapidarnym tytułem 1946 oraz równie intrygującą nazwą oficyny, nazwą przywołującą czasy przynajmniej sprzed ponad ćwierćwiecza i dawniejsze: Wydawnictwo Podziemne. Słowem, już na pierwszy rzut oka przy zetknięciu się z książką mamy sporo zagadek, które tworzą razem aurę rzeczy nowej, nieznanej i wydobytej z katakumb, w których do dziś wre praca konspiracyjna. Skok do Internetu pozwala szybko wyjaśnić, kto najpewniej stoi za publikacją, ale nim powiem o jej autorstwie więcej, zatrzymam się jeszcze na chwilę przy pytaniu, które wyzwoliła lektura książki.

Urodzony w roku 1970, należę do pokolenia karmionego wciąż dość silnie propagandą PRL, z Czterema pancernymi i psem dla młodszych i Stawką większą niż życie dla starszych odbiorców na czele. Opakowane w wojenne, przygodowe czy kryminalne kolorowe papierki słodycze socjalistycznej popkultury miały przecież wiadomy cel wychowawczy, który dziś bywa odkrywany, czasami bardzo przenikliwie, przez kulturoznawców i badaczy literatury. W podręcznikach i na półkach księgarń królowała poezja i proza eksponująca zwłaszcza antyniemieckie pokolenie tzw. kolumbów (z książką Romana Bratnego, poezją Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i prozą Aleksandra Kamińskiego czy Tadeusza Borowskiego w awangardzie), ewentualnie Różewiczowskie pokolenie „ocalonych idących na rzeź”. Słowem, kamienie rzucane na jeden tylko szaniec, w którym 17 września, Katyń czy Jałta należały do szerokiego socjalistycznego tabu. Gdyby do tej telegraficznie wypunktowanej panoramy dodać literaturę drugiej „wielkiej emigracji”, czyli tę powstałą po 1945 roku poza granicami kraju, dojdzie naturalnie wiele książek historycznych i literackich dotyczących także wymienionych przed chwilą faktów niecenzuralnych oraz ich konsekwencji, a także gros publikacji opisujących działalność Armii Krajowej czy hekatombę powstania warszawskiego.

W kraju nie było w ogóle, a na emigracji było niewiele, książek, jeśli mnie moja (na pewno ułomna) erudycja nie myli, poświęconych tym z pokolenia młodszych i starszych uczestników działań wojennych, których dziś nazywa się żołnierzami niezłomnymi bądź, na co ukryty (na razie) autor interesującej nas publikacji zżyma się: „wyklętymi”. Książka więc z pewnością należy do tych wydawnictw, które – zwłaszcza jeśli chodzi o formę powieściową – penetrują nowy temat. A temat to bardzo literaturorodny, obfitujący zarówno w odkrycia historyczne, jak i w niezwykłe zwroty biograficznych akcji i spektakularne zdarzenia. Materiał nie tylko na trzymającą w napięciu przygodę, ale i na pogmatwany kryminał czy historyczny albo polityczny thriller. Trudno bowiem znaleźć w historii XX wieku bardziej dramatyczny i spleciony setkami powiązań czas niż okres „zaraz po wojnie”, kiedy jedni na zgliszczach witali władzę komunistyczną postrzeganą – w przeciwieństwie do Hitlera – jako minor malum, a następnie wracali do życia, urządzając się w nim lepiej bądź gorzej, inni zaś schodzili – zgodnie z naszą długą tradycją – do „głębszego podziemia”.

I o pierwszych, ale zwłaszcza o drugich jest książka 1946, napisana przez „H”, co w tym przypadku nietrudno skojarzyć z Historią (w powieści jedna z drugoplanowych postaci fabularnych mówi wprost o czasach, w których przyszło jej żyć: „Herbata dziś jak Historia, przez wielkie „H” pisana być winna”), i – nomen omen – opublikowana przez wydawnictwo mające w swojej nazwie sygnał zejścia do podziemia. Jej bohaterami są przede wszystkim młodzi ludzie (Janek, Iwona, Natalka, Julek) stojący przed kluczowymi wyborami pokoleniowymi, owi w rzeczy samej kolumbowie, czyli odkrywcy nieznanych lądów ludzkiego doświadczenia, a zwłaszcza otchłani strachu, bezmiaru kłamstwa, okrucieństwa, zdrady i zwykłej podłości. Nieprzypadkowo książka dedykowana jest Ince – jednej z najbardziej dziś znanych ikon tamtego straconego pokolenia (rzecz – przypominam – wydana została w 2016 roku, równo siedemdziesiąt lat od jej rozstrzelania), ale straconego przecież inaczej niż Baczyński, inaczej niż „Rudy” czy „Zośka” i inaczej niż ci, którzy choć przeżyli, zostawili po sobie „złom żelazny i głuchy drwiący śmiech pokoleń” (fraza ta z wiersza Borowskiego bardziej pasuje do losów niezłomnych niż do biografii samego autora Pożegnania z Marią). W istocie bowiem 1946 jest hołdem złożonym tym, którzy nie tylko nie mogli mieć pomników, ale o których ponad siedemdziesiąt lat temu albo słuch zaginął, albo przedstawiani byli jak zbrodniarze, a rzetelnych rozmów oraz wspomnień na ich temat zabraniano przez całe dekady i kolejne generacje.

Ale na hołdzie cel książki się nie kończy. Nie jest ona tanią martyrologią, która zmienia tylko bohaterów. Autor powieści ma ambicje znacznie poważniejsze. Wracając do roku 1946, chce tak naprawdę poszukać nowego początku dla współczesności. Opisując perypetie czwórki bohaterów zmagających się z nowym ładem po wojnie, pragnie wrócić do wątku, który snuł się od stuleci w naszej historii, a który – jego zdaniem – na dobre przerwany został dopiero za sprawą wejścia do Polski komunistów. Jako wprowadzenie do książki umieszcza słowa autora ukrywającego się pod inicjałami M.G. z 2014 roku. Takie oto słowa:

Żołnierze wyklęci?! – Cóż za niedorzeczna fraza. Coś jakby cenzurka dana światu z punktu śmietnika; andrzejewska, wajdowska, peerelowska, zaskakująca brakiem smaku i myślowej refleksji. Jakże chętnie dziś powtarzana. […]

Czy tak spreparowanego „porządku” nie warto wywrócić i wyjść w poszukiwaniu miejsca, od którego całe to nieszczęście zaczęło się? Świat żołnierzy, świat ludzi walczących z bolszewizmem, świat bez niepotrzebnych przymiotników nie istnieje. Trzeba dopiero ostrożnie, z mozołem, zadbać o jego… przyjście!


Zapewne nie wszyscy czytelnicy książki zgodzą się z traktowaniem PRL i jego mniej czy bardziej wybitnych twórców jako śmietnika, zsowietyzowanego dystryktu, w którym społeczeństwo zmienione zostało w bezmyślną masę, żeby nie użyć słowa bardziej ordynarnego i niosącego ze sobą odór gnicia i rozkładu, ale w taki właśnie jednoznaczny i bezkompromisowy sposób przedstawia się teza powieści. Narrator wypowie ją zresztą wprost w jednej z licznych w książce odautorskich refleksji: „Racja jest po stronie budowania, ale nie na gnijących śmieciach skażonej tutejszości. A na tradycji wymarłej, łaknącej przywrócenia, takiej jaką jest”.

Żołnierze niezłomni, główni jej bohaterowie, są tu pokoleniem z jednej strony tragicznym, zmuszonym do wyborów, przed którymi na głowie stają włosy ludziom sędziwym i doświadczonym, z drugiej, w swoich najjaśniejszych postaciach (jak wspomniana Danuta Śniedzikówna „Inka” czy powieściowy Janek) czystym i jednoznacznym, od którego – zdaniem autora-narratora trzeba zacząć na nowo w pełni niezależne myślenie o Polsce. W nich bowiem przetrwała świadomość życia mimo śmierci, nadziei dla przyszłości bez względu na aktualną klęskę, a przede wszystkim – autentyczna wierność podstawowym wartościom, takim jak prawda, honor czy ojczyzna. Jak powiada jedna z bohaterek do przyjaciela, który przeszedł na stronę reżimu komunistycznego: „Mówisz, że świat już umarł. A może jest całkiem inaczej? Może umiera właśnie tu, w tej chwili, a my jesteśmy jego ostatnią nadzieją?”.

Ciśnie się na usta Herbertowski Pan Cogito i jego słowa o istnieniu nie po to, aby żyć, ale aby dać świadectwo.

Piszę tutaj o swoistej tezie książki, która chce być powieścią, a przypomina bardziej publicystykę w literackiej masce niż fabułę sensu stricto. Wiemy już z pewnością, że nie jest to ten typ często spotykanego w ostatnich dziesięcioleciach pisania (zdarza się, że wysublimowanego w technice prozatorskiej), w którym autor nie ma zasadniczo nic do powiedzenia albo zgoła niewiele. Zapytajmy jednak od razu, czy udało się tajemniczemu „H” wskazane przed chwilą idee naprawdę interesująco zbeletryzować, czyli po prostu napisać na założony sobie temat dobrą powieść. Czy rzecz nie zmienia się czasami w jedynie podbarwioną literacko publicystykę czy lekko sfabularyzowany szkic historyczno-polityczny?

Przy tak postawionych kwestiach rzecz zdecydowanie ciąży ku upowieściowionej historii czy biografii, w której chwyty literackie pełnią raczej funkcję ornamentu, niż niosą w sobie główny ciężar znaczeniowy tekstu. Nie chcę przy tym odmawiać autorowi talentu prozatorskiego. Jego porównania, opisy, niektóre obrazy i metafory zdradzają niewątpliwe zdolności w zakresie sztuki słowa. Jednak wszystkie one są swego rodzaju dodatkiem, ilustracją do przedstawienia konkretnych historii z czytelnym w wielu punktach kluczem biograficznym. A historie te z kolei są przede wszystkim, by tak rzec, podporami nośnymi dla tezy głównej, a także wielu innych, bardziej drugorzędnych poglądów politycznych i historiozoficznych.

Innymi słowy, literackość występuje w tej powieści nie jako medium podstawowych sensów, które w inny, pozaartystyczny sposób wyrazić by było bardzo trudno czy wręcz nie sposób, ale jako chwyt służący zobrazowaniu i popularyzacji słabo wciąż znanych dziejów oraz przekazaniu pewnych konkretnych idei. Przewijają się zaś w tej historii i osoby bardzo znane, które zidentyfikuje nawet średniozaawansowany czytelnik (jak dwaj katastrofiści, jeden w profesorskiej todze – Marian Zdziechowski, drugi w uniformie artysty – Witkacy, a także najlepszy pisarz wśród przemytników i najlepszy przemytnik wśród pisarzy, czyli Sergiusz Piasecki), i nieco trudniejsi do rozszyfrowania dowódcy oddziałów i okręgów Armii Krajowej, wreszcie – najbardziej zindywidualizowane, najsilniej obdarzone przez autora życiem postaci czwórki młodych bohaterów. Ale nawet one w trakcie całej lektury szeleszczą głośno niczym papier. Autor przenosi nas z miejsca na miejsce (Toruń, Kraków, Sudety, Wilno, Mazury), lecz pejzaże te nie są w stanie wryć się w pamięć, pozostawić trwałego obrazu w wyobraźni. I podobnie jest z postaciami, także tymi głównymi; ich charakterystyki są zbyt powierzchowne i lapidarne, aby mogły stać się bohaterami z krwi i kości. Za mało w nich życia, za dużo od razu polityki i idei. Czytelnik nie ma czasu zaprzyjaźnić się z Jankiem, Natalką, Iwoną czy nabrać odrazy do zdrajcy Julka, bo autor powieści postanowił uczynić z nich rezonerów poglądów na komunizm, sprawę polską po II wojnie światowej etc. I znowu: przyczyna takiego stanu rzeczy nie tkwi, moim zdaniem, w słabej technice autora, w jego – że się tak wyrażę – rozległym „potencjale” grafomańskim. Wprost przeciwnie – uważam, że „H” ma wyczucie stylu i osiągnął taki stopień talentu, aby wyrazić naprawdę sugestywne i pełne życia postaci, ale z sobie tylko znanych powodów unika szerszych wprowadzeń opisowych do scen i konkretnego miąższu deskrypcji, które ożywiłyby wyobraźnię czytelnika. Oto na przykład jak przedstawiona zostaje scena rodzenia się uczucia między znającymi się od dzieciństwa przyjaciółmi, na drodze miłości których stanęła powinność walki i wierności wartościom do końca:

[…] znali się przez pomarszczone czoła, troski, strachy i cierpienie, śmierć dookoła, walkę, ideały. Byli żołnierzami.

To znaczy znali się, ale nie tak. Tak po raz pierwszy. Teraz dopiero siedzieli i chłonęli siebie; nie, absolutnie, nie na zasadzie wzajemności; nie on chłonął ją, ani ona jego, chłonęli siebie, nagle i nieodwołalnie, w pełni oczywistości (jak słońce na niebie, ziemia pod stopami) skażeni gromem. Byli jednym, stali się, bez słów, spojrzenia, dotyku, innych sensualnych doznań. Nie było zapachu, dźwięku, światła, przestrzeni i czasu, żadnego z ludzkich wymiarów (jakże to, o ja biedny! narrator mam dookreślić?). Byli, stali się w jednej chwili, nie ona i on – oni. Jak długo trwało milczenie, jak długo patrzyli w przestrzeń, ile czasu zmitrężyli na radość nowego istnienia?


Otóż takie naturalne powinowactwo dusz, takie swoiste małżeństwo bez ślubu trzeba opisać właśnie, nie odżegnując się od zmysłów, a stawiając tylko na bezsłowną tajemnicę. Podobnie bywa z innymi scenami, choć w stylu porównań czy metafor nie ma w książce jakichś nadmiernych sztuczności ani niezręczności, a czasami wręcz chce się powiedzieć: dobre i trafione. Jak na przykład w takim oto oddaniu jednej z niewielu chwili wytchnienia bohatera na łonie natury w strasznej rzeczywistości historycznej: „Bo i cóż nad wygodne leżenie przyjemniejszym być może, gdy – dajmy na to – rozczochrane czuby sosen zdają się zamiatać niebo z deszczowych obłoków?”. Albo taki drobiazg towarzyszący spotkaniu dwójki bohaterów: „Przyjemnie jest jeść w milczeniu, jeść po prostu, aż do pierwszego nasycenia. Jeść i nie myśleć o niczym. Tak rodzi się dobry nastrój”.

Jednak tego typu obrazowe porównania czy opisy konkretnych pozapolitycznych gestów, wprowadzające realizm życia do fabuły, pozostają w znaczącej mniejszości wobec rozbudowanych dialogów na tematy ideowe. Autor nie rozwija zatem epicko historii, nie daje sensualnego tchnienia jej podmiotom, nie pozwala ich przygodom statecznie się rozpocząć, a następnie nabrać rumieńców i skomplikować. W zamian otrzymujemy rozsypane w kolejnych rozdziałach migawki rzeczywistości. Najczęściej zaczynają się one odnarratorską etiudą refleksyjną, która następnie zilustrowana zostaje kilkoma scenami wypełnionymi głównie bardzo surowymi i ledwie podbarwianymi opisem dialogami postaci. W efekcie czytelnik raz po raz przerywa rozpoczętą akcję i w sposób dość sztuczny znajduje się w nowym jej miejscu, domyślając się, że głównym motorem napędowym fabuły jest nie własne życie postaci i bieg zdarzeń, ale konieczność zilustrowania kolejnej tezy.

A to wszystko każe szukać autora ukrywającego się za inicjałem H wśród historyków i publicystów raczej niż pisarzy. Gdy odwiedzimy witrynę internetową Wydawnictwa Podziemnego jasne staje się, że powieść wyszła spod pióra Dariusza Rohnki, znanego choćby z bardzo ciekawej książki publicystycznej o Józefie Mackiewiczu, w której kilkudziesięciostronicowe zakończenie poświęcone jest antykomunizmowi pisarza nie w perspektywie historycznej, ale w odniesieniu do przemian w Polsce po 1989 roku. Sam autor Drogi donikąd jest zresztą wielokrotnie bardziej i mniej aluzyjnie obecny w powieści (nazwałbym go nawet patronem duchowym tej fabuły), zaczynając od samego sedna poglądów na komunizm (który kojarzony jest z biologiczną zarazą), istotę działania tej ideologii (zamiana ludzi w bezmyślną masę) czy szanse na jej ewolucję (niemożliwa), poprzez nieporównywalność Związku Sowieckiego z carską Rosją, a kończąc na konkretnej publikacji czy realiach biograficznych wilnianina1. O ile jednak Rohnka bardzo dobrze podpatrzył i zilustrował główne tezy polityczne Mackiewicza, o tyle ma jeszcze sporo do zrobienia, aby dorównać sensualnemu obrazowaniu i sposobowi pisania autora Kontry, który w swoich fabułach, począwszy już od międzywojennych reportaży i opowiadań, a skończywszy na powieściach, dbał nie tylko o ideową, ale i literacką stronę tekstów. Co najważniejsze zaś, obydwie sfery zazębiał ze sobą i splatał tak mocno, że tworzyły razem artystyczne węzły prozy przenoszące zarazem i słabo znane szerzej białe plamy historii, o których „nie trzeba głośno mówić”, i znakomite ewokacje pejzaży, postaci oraz ich powikłanych losów.

Mam nadzieję, że próba pisarska Rohnki, jaką jest 1946, ciekawa i mimo moich uwag krytycznych z pewnością warta lektury i dyskusji, nie będzie ostatnią powieścią tego autora. Ma on wszystko, co potrzeba, aby zostać dobrym pisarzem: własny i niezależny sąd, odwagę do jego głoszenia i symptomy autentycznego talentu literackiego.

H (Dariusz Rohnka): 1946
Wydawnictwo Podziemne
Poznań 2016, s. 250
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.