07–08/2018

Michał Piętniewicz

Obłęd / Obłęd

Literatura jest mistyfikacją, jest udawaniem, ale nade wszystko świadectwem odnalezionego języka, języka wyuczanego przez lata, który w pewnym momencie drogi twórczej po prostu rozbłysnął. To, co nie jest literaturą, nie należy do przedmiotu, czyli do sfery udawania.

Co nie jest wobec tego literaturą? Nie jest to, co nie należy do sfery języka odnalezionego, ale pozostaje na jej marginesie. Powiem więcej: literatura nie jest wszystkim tym, co tej sferze zaprzecza, co stoi w jawnej opozycji do sfery języka odnalezionego. To tak, jakby stanąć przed krzywym zwierciadłem i zobaczyć w lustrze swoją zdeformowaną twarz.

Sfera języka odnalezionego, czyli sfera przekłamania, jaką jest literatura, znajduje swój wyraz właśnie w tej zdeformowanej twarzy, która dla wielkiej mistyfikacji, jaką jest literatura, staje się jedyną możliwością. Sfera tak zwanej „prawdziwej twarzy” to cień literatury, który dla niej samej nie ma większego znaczenia – istnieje jako jej ukryte monstrum, niewygodny towarzysz, któremu twarz wykrzywiona nie chce spojrzeć w oczy w obawie przed prawdą. Prawda jest zatem w tym, co nieobecne, a co ją utwierdza przez jej przeciwieństwo, jakim jest mistyfikacja, która jest jedyną możliwością dostępnego kłamstwa literatury. Czym jest zaprzeczenie konwencji, jej złamanie? Zaprzeczeniem konwencji jest zachowanie nieadekwatne, a w skrajnym przypadku, o który mi chodzi, jest to szaleństwo.

Szaleństwo jest całkowitym zakwestionowaniem obowiązujących konwencji społecznych.

Nie jest to tylko zakwestionowanie samej powierzchni zdarzeń, zewnętrznych faktów.

Drogę szaleństwa najlepiej chyba opisał w polskiej literaturze Jerzy Krzysztoń w powieści Obłęd. Celowo piszę: drogę, ponieważ Krzysztoń bynajmniej nie opisał szaleństwa, nie opisał obłędu. Dlaczego? Ponieważ obłęd jest z gruntu nieopisywalny, wymyka się wszelkiemu językowi – zarówno językowi literatury, jak i próbie dyskursywizacji tego doświadczenia. Aporia, która mnie interesuje, niemożliwy do przezwyciężenia dualizm, o którym chcę napisać parę słów, dotyczy przeciwstawienia obłędu (doświadczenia z gruntu niejęzykowego, będące raczej zaprzeczeniem języka aniżeli jego żywiołem) i tekstu, opowieści, która stara się szaleństwo przybliżyć.

Obłęd opowiada o doświadczeniu Krzysztofa, reportera radiowego, który w pewnym momencie swojego życia popadł w ciężką paranoję. Nagle większość ludzi stała się wrogami, zaczęła go śledzić, nikomu nie może już ufać, za każdymi drzwiami czai się podstęp. Agenci tajnego wywiadu wszędzie i wciąż czekają na potknięcie Krzysztofa.

Oczywiście, można czytać Obłęd jako opowieść o Polsce komunistycznej, jako panoramę współczesnych Krzysztoniowi czasów, w których jedyną możliwością na odpowiedź szaleństwa komunizmu była ucieczka we własny świat rojeń. Tak jakby Krzysztoń poprzez ukazanie drogi życiowej swojego bohatera chciał powiedzieć: patrzcie, oto Polska, w takim kraju żyjecie.

Obłęd jest także rozprawą z romantycznym mitem Polski jako Mesjasza narodów, z całym paradygmatem romantycznym, ukazaniem go w groteskowym zwierciadle dziwadeł wyobraźni, pokracznych tworów ducha. Ale przede wszystkim Obłęd jest próbą rekonstrukcji niemożliwego do opisania doświadczenia szaleństwa. W tym też sensie książka ta jest nie tyle opowieścią o szaleństwie, ile udawaniem szaleństwa, nieustającą, ciągnącą się przez wiele stron mistyfikacją obłędu, a nie samym obłędem. Mistyfikacja to właśnie dobre słowo na nazwanie tego, co dzieje się z doświadczeniem szaleństwa w Obłędzie. Ono nie jest opisane, ono jest udane; wreszcie ono jest skłamane, zamaskowane i zapośredniczone przez literacką konwencję.

Oczywiście Obłęd jest dziełem wybitnym, jedną z lepszych książek we współczesnej polskiej literaturze. I jest równocześnie doskonałym przykładem dualizmu, o którym wspomniałem: doświadczenia obłędu oraz jego reprezentacji tekstowej, która nie jest w stanie go w pełni i adekwatnie przedstawić. Obłęd jest książką o drodze szaleństwa, o kolejnych dantejskich kręgach piekła, a w końcu o wyjściu z matni obłędu z powrotem do świata.

W literaturze psychiatrycznej i psychologicznej jest opisana droga, jaką musi przebyć chory, aby z choroby znów zostać przywróconym społeczeństwu. Choroba psychiczna jest doświadczeniem procesualnym, tak jak i wychodzenie z niej. Na początku chory nie zdradza żadnych objawów, jest akceptowany w swoim środowisku. Później zaczyna stopniowo coraz bardziej zamykać się, coraz rzadziej wychodzić do ludzi, coraz bardziej pogrążać się we własnym świecie. Taką postawę nazywa Kępiński (Melancholia) postawą od – chory broni się przed światem, który staje się dla niego coraz bardziej obcy i nieprzyjazny, chory zaczyna się go lękać. Traci też swoje dotychczasowe zainteresowania i pasje na rzecz pogrążania się w zajęciach bezproduktywnych i jałowych – patrzenie tępo w sufit, sprawdzanie po parę razy, czy drzwi są zamknięte – oraz innych dziwactw, które często przechodzą zdolności rozumienia tak zwanego normalnego człowieka, jakiego nazwaliśmy pełnoprawnym i pełnowartościowym uczestnikiem gry społecznej. Ta początkowo wyglądająca tylko z pozoru niewinnie przestrzeń dziwactw chorego, w miarę biegu czasu i pogłębiania się nieadekwatnych zachowań, zaczyna przybierać coraz bardziej niepokojące rozmiary. W tak zwanej schizofrenii dwupoziomowej chory jednocześnie działa poprawnie w świecie społecznych symboli, ale jego obłęd wydarza się przede wszystkim wewnątrz jego jestestwa. Wtedy całe jego zachowanie ma charakter asekuracyjny; broni się on przed uznaniem za nienormalnego, jednocześnie czując, że w środku jego duszy działają siły potężne i ciemne, nad którymi coraz trudniej mu sprawować kontrolę. Takie kontrolowane szaleństwo jest ujarzmiane do czasu, kiedy choroba psychiczna nie zwycięży walczącego z nią.

W innych przypadkach schizofrenii działanie asekuracyjne jest niemożliwe ze względu na siłę doświadczenia choroby, która zawłaszcza chorego całkowicie do tego stopnia, że niemożliwe jest udawanie, iż jest się normalnym, niemożliwe jest założenie maski, ponieważ maska została poprzez wydarzenie choroby zdjęta niejako przemocą.

Innym jeszcze przypadkiem jest tak zwana częściowa kontrola nad swoim szaleństwem, kiedy obłęd miesza się z przebłyskami racjonalności – tak jakby chory jedną nogą wciąż lekko dotykał ziemi. Apogeum tych zachowań, coraz bardziej aspołecznych i dziwacznych, jest wybuch psychozy, w którym dochodzi do całkowitego zerwania między światem rzeczywistym a urojonym. W psychozie najbardziej rzeczywisty jest świat urojony, a cały świat zewnętrzny staje się grą pozorów, grą masek, czymś zupełnie niewartym uwagi, czymś lichym, zwyczajnym, bez znaczenia, nad czym nie warto się pochylić. Schizofrenia dlatego jest nazywana „chorobą królewską”, bo „prawda” świata przeżyć chorego, „prawda” urojenia jest o wiele bardziej atrakcyjna i przede wszystkim o wiele bardziej rzeczywista aniżeli konwencjonalny, uładzony świat społeczny. Bogactwo wewnętrznego świata chorego wydaje się oceaniczne, niezmierzone i nieskończone, jego odczuwanie siebie w nim tak intensywne i tak dojmująco prawdziwe, że chory nie chce z niego wychodzić. Świat, który został przez chorego stworzony, jest piękniejszy niż ten, z którego najpierw sam się oddalił, a z którego później został wygnany na zesłanie do domu szaleńców.

Doświadczenie choroby psychicznej jest totalne. Dzięki „mądrej chemii” (jak pisze Krzysz­toń w Obłędzie) można z niej wyjść i powrócić do świata gry społecznej, z którego uprzednio się zdezerterowało. Jednak doświadczenie utraty uprzednich rojeń, fantazji jest tak silne, że chory często powraca do nich, często za nimi tęskni, pragnie odzyskać to silne, oceaniczne i niezmiernie intensywne odczuwanie swojego „ja”, którego doświadczył w chorobie. Ta niemożliwość odzyskania utraconego raju urojeń jest najczęściej bolesna. Pacjent często tak bardzo chce doświadczyć jeszcze raz tego alternatywnego, ryzykowniejszego świata, którego nawet narkotyki nie są w stanie zastąpić, że odstawia „mądrą chemię” i czeka na przyjście tego, co utracił. Wielokrotnie wraca wtedy do domu szaleńców, bo ceną, jaką płaci się za ten alternatywny świat, jest wykluczenie ze społecznego konsensusu.

Bywa też tak, że co prawda przyjmuje „mądrą chemię”, ale nieustająco nękają go pytania fundamentalne: co to jest prawda? Gdzie leży prawda? Czy prawda nie była w moim urojeniu, czy to nie jest właśnie ten mój świat rzeczywisty, czy to nie jest dla mnie jedyna, dostępna rzeczywistość, moje mistyczne, Boże doświadczenie, które zabrała mi „mądra chemia”?

Czy zatem będąc pod wpływem „mądrej chemii”, nie zaprzeczam samemu sobie? Na co mi wobec tego moja zdolność do samorozumienia, mój dystans, mój odnaleziony język, dzięki któremu mogę opowiadać o swoim doświadczeniu, mogę o nim pisać, mówić innym pacjentom, moim lekarzom, innym ludziom, mogę dzielić się bogactwem przeżyć, więc na co mi to wszystko, skoro to w dalszym ciągu nie są moje przeżycia? Skoro nieustannie jestem oddzielony od prawdziwego, według własnego mniemania, jądra mojego bycia, które wciąż tkwi w środku, choć uśpione przez „mądrą chemię”, tak że zakładam maskę, przestrzegam starannie reguł gry społecznej. Jestem jednym z was, jestem waszą częścią, nie wyróżniam się, chronię siebie poprzez przestrzeganie konwencji i gry, która jest waszą grą. Ale czy to wciąż jestem ja? Czy moje „ja” jest właśnie takie? Czy moje „ja” to właśnie „ja” społeczne, konwencjonalne, uładzone, uś­pione – „ja” ujarzmione? I w końcu kim jestem? Gdzie jest moje „ja”?

Dla chorego często tą najprawdziwszą, najgłębiej zakopaną prawdą jego jestestwa staje się właśnie świat rojeń, który stracił. Wydaje się to banalne, choć przecież nie jest. Co się tak naprawdę dzieje w psychozie? Psychoza w badaniach psychiatrycznych (Kępiński, Schizofrenia) często jest nazywana śmiercią starego człowieka i narodzinami nowego. Psychoza jest jednoczesną śmiercią podmiotu i jego narodzinami w nowym świecie rojeń. Owo psychotyczne doświadczenie jest tak rzeczywiste, tak intensywne i dojmująco prawdziwe, a niekiedy piękne, że chory może mniemać, iż stanął przed samym Bogiem, przeżył coś na kształt mistycznej ekstazy. Twarzą w twarz ze sobą najgłębiej ukrytym w sobie, dotknął prawdy w sposób możliwie najbardziej cudowny, baśniowy, wyśniony, boski.

Chory za nic ma wtedy rady lekarzy, że to doświadczenie było ułudą, fantazmatem, czymś nierealnym, marnym substytutem realności, która jest tak naprawdę o wiele ciekawsza. Pacjent nie wierzy lekarzom, bo wierzy sobie, bo przeżył to, co przeżył, i tego przeżycia nikt nie jest w stanie mu odebrać i nikt, żaden lekarz, nie może mówić za niego o tym, co przeżył. To jest jego i tylko jego doświadczenie i będzie ono zawsze najistotniejszym punktem odniesienia dla całej jego późniejszej drogi życiowej (Kępiński, Schizofrenia). Będzie takim nieruchomym centrum, z którego będą promieniować impulsy dla jego późniejszych działań. A przede wszystkim będzie niewidzialną, niedostępną prawdą, jaką kiedyś utracił i jaka jest niemożliwa do odzyskania, o ile chce się być członkiem gry społecznej, wspólnego losu, sensum communis.

Dlatego dualizm „prawdy” szaleństwa i prawdy konwencji społecznej, która została wygenerowana przez „mądrą chemię” będzie choremu po doświadczeniu psychotycznym towarzyszyć przez całe życie jako droga jego rozmyślań o sobie samym i o świecie, w którym żyje.

W szaleństwie choremu wydaje się, że dotknął jakiejś pierwotnej, prastarej prawdy o człowieku, źródła Jungowskiego archetypu. Dlatego cały świat po psychozie jawi się jako sztuczny, jakby wymuszony, jakby wysilony, zupełnie odstający od jego wcześniejszych, pięknych przeżyć urojeniowych.

Czy wobec tego Obłęd Jerzego Krzysztonia jest książką wysiloną, wymuszoną, nie dotyczącą zupełnie tej najbardziej chyba zagadkowej dla duchowej sfery człowieka sprawy, jaką jest szaleństwo? Oczywiście, że nie. Obłęd jest przede wszystkim książką znakomitą literacko, w której maestria stylu miesza się z głębokimi przemyśleniami na temat szaleństwa jako części kultury. Bo szaleństwo nie jest percypowane w obłędzie jako pierwotność i prawda, ale jest nade wszystko zapośredniczone kulturowo. Krzysztoń mówi, że „nie sposób pisać w obłędzie”, można pisać, jedynie uzyskawszy czasowy dystans do swojej choroby, który jest jednocześnie dystansem poznawczym.

Nie sposób pisać w obłędzie, chociaż można na pograniczu obłędu, czasem się to udaje – tak powstało wiele dzieł ducha ludzkiego, które pozostały w historii kultury jako świadectwa geniuszu, arcydzieła. Sam obłęd jest destrukcją albo niewyjaśnioną grą lęków, rozpaczy, trwóg i udręk, chociaż w tej gehennie zdarzają się olśnienia. Iluminacje. Błyski tak nieprawdopodobne, jakby otwierała się przed człowiekiem tajemnica stworzenia! On sam czuje się zaliczony do wielkich wtajemniczonych… Ale o tym opowiem, gdy nadejdzie pora. (Obłęd)


Otóż właśnie: gdy nadejdzie pora! To zdanie jest kluczowe dla zrozumienia, o czym jest tak naprawdę Obłęd Jerzego Krzysztonia. Odpowiedź, że opowiada ona o szaleństwie, nie może być bardziej fałszywa. Obłęd bowiem opowiada o człowieku, o narratorze, który swoje szaleństwo przeżył i znalazł język dla tej opowieści. A język ten jest pełen klisz i stereotypów kulturowych, pewnych trwale ugruntowanych mniemań w kulturze. Szaleństwo w takim języku opisu jawi się przede wszystkim jako wartość kulturowa.

Imię moje: Krzysztof – zachowałem mimo obłędu, jaki zesłał mi los. Tracąc je, postradałbym siebie samego. Rzecz gorsza niż śmierć. Okazałbym się kimś innym: Cezarem? Szekspirem? Faustem?

Mierzę wysoko! Może zwierzęciem, może ptakiem, może rybą, może kamieniem. Otóż w najczarniejszej godzinie nie straciłem swojego imienia, dzięki Bogu! I wszyscy moi braci obłąkani zwracali się do mnie, jak należy: Krzyś.


Aluzje kulturowe, cytaty literackie i liczne nawiązania intertekstualne oraz interkulturowe są obecne w całym dziele Krzysztonia. Szaleństwo staje się wartością zapośredniczoną kulturowo i jako takie tylko zdaje się przedmiotem literackiego opisu.

Narrator chyba jest świadomy „porażki” swojego zamierzenia, próby opisania doświadczenia szaleństwa. Znakomity literacko język Krzysztonia, narratora Krzysia, jest przede wszystkim świadectwem samorozumienia, dystansu do własnych przeżyć wyrażonego w ironicznej grze z tradycją i licznych trawestacjach oraz przekształceniach kulturowych, a nade wszystko jest świadectwem znalezienia odpowiedzi na to, co w życiu jest naprawdę ważne, świadectwem powrotu do gry społecznej (w tym wypadku literackiej), w której każdy wie, w co gramy i jak gramy.

Przenikliwie pisał o tym Jerzy Franczak: „Podjęta przez Krzysztonia próba opisania obłędu kończy się fiaskiem. Przejmowanie klisz zamiast kwestionowania języków, powielanie stereotypów zamiast docierania do warunków sensu – to wyraźne znaki działania władzy produkujące pozytywności Rozumu i Szaleństwa”.

Franczak posługuje się dyskursem wiedzy i władzy Michela Foucaulta, by zobrazować Obłęd Krzysztonia jako utwór będący przede wszystkim po stronie władzy i rozumu, utwór silnie zakorzeniony instytucjonalnie, w którym „nadzorowanie i karanie” to dwie najważniejsze siły wprawiające w ruch tak zwany dyskurs o szaleństwie.

Nade wszystko sam język Krzysztonia zostaje postawiony w stan podejrzenia, w kluczowym fragmencie swojego tekstu Franczak pisze:

„Opowieść Krzysztofa nie pozostaje na pograniczu obłędu, lecz poza jego granicami, w tej racjonalnej sferze, w której szaleństwo określa się czysto negatywnie jako destrukcję, dezintegrację i destrukturację. Krzysztof «patrzy z zewnątrz» i stara się zrozumieć siebie-przeszłego. Rozstęp między czasem narracji a czasem fabuły pokrywa się z rozgraniczeniami rozumu i nierozumu.

Perspektywa czasowa nakłada się na perspektywę poznawczą: to człowiek rozumu odtwarza retrospektywnie przebieg swojej choroby i próbuje-wewnątrz określonego dyskursu-stworzyć obraz szaleństwa”.

Obłęd Krzysztonia jest grą z tradycją literacką, przede wszystkim z tradycją romantyczną. Nie opowiada o szaleństwie, ale jest świadectwem odnalezionego języka, który poprzez liczne kulturowe zapośredniczenia i konwencje w sposób swoisty przekłamuje i mistyfikuje doświadczenie językowo nieprzekładalne. Można napisać, że narratorowi Krzysiowi w jego opowieści o deformacji „prawdy” szaleństwa uporczywie towarzyszy jego cień, który jednak już nie ma żadnego znaczenia, jest cieniem uśpionym, uśpioną „prawdą” szaleństwa. Narracja Krzysia jest świadectwem całościowego zwycięstwa nad swoim „prawdziwym cieniem”, obłędem, który wygasł, i niemożliwe jest jego przywrócenie. Krzyś staje więc po stronie prawdy społecznej, po stronie konwencji i maski kulturowej. Kłamie w imię wyższego celu, bo chce ocalić siebie dla świata, dla rodziny, którą kocha.

Literatura jest przekłamaniem, mistyfikacją, literatura jest świadectwem języka odnalezionego, który zawsze zostaje w sferze przekłamania wobec niemożliwości wyrażenia niewyrażalnego, tego, co najgłębiej w nas ukryte i do czego nie mamy dostępu. Porażka Obłędu w sferze niemożliwości przełożenia języka szaleństwa na język konwencji literackich staje się jednoczesnym zwycięstwem prawdy człowieka, który nie chce już dłużej być szalony, chce kochać i żyć dalej.

Na okładce jednego z krakowskich biuletynów psychiatrycznych („Dla nas, czasopismo środowisk działających na rzecz osób chorujących psychicznie”, Kraków 2008, nr 14) chorzy zostali sfotografowani w maskach. Maska nie jest w tym przypadku zakładana po to, żeby się przed światem schować, ale żeby do tego świata wejść, maska jest biletem szaleńca, powtórnym zaproszeniem do teatru życia społecznego. Maska założona świadomie i z pełną pokorą, maska mająca w pamięci uprzednie życie w psychozie, które nie nosiło maski, które było z maski odarte, jest świadectwem zwycięstwa chorego nad samym sobą, jego pogłębionego zrozumienia samego siebie, a tym samym stanowi o triumfalnym wejściu w życie na całkiem innych prawach.

„Prawda” szaleństwa jest niedostępna, istnieje jako wyciszone zagrożenie dla świata masek i mistyfikacji. Ale zawsze będzie dla maski i konwencji nieodłącznym i niedostępnym cieniem, który będzie z pewnością przypominał, że to, co niemożliwe, niewyobrażalne i niewyrażalne, wciąż istnieje i wciąż czeka na właściwy opis.

Jerzy Krzysztoń, Obłęd,
PIW,
Warszawa 1979
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.