11/2018

Wojciech Ligęza

Odkryć – zakryć

W wierszach z nowego tomu Brahy Rosenfeld kilka tematów przewodnich, wariacyjnie przekształcanych obrazów, sytuacji lirycznych oraz tonacji emocjonalnych nawzajem się nakłada, uzupełnia, wyznaczając tropy lektury. Zbiór Połatane cienie, wydany przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Krakowie w 2018 roku, z posłowiem Zofii Zarębianki to pierwsza całościowa prezentacja utworów piszącej po hebrajsku poetki kierowana do czytelnika w Polsce. Niezwykle interesująca dla translatologów i zwykłych odbiorców jest kwestia przekładu. Tłumaczenia z hebrajskiego dokonywane były bowiem w duetach poetki – w większej części z Bohdanem Zadurą, ale też z Krystyną Lenkowską oraz Leszkiem Elektorowiczem (polszczyzna była pierwsza we wtajemniczeniach językowych Brahy Rosenfeld). Zatem w każdym z utworów dialogują ze sobą osobowości twórcze o różnych preferencjach artystycznych. Czytelnik może podjąć małe studia porównawcze nad warsztatem przekładowym, gdyż seria liryków opublikowana została po polsku w dwóch wersjach językowych.

W tomie Połatane cienie dominującą pozycję zajmuje odziedziczona trauma, przyjęte i przefiltrowane przez świadomość piszącej doświadczenia Holocaustu, przygniatający ciężar tragicznej pamięci, dociekania własnej tożsamości, wyobcowanie jako skutek emigracji, walka z cierpieniem i chorobą w sferze ducha oraz ciała, kryzys prywatnych relacji międzyludzkich. Na innym planie umieszczone zostają kwestie mowy i milczenia, badanie granic znaczeniowych słowa wraz ze specyfiką ekspresji kobiecych, stłumionych, na swój sposób społecznie cenzurowanych.

Omawiana książka poetycka została precyzyjnie skomponowana, z wyraźną dbałością o odbiorcę. Wymienione kręgi tematyczne układają się w cykle, tworząc poetyckie opowieści o nieprzychylnym losie, jak również biograficzne szkice, w których ból przeplata się z radością, a równocześnie – co podkreślić należy – pojawiają się próby terapii, zapisy zachwytu, pomimo wszystko apologie niepojętego i odradzającego się życia. Wrażliwość sensualną Brahy Rosenfeld wspierają poetyckie ekfrazy, interesujące z tego względu, że opisy dzieł malarskich nie są erudycyjnym inkrustowaniem wypowiedzi, lecz łączą się z osobistymi przeżyciami, co znajduje potwierdzenie w poetyckich rozmowach w cyklu Moja matka maluje. We wszystkich częściach tomu w rozmaitych konfiguracjach powracają pytania, jak w języku poetyckim radzić sobie z nadmiarem nagromadzonych doświadczeń, jak okiełznać chaos przeżyć, jakiej użyć formy, żeby uczciwie świadczyć o skomplikowanych dziejach, nie popadając w ułatwienia, omijając stereotypy. A przy tym subtelnie i prawdziwie mówić o kryzysach i porażkach oraz rozwijać artystyczną ciekawość, kultywować zainteresowanie tym, co się właśnie wydarza.

Historie osobiste zaopatrzone tu zostają w wątki kulturowe, mityczne, wypływające ze źródeł biblijnych, osadzone w tradycji śródziemnomorskiej. Tym samym aktualne życiowe przypadki nabierają znaczeniowej głębi. Jeśli poetka potrafi przenikliwie analizować własne uczucia, a tak dzieje się w przypadku wierszy Rosenfeld, to tego rodzaju postępowanie artystyczne służy uzyskiwaniu dystansu, który sprzyja dociekaniu prawdy. Bez wątpienia zwraca się do czytelników osoba dzielna, która wystrzega się wysokiej retoryki, lamentów, zwątpienia. W porządkowaniu przeszłości, w przeglądach stanu duchowego posiadania poetka pragnie przekroczyć obszar traumy. Możliwe jest bowiem rozpoczynanie od nowa, konieczne – otwarcie na przyszłość.

Braha Rosenfeld przepracowanie bolesnego spadku przeszłości porównuje do patchworku. Otóż podziurawiona materia wspomnień matki, rozdarcie tkanin historii, wyrwy aksjologiczne, wreszcie niejednorodna natura doświadczeń – cudzych i własnych – każe skrzętnie zszywać rozproszone i różnoimiennie przeżycia, tworzyć nową formę z tego, co złożyć się nie może. Prowizorka i łatanina, spotkanie różnych kształtów, faktur i barw, pomysłowe łączenie rzeczy sprzecznych – w taki sposób określona zostaje praktyka poetycka Brahy Rosenfeld. I co znamienne, fastrygi, szwy i łaty mają być widoczne. Słowa z różnych regionów stylistycznych, słowa szlachetne i marne, oskarżające i bezsilne tworzą opisywany patchwork. Oto przykład krawieckich metafor:

Jesteśmy kolekcjonerami pożyczonych materiałów,

płócien i tkanin, tekstyliów i dzianin,

które kroimy, jak werdykty losu,

na rozmaite łaty,

[- – – – – – – – – – – – – – – -]

łatamy

rozmaite tekstury i wymyślone historie,

łata łacie zdradzi tajemnice,

litera do litery, słowo do słowa

doszyte,

żeby odkryć

i zakryć.

(Patchwork)


Zszywanie słów daje wiele możliwości. Ujawnione sensy sąsiadują z przemilczeniami, w tej tkaninie poetyckiej zjawiska obserwowane w pełnym świetle mają wspólną krawędź ze skrawkami niewyrażalnego. Język schodzi w głębsze pokłady przeżyć psychicznych, przekazuje grę między powierzchnią a ukrytymi warstwami sensu, język w praktyce twórczej Brahy Rosenfeld podporządkowany zostaje przekazom prywatności, która nie musi nieść brzemienia historycznej misji. Z regułą zszywania i dopasowywania kawałków wewnętrznej i zewnętrznej biografii koresponduje reprodukowany na okładce tomu obraz Leny Feinburg-Lilienheim Niedokończono.

„Odkryć” i „zakryć” – te czasowniki określają sytuację mówienia, w której nie wszystko jest na sprzedaż. Coś z doświadczenia trzeba jednak zachować dla siebie, a czytelnik niech zatrzyma się na granicy, której nie należy przekraczać. Trzy wiersze, które otwierają omawianą kolekcję – Zamiast przedmowy (utwór napisany po polsku specjalnie do omawianego wydania), Patchwork oraz Dzień dobry – stanowią celne wprowadzenie. Przybliżają arkana tłumaczenia poezji przeniesionej w obszar innej kultury oraz innego języka (translacja to zamach na niemożliwe, to rachunek strat semantycznych i tam, gdzie to możliwe, próba wzbogacenia oryginału). W swojej pracy tłumacz raz po raz napotyka trudności, zdawałoby się, nie do rozwiązania, a zatem zajmuje się nawlekaniem igły „na linę” (Zamiast przedmowy).

Patchworku już pisałem, natomiast wiersz Dzień dobry prowadzi uwagę czytelnika w stronę jasną, przekazuje bowiem pochwałę istnienia – wyswobadzanie się ze snu, przyjęcie porannych i świetnych kolorów świata, użycie narzędzia ze światła w zachwycie nad postrzeganym pięknem. W apostrofie do nienasyconych oczu Braha Rosenfeld aktualizuje tradycję hymniczną: „Dzień, w którym porodziła mnie matka moja, / niech będzie błogosławiony. / Błogosławione moje oczy, / które mi donoszą o światłach i ciemnościach / tworząc / wiersz”. Światło i ciemność, osoba i jej cień nie mogą zostać od siebie oderwane. Podczas lektury tomu pamiętać musimy o tych dwóch przeciwstawnych nastawieniach, dwóch stronach wrażliwości.

W cyklu poetyckim Moja mama maluje mówiąca przyjmuje pozycję rzeczniczki bliskiej osoby nieobecnej, tym samym we własnej świadomości udziela gościny przeżyciom matki oraz w słowie przedłuża istnienie jej świata. Przejęte dziedzictwo Zagłady wyrażają obrazy ognia, popiołów, gruzów, kamieni. Pożar wciąż trwa, w wierszach rozniecany jest na nowo po to, żeby nie zapomnieć. Język u Brahy Rosenfeld w szczególny sposób został naznaczony przez ogień (Zwęglony język). Dwa znaczenia tego obrazu są przeciwstawne, gdyż skala tematyczna została zawężona do tematu pamięci tragicznej, ale ogień kojarzy się również z działaniem oczyszczającym, uszlachetniającym. W tym miejscu można mówić o dalekim echu biblijnego powołania Izajasza (Serafin dotknął ust proroka rozżarzonym węglem z ołtarza) czy też o przywoływanej tradycji Mojżeszowej (Poparzona), przy czym w wierszu Rosenfeld przemiana dokonuje się w pomniejszonej skali – wyznaczanej przez mocną więź rodzinną. Natomiast w liryku Ja i Ty, mamo dialog ocalałej z Holocaustu matki malarki i córki poetki, która opowiada o kameralnym spotkaniu sztuk, metafora ptaków o spalonych piórach wzbogaca się o (nieoczywiste) odwołanie do upadku Ikara.

Świadczyć w zastępstwie matki to także utożsamić się z przekazywanym przez nią świadectwem. A zatem tekst nie staje się tylko literackim ponowieniem, lecz dąży ku ścisłemu przekazowi realiów. Stąd opisy zrujnowanego domu i zwęglonej przestrzeni zamieszkania, stąd imaginacyjne wędrówki matki po nieistniejących schodach (Moja matka maluje; …Ona się wspina po schodach). Opisy ruin odsłaniających szczątki dawnego rojącego się życia przypominają domy-upiory z Pamiętnika z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego. Pojawia się też Chagallowska wersja postaci matki, która wzlatując nad zniszczonym miastem: „stawia pomniki z popiołów / buduje nagrobki z powietrza” (…Teraz ona szybuje nad ulicami). Topika Holocaustu wraz z paradoksem bolesnej nieobecności ofiar nieupamiętnionych i pozbawionych nawet grobów wyraża dręczącą lekkość zniknięcia wielu ludzkich istnień. Pamięć żydowska naznaczona zostaje piętnem przemilczenia i zapominania. W innym utworze matka „przekopuje czarne złoża, aby wydobyć mały promyk światła” (…Ona się wspina po schodach). Poszukuje się oto nikłego blasku ocalenia.

Na przeciwległym biegunie poetka umieszcza kamienną pamięć o kamiennym świecie. Wszakże nie do udźwignięcia przez dziewczynkę jest ciężar doświadczeń Holocaustu. Skrajnie trudne okazuje się dojrzewanie do tragedii (Dorastanie). Większe jeszcze znaczenie ma powracający w kilku utworach Rosenfeld obraz cienia. Cień spowija dzieciństwo i życie dorosłe, cień wypełnia istnienie i każe myśleć o czarnych zamazanych odbiciach tych ludzi, którzy należeli do zamordowanej wspólnoty. Tytuł omawianego tomu oznacza, iż ze strzępów nie swojej pamięci dokonuje się scalania przeszłości, której nadal nie można zrozumieć ani się z nią pogodzić. Stąd „połatane cienie” – „postrzępione”, niezliczone” (Cisza/Hałas; Czas idzie boso), do tego jeszcze odbite w skalanym mętnym lustrze epoki. Cień nie tylko rzucany jest na jakieś tło, ale też w tych wierszach wnika w przestrzeń wewnętrzną. Cień znajduje się po stronie losu, współtworzy tożsamość poetki, a tego wyróżniającego signum wyrzec się nie można.

Co znamienne, Braha Rosenfeld używa frazy „piszę ból”, nie zaś „piszę o bólu”, a to przesądza o różnicy. Otóż cierpienie staje się narzędziem, nie tematem, gdyż pisze się z głębi doświadczenia. Wcale to nie znaczy, że poetka biernie przyjmuje legat matki, przeciwnie, jak pisałem, stara się wyjść z psychicznego potrzasku. Podejmowane są próby terapii polegającej na przezwyciężeniu złego czasu, wręcz na walce z czasem nieciągłym, porwanym. Podejmowaną podróż w górę nurtu wypadków można uznać za paradoksalną wyprawę ratunkową mającą na celu odnalezienie ładu sprzed katastrofy.

W zbiorze Połatane cienie innym źródłem cierpienia staje się emigracja poetki do Izraela. Poczucie „rozdwojenia w sobie” przeżywane jest z dużą intensywnością. Zacytować warto znamienny fragment: „– słońce boli – powiedziała dziewczyna / z warkoczem rozdartym na dwa końce / świata” (Rozdarty warkocz). Skoro imigrantka nie ma nawet skrawka ziemi czy „drobiny prochu” (wolno to lakoniczne sformułowanie czytać jako wzmiankę o swoich zmarłych), musi zamieszkać w powietrzu (Na osiedlu emigrantów). Rujnujący eksperyment przenosin do kraju o odmiennej kulturze i nieznanym wcześniej języku wymaga zmiany stylu myślenia i zgody na oswajaną obcość. Dalsza historia emigrancka przedstawia wrastanie w nową przestrzeń, choć jej zdobycie wymagało przejścia przez strefę ciemności (Ciemność).

Kontemplacja sztuki godzi ze światem, pozwala zawrzeć przymierze ze światem przejrzystym, uporządkowanym. Braha Rosenfeld, interpretując obrazy i rzeźby, posługuje się nieprzewidywalną perspektywą. U Henry’ego Moora w materialności tworzywa odkrywa niematerialność. Przesłanie wiersza Godzina ptaków skłonny byłbym odczytywać jako refleksję o porzucaniu kamiennego balastu, o ugodzie z czterema żywiołami, które wreszcie zniwelują rozbrat „ja” ze światem. Wolność zyskuje się poprzez kształcenie wrażliwego oka. W poetyckim studium Dziewczyna Modiglianiego akcent znaczeniowy zostaje przesunięty na patrzącego mężczyznę, być może jest nim malarz studiujący akt. Mistrzowską giętkość konturu ciała poetka kojarzy z istnieniem roślinnym, z rozkosznym dwuznacznym poddaństwem. Modelka Modiglianiego: „kwiat głowy z koroną oblicza / na szyi łodydze / podaje / katu miłości”. Natomiast akt śpiącej z obrazu Luciana Freuda przewrotnie odczytywany jest jako obrona „terytorium duszy” chronionej przez nieruchome letargiczne ciało, które, jak chce ten kontynuator ekspresjonizmu, rozrośnie się do postaci monstrualnej (Ona śpi). Przejście w sferę sztuki zawiesza trwogę egzystencji, przeto możliwe staje się święto kreacji artystycznej, surrealistyczne radosne igranie z przedmiotami, których zestawienia nieodmiennie zaskakują, a słowa stają się posłuszne najdziwniejszym zachciankom (Teraz możesz być czarodziejką).

W cyklu Poprzez przeszkody wyróżnia się wieloczęściowy utwór zatytułowany Pora wędrówek, w którym odnajdziemy najważniejsze wątki relacji miłosnej – pożądania, pragnienia, tęsknoty, magii, swoistej terapii, i na drugim biegunie – „odległości międzyosobistych”, dystansu, opuszczenia, uwikłania. Wymagające uczucie obejmuje cały kosmos, jest czymś wielkim i wyjątkowym, a zatem figura hiperboli najbardziej odpowiada takiemu wyobrażeniu. Liczy się tylko skrajność w miłości, co w konsekwencji tworzy rozziew między maksymalistycznym zamierzeniem a niedoskonałym spełnieniem. O nobilitującej relacji między kochankami poetka pisze w języku czterech żywiołów: „zastawiliśmy pułapki na wiatr / na wodę / na ogień / na błogosławieństwo” (Pora wędrówek, 5), wielką przestrzeń globu traktuje jako scenerię dramatu miłosnego (Geografia), a wyznaczając topografię uczucia, zapełnia obszar snu łańcuchem górskim (Na drodze do Flagstaff). Istotne są tutaj koncepty wykorzystujące semantykę nazw, a także odwołania biblijne, z których utworzone zostają kulturowe kierunkowskazy. W kolekcji wierszy o pragnieniu oraz kryzysach porozumienia Braha Rosenfeld posługuje się językiem paradoksu. Weźmy dwa przykłady: „I wyszliśmy z życiem / z tej śmierci” (Pora wędrówek): „…nie staniemy się jednym / nawet / w miłości” (Nawet w miłości). Bliskości od oddalenia nie da się więc oddzielić. W wierszu Dwudziesta trzecia trzydzieści symultanicznie skonstruowane sceny ukazują kontrast między powracającym bogactwem wrażeń sensualnych a narastającą samotnością. Słodycz przemienia się bowiem w płacz, a oczekiwany wspaniały lot spełnia się tylko w postaci wirującego na wietrze piórka. Mity miłosne zostają odrzucone, upływający czas koryguje nadto wyidealizowane wyobrażenia. Z takim nastawieniem korespondują wiersze o odzyskiwaniu głosu kobiecego, o buncie, jawnych pragnieniach, odrzuceniu tabu, pozbyciu się narzuconego umundurowania. Nawet mit edeniczny zostanie zmieniony, gdyż to mężczyzna zostanie stworzony przez kobietę „jako pomoc wzajemna / a nie przeciw niej” (Urosną jej pazury, urosną jej kopyta). Ten feminizm interakcyjny nie jest pozbawiony wyczuwalnej nuty ironii.

W przejmujących lirykach o walce z chorobą poetka sięga po metaforykę żeglarską. Zaprzeczenie przygody radosnej polegającej na zdobywaniu nowych wód i lądów przenosi się w strefę doświadczenia wewnętrznego. Cykl nosi tytuł Na gorzkich wodach. Nowa żegluga to walka z chorobą, a stawka jest najwyższa, gdyż obejmuje rachunek życia i śmierci, lęku i nadziei (Narkoza wysokiego ryzyka; Czekając na wyniki badań; Monitor). Życie zostaje umieszczone na chybotliwej granicy. Szpital przypomina również więzienie, bohaterka wiersza Widok przez szczeble okiennic obserwuje pejzaż pokawałkowany, zdeformowany, lecz taki może być jedynie „pokarm dla uwięzionego oka”. Rodzi się obcość wobec własnego ciała – rozdwojonego, ciała-przedmiotu i ciała, w którym zamieszkuje myśl i świadomość (Unosząc się na morfinowych snach).

Obrona staje się mobilizacją sił wewnętrznych. W wychodzeniu z opresji pomocna jest wyobraźnia poetycka, zdolna tworzyć rzeczywistości kompensacyjne, piękne krainy nieskalane przez chorobę. Operacja i narkoza otwierają oniryczne światy. W wierszu Dystansowanie ważna jest dykcja zaklinania i magicznego zamawiania złego obrotu losu, a poetykę wizyjną rozpoznamy w lirykach Unosząc się na morfinowych snach oraz Słup lodu. Unieruchomienie w cierpieniu przyrównane zostaje do przemiany Żony Lota po to, żeby wyrazić obcość wobec własnego ciała, przekazać doznanie ciężaru i bezwładu. Z kolei biblijny sen wykładany przez Józefa odnosi się do prywatnego dramatu choroby, do wróżenia, czy przyszłość przyniesie siedem pomyślnych lat (Radioterapia). Skromne przedmioty szpitalne traktowane są przez poetkę jak znaki, prowadzą bowiem w stronę refleksji o ludzkiej solidarności w cierpieniu, o zasadzie więdnięcia i zamierania – wspólnego z bytami przyrodniczymi (Filiżanka; Kwiaty w słoiku). Odwrotność istnienia, czyli obraz rozrastającego się niepojętego cienia, kończy te partie poetyckich rozważań (Czas).

Wsłuchiwanie się w mowę bólu okazuje się w tym przypadku ważną dyrektywą poetycką (Coś zostanie). Charakterystyczne dla czasu dojrzałości jest sumowanie doświadczeń, przepatrzenie raz jeszcze reguł życia i – praca nad zmianą. Rozliczenia przybierają postać wskazań poetki dla samej siebie, co ciekawe, w bezosobowej formie czasowników. Powstaje więc apel samozwrotny, brulion czy konspekt postaw i działań. Segregowanie wartości oraz rzeczy przywraca wiarę w sensowność wielowymiarowego, podzielonego na rozmaite role istnienia. Pomimo wszystko optymistyczne jest „resetowanie” bolesnej pamięci oraz rozpoczynanie od nowa (Manifest o ogólnym sprzątaniu albo dążenie do punktu zero). W planowanej strategii ważną rolę odgrywa język poetycki wyzwolony z konieczności. Jednakże słowo w użyciu społecznym oraz w indywidualnym leksykonie poetyckim bywa dwoiste: wzniosłe i trywialne, czyste i zabrudzone, buntownicze i uległe. Program utopijnej wyprawy w poszukiwaniu szczęścia zakłada, iż nieosiągalne i nienazwane nie zwalnia nas z marzeń. Otóż „szczęście nadal czeka w bezsłowiu – // na wyspach uskrzydlonych” (Te słowa, to szczęście). Tak brzmi fraza zamykająca polskojęzyczny wybór wierszy Brahy Rosenfeld.

Braha Rosenfeld: Połatane cienie
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich
Oddział w Krakowie, 2018. Str. 132.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.