03/2019

Elżbıeta Baniewicz

Pan Kazimierz

„Ale się upierdoliłem!!! – poznaję w słuchawce głos pana Kazimierza. – Co się stało? Skończyłem scenopis serialu Sława i chwała, ponad dziewięćset stron maszynopisu! Musiałem to Pani powiedzieć”. Namawiałam go na ekranizację wspaniałej powieści Iwaszkiewicza od kilku lat, pożyczyłam nawet jej trzytomowe wydanie; pokochane, nigdy nie oddane1. W archiwach telewizji znalazł się scenariusz Krzysztofa T. Toep­litza, który pan Kazimierz musiał przerobić, ale wciągnął się w tę pracę z rozkoszą. Miał wtedy prawie siedemdziesiąt lat, wiek stosowny, by docenić dramatyzm losów powieściowych bohaterów, ale skłaniający raczej do popijania wody zdrojowej w uzdrowiskach niż do realizacji dziewięcioodcinkowego serialu. Ale pan Kazimierz nie kalkulował, co się opłaca, a co nie, nie bał się pracy, więc blisko trzy lata żył w świecie przyjaciół i rodziny Edgara Szyllera, którego pierwowzorem był Karol Szymanowski. Konsultował z panią Marią, córką pisarza, pierwowzory postaci, wiele z nich bowiem znała osobiście, a jeśli nie osobiście, to z domowych opowieści ojca.

Przypominam ten serial, jedno z jego ostatnich dzieł, jako dowód niezwykłej witalności i pracowitości. Pan Bóg napisał Kazimierza Kutza jako artystę ze wszystkimi tego konsekwencjami w postaci odwagi, bezkompromisowości i licznych talentów. Pośród nich ten językowy pielęgnował szczególnie. Czytał od najmłodszych lat mnóstwo, pisał pamiętnik, później scenariusze, felietony, wspomnienia, powieści. Kochał opowiadać, czarować słowami, za każdym razem ta sama historia czy anegdota zyskiwała nowe barwy, tonację emocjonalną, tak zwany szerszy kontekst albo więcej przekleństw. Wiem o tym z autopsji, kilka lat spotykaliśmy się w poniedziałki na dworcu Warszawa Centralna, peron 3, godz. 7.25, przygotowując Festiwal Interpretacje w Katowicach. Dziennikarze go kochali, krótkie spotkanie, a mieli tekst bez adiustacji, do tego przekorny 2.

Przeciętność traktował jak kalectwo, więc się odbijał zawsze w rejony wolne od banału, językowego zwłaszcza, łączył gwarę z polszczyzną, wymyślał niesztampowe porównania. Zamiast użyć znanego: wpadł jak śliwka w kompot, mówił: pacnął jak młotek w mąkę. Słuch na język miał bezbłędny; po kilku słowach wiedział, jak dostroić się do rozmówcy, ile ten zniesie ironii, żartów i co z tego zrozumie na serio. W jego ustach tak zwane brzydkie wyrazy brzmiały jak poezja; ich sens zależał od miejsca w zdaniu i sposobu wypowiedzenia. Ten zaś nigdy nie był dosłowny, tylko żartobliwy albo metaforyczny. Zgodnie zresztą z teorią Ludwiga Wittgensteina, choć wątpię, by go studiował, artysta rozpoznaje swój czas bez korepetycji u filozofa. Języka pan Kazimierz używał w sposób wyrafinowany, bardzo świadomie, znał ich i współtworzył kilka.

Do osiemnastego roku życia mówił śląską gwarą i po niemiecku, język ten poznał jako kilkunastolatek zesłany na roboty przymusowe w czasie wojny. W łódzkiej szkole filmowej błyskawicznie nauczył się polszczyzny jędrnej i konkretnej. Był człowiekiem przywiązanym do rzeczywistości empirycznej, więc trampolinę jego wyobraźni stanowił świat, jaki jest, a nie romantyczne wyobrażenia o tym, jak powinno być. W Łodzi przy ulicy Targowej nauczył się języka filmu, czyli opowiadania obrazem. Tak świetnie, że za drugi po debiucie film Nikt nie woła o wybitnie nowatorskiej narracji filmowej, odwołującej się z jednej strony do teorii krystalizacji uczuć Stendhala, z drugiej − prawem kontrastu − do poetyki taszyzmu, koledzy i krytycy próbowali mu wtedy odebrać uprawnienia reżysera. Było to tym łatwiejsze, że nie miał dyplomu. Kilka lat wcześniej umówił się z Andrzejem Wajdą, że dyplomem będzie sześćset metrów filmu Kanał, więc z Januszem Morgensternem nakręcił sceny pod ziemią, co najmniej jedną trzecią całości. Po międzynarodowym sukcesie filmu, umowa z kolegą „przestała istnieć”.

Pan Kazimierz potraktował owo nieistnienie honorowo, postanowił dyplomu nie mieć, a to znaczy całe życie pracować za stawki niższe, niż się należały. Dlatego kilka miesięcy przed śmiercią, gdy dowiedział się o przyznanym mu przez macierzystą uczelnię doktoracie honoris causa ucieszył się. „Wajda umarł, to się trochę powietrza zrobiło, więc mi dali dyplom” – a po chwili milczenia dodał: – „Na zamknięcie powiek, ale to chyba dobrze, co?”3.

Dziś, z perspektywy wielu lat, widać, jak oryginalnym językiem zostały napisane filmy Kazimierza Kutza. Był jednym z pierwszych reżyserów naszego kina, który nie ilustrował literatury znanej albo uznanej w kanonie lektur szkolnych, tylko siłą własnej wyobraźni tworzył filmowy świat, począwszy od scenariusza, który wymyślał we współpracy z pisarzami, a śląski kosmos już samodzielnie4. Szukał tematów bliskich własnemu widzeniu świata, nie interesowały go tezy, takie czy inne, ale to, jak ludzie przyjmują idee, jak się zachowują w konkretnych sytuacjach. Dlatego jego filmów nie da się streścić w kilku zdaniach, trzeba dokładnie opowiedzieć kolejne sekwencje, mikrosceny, reakcje bohaterów, dopiero ich suma bowiem daje wielowymiarowy, nieuładzony narzuconą ideą obraz życia zarejestrowany na taśmie.

Oddać w kinie aktualną rzeczywistość, nie raniąc prawdy, to sztuka, która nie każdemu się udaje. Wymaga nowego języka, zastane środki wyrazu okazują się nieadekwatne do wyrażenia współczesnych doświadczeń i nowej wrażliwości. Kazimierz Kutz z każdym filmem stawiał sobie inne zadania artystyczne, testował nowe sposoby opowiadania, a tym samym stworzył własne laboratorium nowoczesnych form filmowych. Próbował w nim różnych poetyk − od dokumentalnej niemal, przez liryczną, surrealno-abstrakcyjną, po reportażową − oraz odpowiadających im środków wyrazu aktorskiego i tego uzyskiwanego kamerą, czyli światłem. Przy czym charakterystycznym rysem jego filmów, odróżniającym je od prac kolegów współtworzących polską szkołę filmową, było zainteresowanie tak zwanym szarym człowiekiem. Plebejscy bohaterowie przeważnie mówią niewiele, ale swoim zachowaniem, milczeniem czy kilkoma słowami wyrażają czasem dosadniej prawdę niż inteligenci w długich monologach. U Kutza zwykle mieli oni tak zwany instynkt moralny, wiedzieli bezbłędnie, co się godzi, a co się nie godzi, gdzie jest zło, a gdzie dobro, i czym jest zwyczajna ludzka przyzwoitość. Od debiutanckiego Krzyża Walecznych przez Nikt nie woła, Ludzi z pociągu, Milczenie, Tarpany, Upał, Ktokolwiek wie… po film Skok reżyser wypracował dla swojej mentalnej odrębności oryginalny język kina.

Dopiero wtedy, jako człowiek już w pełni dojrzały i ukształtowany artystycznie, wrócił na Śląsk, by opowiedzieć bogactwo tego świata w taki sposób, aby płaszczyzna realna i nostalgiczna stopiły się niedostrzegalnie w jedną całość, a ta zyskała wymiar mitu. Dopiero wtedy był gotów stworzyć epicką narrację o podstawowych wartościach swoich krajan – szacunku do pracy i rodziny, prawości w stosunkach z ludźmi i wysokiej kultury osobistej – które mieszkańcy tej ziemi wnieśli w wianie, łącząc się z Polską po sześciuset latach rozłąki.

Sześcioksiąg Kazimierza Kutza − Sól ziemi czarnej, Perła w koronie, Paciorki jednego różańca, Na straży twej stać będę, Śmierć jak kromka chleba, Zawrócony − dla wielu szczyt osiągnięć artystycznych zrodzonych z miłości reżysera do pejzażu szopienickiego dzieciństwa i ludzi, wśród których wyrósł, zapewnił mu miejsce w ich pamięci. Im zaś podarował uniwersalność mitu zapisanego w filmowych kadrach. Obywatelom pozostałych regionów pokazał piękno wcale nie czarnego Górnego Śląska i jego ciekawych mieszkańców tak sugestywnie, że w latach siedemdziesiątych co drugi chciał być Ślązakiem.

Kazimierza Kutza interesował nie tylko świat wyrażony językiem filmowych arcydzieł. Zawsze był społecznikiem z sercem po lewej stronie, za dużo widział krzywd, biedy i socjalistycznych nieprawości, by milczeć. Nie był strachliwy, więc niczego nie owijał w bawełnę, tylko walił bez pardonu, jakby urzędował na żółtych papierach. Jego felietony pisane w roku 1981 w śląskiej „Panoramie” jako Wieści z dołu były głosem w obronie rozsądku i społecznej sprawiedliwości. Namawiał swoich rodaków do waleczności, do pamięci o powstańcach i prawdziwej, nie manipulowanej historii, zagrzewał do walki o kulturę, edukację, o lepsze warunki pracy. W ferworze polemik pisał, że są dupowaci, zbyt pokorni i nie potrafią się bić o swoje. Władze go nienawidziły, ponieważ wyśmiewał karierowiczostwo, obnażał ideologiczne pustosłowie i fałsz formacji towarzysza Grudnia. Pisał zadziornie i dowcipnie, a to bolało miejscowych kacyków poczwórnie, więc gdy wracał z przerwanego Kongresu Kultury 13 grudnia 1981 roku do domu, na dworcu w Katowicach już czekali panowie w szarych milicyjnych mundurach. Trafił do aresztu położonego o kilkaset metrów od kopalni Wujek, gdzie kilka dni później doszło do zabójstwa dziewięciu górników i zranienia wielu innych. Został internowany jako felietonista, a nie opozycjonista; filmu wroga ustroju nie puszczono by w telewizji za nic w świecie. Kierownictwo TVP w Warszawie nie czytało widocznie felietonów reżysera, skoro Perła w koronie, bez jego wiedzy, została wyemitowana tuż po wprowadzeniu stanu wojennego.

Lata osiemdziesiąte to dla Teatru Telewizji złote czasy, realizowano wówczas po sto dwadzieścia premier rocznie, więc piękna idea Narodowego Teatru Telewizji, gdzie najlepsi polscy aktorzy urzeczywistnialiby na małym ekranie polską i światową literaturę wszystkich epok pod batutą najlepszych reżyserów, wydawała się możliwa do realizacji. Niestety, zabiła ją komercja i polityka.

Niemniej jednak Kazimierz Kutz dołożył do telewizyjnego imperium kilkanaście wybitnych przedstawień. Pokazał, jak można doskonałą literaturą dramatyczną i nie tylko dramatyczną, opowiedzianą nowoczesnym językiem telewizji, zagospodarować intymny czas wielomilionowej widowni. Gdy emitowano jego spektakle: Opowieści Hollywoodu Christophera Hamptona, Wygnańców Jamesa Joyce’a, Samobójcę Mikołaja Erdmana, Noc Walpurgii Wienediktija Jerofiejewa, Kolację na cztery ręce Paula Barza, Emigrantów Sławomira Mrożka, Antygonę w Nowym Jorku Janusza Głowackiego, dwie sztuki Eustachego Rylskiego Zapach orchideiNettę, Wujaszka Wanię Antoniego Czechowa czy Stalina Gastona Salvatore, w którym swą ostatnią rolę, szekspirowskiego Lira, zagrał Tadeusz Łomnicki, widzowie parzyli herbatę wcześniej i zasiadali w fotelach. Mogli oglądać wielkich i małych tego świata w chwilach triumfu lub klęski, w sytuacjach tak zwanych granicznych oraz niecodziennych okolicznościach. Wtedy w najbardziej prywatnych kapciach mogli sobie postawić pytanie: jak bym się wtedy zachował?, co bym zrobił?

Kilka twórczych, wspaniałych lat pan Kazimierz Kutz spędził w Krakowie, „bo jak rękaw pana Boga skupia to, co najlepsze”, mawiał, a myślał o swoich ukochanych aktorach ze Starego Teatru. Ale gdy jesienią 1990 roku pokazał Do piachu… Tadeusza Różewicza, wybuchła awantura w stylu „jak można za państwowe pieniądze pokazywać takie świństwo”. Oburzeni pisali do prasy i interweniowali w sejmowej Komisji Kultury. Zakładowa Solidarność doprowadziła do usunięcia reżysera ze stanowiska szefa krakowskiego ośrodka TVP.

Różewicz, pisząc sztukę, opierał się na własnych partyzanckich doświadczeniach, kilkanaście lat szukał formy dramatycznej zdolnej wyrazić koszmar wojny i tym samym zakwestionować mit bohaterstwa stale jej towarzyszący. Kutz pozostał wierny poecie i w dziesięciu obrazach, jak w kolejnych stacjach Męki Pańskiej, pokazał realia bytowania partyzanckiego oddziału w lesie. Rzecz dzieje się w latem 1944 roku, po podpisaniu umowy scaleniowej między oddziałami Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych, co nie odbywało się bezkonfliktowo. Bohater sztuki, wiejski prostaczek Waluś, poszedł z kolegami na bandziorkę, dwóch (z NSZ) uciekło, on został złapany. Nikt mu gwałtu na księżej gospodyni nie udowodnił, lecz kula wystrzelona przez kolegów z oddziału przerwie jego życie. Prawo wojny, które każe zabijać wroga, zderza się tu z prawem honoru żołnierza, które respektują rodacy, choć nie odbył się nad Walusiem żaden sąd. Tragizm współczesnego człowieka polega też na tym, że podlega on prawu, którego nie zna i nie rozumie.

Różewicz i Kutz zakwestionowali nieskodyfikowany w kodeksach prawa ani religii nakaz/obowiązek honoru i bohaterski obraz wojny. Na wojence wcale nie jest ładnie − jest zimno, głodno i ludzie w lesie dziczeją, czasem objawiają swą wielkość, a nierzadko całą swą nikczemność. Taki obraz wojny jest nie do przyjęcia w naszej kulturze zdominowanej przez kult bohaterstwa, honoru i patriotycznej narracji. Spektaklu nie powtórzono, choć znalazł się w tzw. Złotej Setce najwybitniejszych osiągnięć TVP.

Nie pokazano też nigdy więcej spektaklu Ziarno zroszone krwią o kilku dniach rozmów dowództwa AK tuż przed wybuchem powstania warszawskiego. Jerzy Stefan Stawiński, scenarzysta Kanału, uczestnik powstania, napisał ten scenariusz „specjalnie dla Kutza”, bo to był jedyny reżyser, który miał dość odwagi, by pokazać całą butę, pychę oraz okraszone patriotycznym frazesem szaleństwo dowódców, głuchych na głosy rozsądku i przestrogi. Zginęło miasto i dwieście pięćdziesiąt tysięcy młodych ludzi (a nawet dzieci) walczących praktycznie gołymi rękami z uzbrojonymi po zęby Niemcami. Ale do dziś dominuje przekonanie, dyktowane polityką, a nie rozsądkiem, o niezbędnej daninie krwi dla ojczyzny, konieczności ofiary, bo bez powstań (przegranych) nie bylibyśmy narodem. Wybranym.

Pan Kazimierz nienawidził pustego patosu i narodowej tromtadracji, we wspomnieniu o Zbyszku Cybulskim pisał: „Był meteorem na tej beznadziejnej drodze, bo wszystko co polskie jest drugorzędne i do drugorzędności nieustannie zmierzające. W kraju, w którym mało kto wie, co «pierwszorzędność» znaczy, bo od paru wieków leci się na haju niepodległościowym, więc ci co do «pierwszorzędności» parli, szli jak w pepegach w Himalaje”.

Reżyser, daleki od malowanego patriotyzmu, walczył z mitem ofiary, a zwłaszcza śmierci uświęcającej walkę o wolność. Za bardzo kochał życie, by się wpisywać w podobnie ułomną narrację. Uważał, że o miłości do ojczyzny (jak i do kogokolwiek) nie należy opowiadać, bo łatwo przekłuć napompowany balon fałszu. Wolał swój patriotyzm potwierdzać uczciwą pracą, otwartością i tolerancją, a nawet poczuciem humoru, bo zdrowszy niż zapach kruchty. Szeptania w konfesjonale nie stosował, ale chętnie powtarzał, że lubi rozmawiać z biskupami… wierzącymi. Hierarchów niezupełnie wierzących omijał, podobnie jak farbowanych towarzyszy partyjnych.

A tak się porobiło, że po uroczystościach świeckiego pogrzebu, na starym cmentarzu położonym w środku miasta przy ulicy Sienkiewicza, przemawiali arcybiskup senior Damian Zimoń i ks. Piotr Brząkalik. Z szacunkiem podkreślali patriotyzm reżysera i jego humanizm. Od ludzi idących w kondukcie, a było ich kilka tysięcy, można było usłyszeć – „Gdyby każdy był tak prawym i wrażliwym człowiekiem, jak ten ateista, żylibyśmy w raju”. Pan Kazimierz miał odcięty instynkt posiadania, ścigał się na sztukę, na dowcip, na dobrze zrobiony film czy napisany tekst, a nie na metry w apartamentowcach czy markowe samochody. Nawet prawa jazdy nie miał. Tę skromność też ludzie widzieli i potrafili docenić.

Ostatnich kilkanaście lat życia Kazimierz Kutz był parlamentarzystą. Wielu pytało − skoro ma talent, to po co mu polityka? Lubił być wśród ludzi, a zdobywanie pieniędzy na kolejne filmy wiązało się z upokorzeniami; artysta w wieku dojrzałym nie miał już ochoty żebrać o pieniądze w „Księstwie Warszawskim”. Wolał o jego prominentnych przedstawicielach pisać i robił to zgodnie ze swoim sumieniem − zjadliwie. W czasie swych kadencji (cztery senatorskie, jedna poselska) angażował się w sprawy Śląska, kultury, mniejszości narodowych, ale schronienie znajdował pod dachem polszczyzny. Kreacyjna siła języka uwodziła go nieodmiennie, ale też dawała wolność. Absolutną. Granice mojego świata to granice mojego języka – mógłby powtórzyć za wiedeńskim filozofem, wiedział doskonale, że dzięki językowi świat ogromnieje; ile potrafię nazwać, to moje, tyle mnie jest.

Tak jak kiedyś pisząc intymne pamiętniki, tak w ostatnich latach przy laptopie czuł się niczym nieograniczony. Co tydzień dawał felietony do piątkowego wydania „Gazety Wyborczej” na Śląsku, przez osiem wcześniejszych lat pisał do „Dziennika Zachodniego”, więc nakład wzrastał o kilkadziesiąt tysięcy. Był ze swymi krajanami do końca, ostatni felieton ukazał się 19 października, dwa miesiące przed odejściem. Wcześniej wydał ich wybór pod tytułem Fizymatenta. Co to słowo znaczy, wyjaśniał na promocji książki, kochał wymyślać nowe określenia, porównania; zawsze się starał uprawiać rzemiosło formułowania myśli, nazywać rzeczy po imieniu, najprościej jak można. I nie wikłać ich w meandry inteligenckiej mowy.

Żywił swe książki pamięcią i wyobraźnią, obdarzony instynktem nowatora dbał o ich niepospolity wyraz. Chętnie posługiwał się ironią i prostotą, żartem i dystansem, ostrością widzenia i lirycznym wzruszeniem wymieszanymi tak, że nie sposób tego koktajlu pomylić z innym. Powiedzenie „styl to człowiek” sprawdzało się tu doskonale. Nie bez powodu jego książki − Portrety godziwe, Piąta strona świata, Klapsy i ścinki − kupowane były tysiącami. Pisane z miłością i swobodą epika dawały czytelnikom wgląd w zakamarki życia, pozwalały je sprawiedliwie wydobyć na światło dzienne i utrwalić w słowie.

Pan Bóg podarował panu Kazimierzowi życie pracowite i szczęśliwe. Oprócz stworzenia kilkudziesięciu filmów, przedstawień w teatrach i Teatrze Telewizji, paru tysięcy felietonów i kilku tomów prozy – wychował dwie córki i dwóch synów. Nawet na długie życie nie jest to mało.

Do usłyszenia, Panie Kazimierzu.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.