03/2021

Magdalena Boczkowska

Pierzyna w poszwie w kwiaty

„W tej rodzinie nie było nieślubnych dzieci, nie było rozwodów, nie było prania brudów poza domem, nie było samobójstw, nie było zdrad, nie było otwartej przemocy, były wyłącznie pasywna agresja, milcząca wściekłość, niezałatwione latami sprawy, węzły gordyjskie. Od czasu upchniętej gdzieś na samym dnie rodzinnych przekazów tragicznej historii z Marią Solik nie było już żadnego miejsca na odchylenia od normy, nie było o tym mowy. O odchyleniach milczeli, połykając swój ogon jak uroboros. Od pokoleń idealni, piekący dzieci w bogato zdobionej formie, dzieci puste w środku”. Ot, taka zwykła polska rodzina. Rodzina jakich wiele. O takiej właśnie rodzinie opowiada w swej najnowszej powieści zatytułowanej Od jednego Lucypera Anna Dziewit‑Meller. Warto dodać, że autorka Góry Tajget (2016) ponownie kreśli portret rodziny uwikłanej w historię, we własne traumy – te prywatne i te, które naznaczyły Śląsk, bo na Śląsk w najnowszej prozie również powraca. I robi to niezwykle udanie.

Od jednego Lucypera bohaterki mamy dwie. Katarzyna Magdalena Twardowska, choć wolałaby się nazywać Mroczna, bo takie nazwisko jej zdaniem było bardziej „na miarę jej życia”, jest polską naukowczynią pracującą w Holandii. Do Amsterdamu uciekła od rodziny, od Śląska, Polski, ale także od panującego na uczelniach patriarchatu, w ramach którego nigdy nie była na przykład panią doktor, a po prostu panią Kasią, w ramach którego młodzi doktoranci wysługują się starszymi sekretarkami nawet przy gotowaniu wody na kawę. Kasia dźwiga na grzbiecie własne traumy. Ucieka, ale od samej siebie uciec nie może. Gdy jako nastolatka przeszła operację przepukliny, po raz pierwszy zachwyciła się swoim ciałem, zachwyciła się sobą. Schudła i czuła się widziana. Od tej pory Kasia cierpi na wstręt do jedzenia, biega od psychologa do psychologa, ale to nic nie daje – brakuje jej miłości, bezwarunkowej miłości, także do samej siebie. Małgorzata, matka Kasi, w czasie porodu padła ofiarą pijanej pielęgniarki, która zrobiła jej lewatywę z wrzątku (opis porodu w latach osiemdziesiątych XX wieku jest wstrząsający). Kasia wie więc, że dzieci czasami lepiej nie mieć i że gdyby nie ona, matka „nie widziałaby umęczonego ciała z bliznami po operacjach i workach stomijnych przytroczonych do brzucha”. Poza tym Małgorzata, sama zmagająca się z własnymi traumami, „nigdy nie zobaczyła, jak zraniona jest jej córka tym, że matka na nią nie patrzy. Nauczono ją, żeby nie widzieć, a siebie samą widziała oczami jakiejś złej wiedźmy, jakiejś okrutnej macochy z najgorszej baśni”. Katarzyna pragnie więc przede wszystkim być widziana.

Drugą bohaterką jest Maria Solik – Marijka, tajemnicza krewna, której zdjęcie Kasia znajduje w rzeczach śląskiej babci, Babci Miejscowej, jak o niej mówi. Ani babcia, ani matka, ani nawet ciotka Agata nie chcą o Marijce mówić. Kim była? Dlaczego jest zapomniana, wymazywana z rodzinnej sagi? Jaką tajemnicę skrywa? Kasia pragnie poznać odpowiedzi na te pytania. Domaga się przypomnienia Marijki.

Maria jest starszą siostrą Babci Miejscowej. To typowa śląska dzioucha. Ma wszystko to, czego brakuje Kasi. Jest duża, silna, „rzepicha, czerstwa, czerwona na policzkach, donośna”, twarda, o udach jak imadło. Pracuje w chorzowskich Zakładach Azotowych, jest przodowniczką pracy, z dumą buduje socjalizm. Jest w tym nieco bezrefleksyjna, cieszy się, że wyrabia normę, że zarabia. Ma nadzieję, że dzięki własnym pieniądzom będzie mogła wyprowadzić się z domu, wyjść za mąż za Alojza, z którym zaczyna się spotykać. Jak pisała Małgorzata Fidelis w swojej pracy Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce (Women, Communism and Industralization in Postwar Poland, 2010, po polsku książka ukazała się dopiero w 2015 roku), „przyspieszona industrializacja okresu stalinowskiego, próba stworzenia «nowej kobiety», z jednej strony oddanej ideologii, ale z drugiej – uczestniczącej w życiu społecznym i politycznym na równi z mężczyzną, były przykładami budowania nowoczesnego świata innymi sposobami niż te znane z demokracji Zachodu”. Stereotypowy obraz „kobiety na traktorze” sprawił, iż pojawiło się przekonanie, że komunizm pozbawił kobiety kobiecości. Tymczasem kobiety nie były wówczas ofiarami systemu. Emancypowały się, były niezależne, pracowały nawet jako górniczki pod ziemią, co bardzo sobie chwaliły, bo praca była lżejsza, lepiej płatna i jak mówiły, pod ziemią było zawsze ciepło. Koniec nastąpił w roku 1956, kiedy zaczęto zwracać uwagę, żeby były zatrudniane na tak zwanych stanowiskach „kobiecych”, a więc tych mało zmechanizowanych i nisko płatnych, z szefami mężczyznami. Taka segregacja miała rzekomo odpowiadać „naturalnym skłonnościom kobiet do bierności, poświęcenia się innym, spełnienia się w życiu rodzinnym, a nie zawodowym”. Marijka jest więc w latach powojennych w szczycie emancypacji. Chce mieć rodzinę, ale przede wszystkim chce pracować, być niezależna. Ponosi jednak klęskę.

Przez znaczną część powieści nie wiemy, co tak naprawdę stało się z Marijką. Czym zawiniła? Wplecione między rozdziały autentyczne donosy pozyskane przez Dziewit-Meller w Katowicach w Archiwum Państwowym i oddziale Instytutu Pamięci Narodowej dają nam jednak jakieś wyobrażenie. Marijka staje się ofiarą donosu. Ofiarą przypadku. Ofiarą niewinną, ale taką, o której nawet własna rodzina boi się/wstydzi mówić głośno. W końcu ofiarą bez grobu. I bez pamięci.

Pozornie te dwie kobiety, Kasię i Marijkę, niewiele łączy. Nie są podobne ani fizycznie, ani psychicznie. Gdy jednak przyjrzeć im się bliżej, okazują się awersem i rewersem tej samej monety. Dla obu problemem i pewnym ograniczeniem jest ich ciało. Wierzą, że przez własne ciało kobieta zawsze przegrywa. Marijka nie znosi comiesięcznych menstruacji, jest wtedy mniej wydajna w pracy, boi się, że przemoknie, że zacznie śmierdzieć. „Mężczyzna krwawi wyłącznie, gdy swoją krew za coś przelewa, krwawi więc dynamicznie, aktywnie, trzeba mu przedziurawić powłokę, by jej nieco utoczyć. Za ojczyznę, za matkę, za ojcowiznę, za wódkę może rozdzierać swe ciało, rozrywa żyły i dopiero wtedy jest krew. Krew czysta i szlachetna. Krew z aktu, zupełnie inna niż ta, która przez pięć dni wypływa z kobiety, bo ta jest bierna, skażona, śmierdząca, brudna, pełna skrzepów czarnych jak diobelski pomiot, co się nie może narodzić. To krew zmarnowanych szans na nowe życie. Obumarłe komórki, endometrium, co się złuszcza – jesień, koniec, schyłek, szlus. Krew krwi jest po prostu nierówna”. Przez tę krew Marijce robi się słabo i psuje przez przypadek jeden z konwojerów w zakładzie, to ciało zdradza ją w czasie brutalnego przesłuchania przez UB. Kasia z kolei ma karykaturalny obraz własnego ciała, nie chce przy tym mieć dzieci. Nie wyobraża sobie, że mogłaby nosić w sobie dziecko, chociaż zdaje sobie sprawę, że kobieta w ciąży – żywy inkubator – jest wtedy, na chwilę, bardziej widziana. Relacje Kasi z mężczyznami są więc specyficzne, „do Europy tak, ale bez naszych umarłych i bez naszych mężczyzn […]” – lubi powtarzać, parafrazując prof. Janion. Chichotem losu jest więc jej związek z Polakiem, z Janem.

Mężczyzn w ogóle jest w tej powieści mało. Rodzina Kasi i Marijki to rodzina, jak większość rodzin śląskich, matriarchalna. „[…] mężczyźni niespecjalnie mocno się w niej trzymali. Pojawiali się na chwilę i znikali jak fatamorgana, bledli jak zdjęcia w starych gazetach”. To kobiety okazywały się silniejsze, miały wolę przetrwania. Dlatego dziewczęta swoje traumy i swoją trudną historię dziedziczą po matkach, babkach, ciotkach. Przez pępek – tę bliznę po matce – pobierają lęki i obsesje, próbując jak najszybciej i za wszelką cenę przeciąć pępowinę, napełnić się treścią – jak ostatecznie robi to Małgorzata, wybierając samobójstwo. I jedynie ciotka Agata, wydawałoby się uprawiająca tylko pasywną agresję, w formie pytań kryjącą zarzuty i nagany, staje w końcu murem za Kasią w jej własnej wojnie z przeszłością. Rodzina dziewczyn nie wie, że „[…] mogli być rojem ze swoją królową pszczół, być silni siłą wspólnoty działającej jak jeden sprawny megaorganizm. Niestety inteligencja ich roju uległa całkowitemu rozpadowi. Nie umieli być rojem, byli raczej kotami idącymi każdy własną tajemną ścieżką, albo tym durnym konikiem polnym, który nie przygotował się dobrze na nadchodzącą zimę i szlag go trafił przy pierwszych mrozach”. Lepiej milczeć, chować niewygodne prawdy pod grubą pierzyną w poszwie w kwiaty, która zawsze już będzie kojarzyć się Kasi ze śląskim domem babci.

Wydawałoby się, że Od jednego Lucypera nie może skończyć się dobrze. Ani dla Marijki, ani dla Kasi. Jednak happy end nadchodzi. Jedna kobieta otrzymuje spokój i pamięć. Druga – pytając, czy warto pamiętać bez końca, nurzać się w traumie, wspominać – dostaje spokój i widzenie, dostrzega siebie i czuje się dostrzegana.

Bohaterki tak inne i tak podobne, bo jak się okazuje, doświadczenia kobiet nawet na przestrzeni dekad mogą splatać się ze sobą i na siebie wzajemnie wpływać. Geny, ale też miejsce, czas, w którym się rodzimy, to wszystko nas kształtuje, decyduje o naszym losie. W powieści mamy więc kobiety pochodzące z jednej rodziny, mimo upływu dekad silnie z sobą związane. To proza o Śląsku, ale na wskroś uniwersalna. Proza o traumach przeszłości, z którymi w końcu przyjdzie się rozliczyć. Proza o rodzinie. Rodzinie, jakich wiele. „Jaka marchew – taka nać, taka córka – jaka mać. Jaka matka, taka cera – od jednego Lucypera”.

Anna Dziewit‑Meller: Od jednego Lucypera.
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2020, s. 304.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.