09/2019

Marek Sołtysik

Podwójne ślady, jeden strzał

Moje pokolenie, tak jak pokolenie Marka Harnego, jest dotknięte wojną. Nasi rodzice, kuzynostwo, wujostwo i dziadkowie przeszli przez wojnę. Nawet jeśli o tym milczeli, ślady wojny ich otaczały jak swąd z pogorzeliska, długo nie do rozwiania. Jedenastoletni, szesnaście lat po wyzwoleniu KL Auschwitz, niemieckiego hitlerowskiego obozu zagłady, w Oświęcimiu zwiedzałem, jeśli można to tak nazwać, muzeum-obóz, potem długo nie mogłem z siebie zrzucić nieistniejącego ciężaru, a pytanie „dlaczego” odsuwałem, pomagając sobie w tej czynności podglądaniem maestrii akwarel Władysława Siwka, więźnia, który przeżył KL Auschwitz. Hitlerowcy w mundurach, w siodłatych czapkach, oficerkach, znęcają się nad niewinnymi ludźmi, poprzebieranymi w więźniarskie pasiaki. Ci ludzie mdleją, stojąc od wielu godzin na apelu. Więźniowie… No tak, ale Władysław Siwek ocalał. Reprodukcje jego akwarel w broszurach z szarymi okładkami sprzedawano w recepcji muzeum-obozu. Już kolorowe, wręcz ekwilibrystycznie malowane ptaki autorstwa Władysława Siwka wisiały, w formie oprawionych reprodukcji, w gabinecie przyrodniczym w naszej słonecznej podstawówce. Ojciec, z którym odbyłem eskapadę, wspomniał, że KL Auschwitz przeżył także największy polski rzeźbiarz Xawery Dunikowski. Jeżeli miało mnie to uspokoić, uspokoiło. Nie na długo.

Willa Marya. Odkryłem ją dla siebie przypadkowo, podszedłem bliżej w ślad sygnałów, jakie dawał mi ten historyzujący masyw widziany z różnych punktów, z różnych miejsc Nowego Sącza, miasta, na którego odległych przedmieściach spędzałem wakacje. Szesnastoletni, w nieliczne dni bez słońca zwiedzałem miasto z rzekami i mostami, kościoły ze względu na zabytkową architekturę i sceny figuralne w ołtarzach, muzeum… Nikt mi nie mówił, co znajdę w neogotyckiej willi Marya. Bo kto pokazuje miejsce ukrycia skarbu? Kilkadziesiąt obrazów olejnych, portretów doskonale scharakteryzowanych pod względem psychologicznym, aktów o nienagannym rysunku kryło się pod dachem willi Marya, a skromna informacja bardziej się kryła, niż ogłaszała: „Galeria obrazów Bolesława Barbackiego”. W latach sześćdziesiątych XX wieku reklamowanie się nie było popularne, zwłaszcza w strefie prywatnej. A z tego prywatnego domu w czasie okupacji niemieckiej hitlerowcy wywlekli współwłaściciela, autora obrazów, świetnego malarza, reżysera teatralnego, pedagoga, estetę krzewiącego kulturę na partykularzu, Bolesława Barbackiego. Rozstrzelali go na polach podsądeckich Biegonic, w grupie mężczyzn ukaranych w ten sposób w odwecie za zbrojny opór działaczy podziemia. Śmierć sprawiedliwego, twórcy, którego oczy patrzyły na mnie z autoportretu żywo i jednocześnie z zadumą, bardziej wydała mi się wtedy zbrodnią niż cały ten wygasły kombinat zagłady KL Auschwitz, z wystawionymi na widok publiczny pozostałościami, których nie da się przerobić na rzeczy użyteczne lub się przerobić nie zdążyło: buty, protezy, aparaty ortopedyczne, włosy. Obrazy Barbackiego, z kopiami robionymi przez artystę w Luwrze i w monachijskich pinakotekach, były dla mnie wówczas wstrząsem nieporównanie gwałtowniej uciskającym na gardło w kontekście tamtego koszmaru. Sprawa Barbackiego, jej podszewka – autor zastrzega, że nie daje gwarancji, czy w całości oryginalna – wróciła do mnie podczas lektury powieści Marka Harnego Sny wojenne (Prószyński i S-ka, Warszawa 2018).

Przez pół wieku trwałem w przekonaniu, że Barbacki znalazł się na liście polskich twórców kultury, sporządzanej parę lat przez wybuchem wojny przez wywiad niemiecki; że niemożliwe było odwołanie wyroku śmierci. Harny, nieco zmieniając nazwisko artysty, umieściwszy go w powieści na dalszym planie, powód jego męczeńskiej śmierci widzi w samowoli, wynikłej z pychy, hitlerowskiego komendanta Nowego Sącza (miasta przemianowanego nie po raz pierwszy, wcześniej w czasie I wojny światowej, na Neu Sandez), SS-obersturmführera Nordmanna, doprowadzonego do wściekłości odmową namalowania jego portretu przez uznawanego artystę. Być może gdyby do niego osobiście zostały skierowane prośby przyjaciół i rodziny malarza, zostałby on wyciągnięty z grupy skazanych na rozstrzelanie. Nikt nie kazał tym pyszałkowatym Polakom interweniować w Monachium – stwierdził obrażony Nordmann i udając, że nie dotarło doń „ułaskawienie” artysty, zgotował mu śmierć. Tak jest w Snach wojennych Harnego.

W swojej pacyfistycznej powieści Harny położył nacisk na degenerację jednostki paradującej z otrzymaną władzą, tym niezasłużonym prezentem, który służy pośrednio demoralizacji, bezpośrednio zbrodni.

Bez względu na to, kto i w jakich zamiarach otrzyma władzę, władza, która w jakiejś dziedzinie wygląda na nieograniczoną, powoduje rozkład moralności. Nie można, rzecz jasna, ani przez chwilę porównywać zła, które wyrządzają okupanci, ze złem, które stało się udziałem dwóch rodzajów ludzi ciemiężonych pod okupacją: jedni to ci, którzy pragną siebie i bliskich utrzymać na powierzchni; inni – stawiający czynny opór najeźdźcy. Jest i trzecia grupa: siedzących jak mysz pod miotłą, a jednak ważących się wystawiać oceny.

Wojna osłabia moralność. Z wojny wychodzi pogruchotana Krystyna, córka przedwojennego sędziego (kogoś, kogo okupacja skazała na bezczynność), która grała na fortepianie w nocnym lokalu dla Niemców, robiąc to nie tyle na rozkaz, ile na zlecenie władz podziemnych (do organizacji jej nie dopuszczono). Narażała się na niesławę, afiszując się z oficerem niemieckim, tymczasem dowódcy grupy partyzantów, Andrzejowi Orliczowi, który zapewniał ją o swej miłości, przekazywała wydobyte odeń wiadomości o przygotowywanych akcjach okupantów i trasie ich prywatnych eskapad. Orlicz jej nie szanował, współżył z nią, nie wtajemniczając w snute i już realizowane plany matrymonialne z „porządną” dziewczyną. Kiedy Krystyna, wykorzystana, urodzi córkę, społeczność potępi ją, uznawszy, że to jest dziecko niemieckiego oficera… Rzeczywisty ojciec dziecka, Orlicz, został wraz z oficjalną narzeczoną zamordowany przez Niemców w czasie śledztwa… to jest początek nowego zła. Intryga z pytaniem i wyjaśnieniem, kto zdradził, to atrakcyjny bonus dla czytelnika książki.

Magdalena, córka Krystyny, studentka prawa UJ, żyje z piętnem, trudno to nazwać, pomówień, podejrzeń, że może być córką Nordmanna. Żyje z pozoru pełnią, jeżeli pełnia to modne knajpy, kac za kacem, brylowanie w towarzystwie aktorów i dziennikarzy. To środowisko ma jej bardzo za złe, gdy wiąże się z prokuratorem Wojnarem, ona zaś początkowo robi to tylko dlatego, że może trafić na ślad prawdy o matce, ojcu, a przede wszystkim o sobie, poprzez prokuratora, który po wyzwoleniu drążył sprawę zbrodni wojennych Nordmanna, a niebawem będzie obecny na jego procesie w Niemczech Zachodnich.

Masa wątków, opiekuńczo się zazębiających ku wygodzie czytelnika i bez śladu sztuczności. Dlaczego człowiek, który przed wojną stawiał pierwsze kroki jako malarz, po koszmarze przeżyć wojennych został prokuratorem? Dlaczego jego przełożony, kapitan Góra, usunął zeznania świadków i konfidentów dotyczące pianistki Krystyny, zanim zwiał spektakularnie na Zachód?

Między tak zwaną literaturą ambitną, w którą wchodząc, czytelnik ryzykuje, bo tam się za bardzo nie lubi świata i ludzi, a literaturą masową, gdzie fantasmagorie rodem z bezdusznie narysowanych komiksów walczą o gorsze z językową chałturą, plasuje się uczciwa beletrystyka, nieudająca niczego innego niż to, czym jest.

A jest z jednej strony czytadłem, które wciąga dzięki świetnie opanowanej technice pisarskiej, z drugiej – nienachalnym moralitetem. Związki przyczynowo-skutkowe, nieustannie okręcane nie wiadomo czyją cienką nitką, i z nich wynikające prywatne decyzje, nie tyle prowadzą do katastrofy – bo trwająca właśnie katastrofa jest częścią opisywanego świata – ile zwiększają straty.

Sny wojenne to powieść stworzona dziś przez pisarza, który debiutował z sukcesem w połowie lat siedemdziesiątych. Od początku był realistą. Wydał do tej pory kilkanaście książek; odporny na mody i gotowe receptury, szukał pisarskiej prawdy i znajdywał sensy. Penetrował wprawdzie stare obszary, ale poważnie zmienione wskutek zmieniających się gwałtownie realiów. Jego proza przeto z obyczajowej ewoluowała ku sensacyjnej, z kryminalnymi wątkami, nie wymyślanymi, bo przecież żyje się tu i teraz, niewiele więc więcej, niż się zdarza, można w tej mierze wymyślić – wystarczy obserwować. A Harny obserwatorem jest bystrym.

Mam sentyment do tej książki ponurej treści. Zdradzę powód. Otóż po kilkunastu stronicach zajmującej lektury miałem wrażenie, że powieść napisana jest dla mnie. Trasy bowiem, którymi autor prowadzi czytelnika, czy to w latach czterdziestych, sześćdziesiątych, wreszcie dziś, były albo i nadal są również moimi trasami. Krakowski „Feniks” w Rynku Głównym z wejściem od Świętego Jana, lokal, gdzie nocą dawali upust frustracji dziennikarze, artyści, adwokaci, prokuratorzy i gdzie dyżurowali szpicle; studenckie Jaszczury na innej linii tegoż Rynku, piwniczna kawiarenka „Lamus” przy Karmelickiej; w Nowym Sączu przed- i powojenny, działający także w czasie okupacji, wtedy tylko dla Niemców i konfidentów, lokal z dansingiem, tamże powojenna „Panorama”, restauracja i kawiarnia nad Dunajcem, nowoczesna w latach sześćdziesiątych, miejsce, z którego roztaczają się malownicze widoki na wzgórza otaczające Dunajec, a które oglądają jako miejsce masowych zbrodni Nordmanna prawnicy i dziennikarze niemieccy i polscy, w powieści (a wcześniej w rzeczywistości) przybyli w trakcie długo trwającego w Bochum procesu Nordmanna, po „zasługach” na tamtejszych terenach awansowanego na szefa gestapo w Krakowie… Jest wreszcie skromne mieszkanie stalinowskiego prokuratora (Wojnar jako chłopiec przypadkowo ocalał jako jedyny z rodziny spalonej z rozkazu Nordmanna, dla ścigania zbrodni rzucił sztukę) przy Dzierżyńskiego, w którym będzie pomieszkiwać Magdalena, a w którym po latach, znów, jak przed wojną przy Lea, dochodzący swych dni prokurator wspomni o ściętych (pod parking) jesionach za oknem. Moje miejsca i mój ścięty jesion, poznaję je, są wręcz dotykalne pod piórem Harnego. Dla opisu szczędzi on wprawdzie atramentu (a może kliknięć wywołujących znaki), ale nie szczędzi inwencji w budowaniu szeroką, zdecydowaną plamą postaci ludzkich w miejskich wnętrzach.

Ostatnia scena – kiedy byłego prokuratora Wojnara, schorowanego i oddalonego od świata w tym samym krakowskim mieszkaniu, w którym widzieliśmy go z Magdaleną w latach sześćdziesiątych XX wieku, odwiedza Kazik Niezgoda, pierwszy mężczyzna Magdaleny, były gniewny poeta, po roku 1989 biznesmen, człowiek, którego otoczenie podejrzewa o chęć własnoręcznego wykonania wyroku na Nordmannie, nie tylko zabójcy jego rodziców, czego był (a może nie był) świadkiem – to oczywiście integralna część powieści, piękny węzeł wydarzeń, mały traktat o potrzebie samotności w cierpieniu, o konieczności przekazania pozostałego bagażu wciąż silnemu następcy, ale ta scena została skonstruowana z wyjątkową finezją i jako jedyna spośród dobrych scen, bogatych w realiach, przekazywanych bez śladów uniesień, wydaje się napisana w natchnieniu. Mogę się nie zgadzać na nienazwanie wprost potworem Nordmanna vulgo Hamanna, przecież bestii ludzkiej, bo Hamann nią był, a realia życia powieściowego Nordmanna nakładają się na dzieje i działalność Hamanna okupacyjną, gdy w Neu Sandez organizował i „nadzorował” Endlösung, mord na kilkunastu tysiącach Polaków i Żydów, gdzie własnoręcznie zabijał Polaków podczas dzikich akcji, poprzez realia lat sześćdziesiątych XX wieku, gdy został „przez przypadek” rozpoznany (ten przypadek to aresztowanie go po tym, jak zastrzelił niemiłego gościa we własnej restauracji prowadzonej pod przybranym nazwiskiem). Mogę – i nie zgodzę się na pobłażliwość autora, który wybacza tak, jakby sam przy tym prosił o wybaczenie, ale, jak pisarz pisarzowi, muszę mu pogratulować tej ostatniej sceny w krakowskim mieszkaniu, gdy po odejściu Niezgody, po wyniesieniu przezeń czegoś bardzo ważnego, dogorywający ofiarodawca sięgnie za szafę, skąd wydobędzie i znów powiesi na ścianie obraz, jedno z własnych malowideł, którego nikomu oprócz niego oglądać nie wolno. To pejzaż z tą samą zawsze kobietą. Z Magdaleną, której nie zabraniał wejść w swoje życie i nie zatrzymywał w chwili wahania. Sztuka i miłość. Reszta na drugim planie – zdaje się mówić autor. Sam dużo przeżył, wie.

Marek Harny: Sny wojenne
Prószyński i S-ka,
Warszawa 2018, s. 520.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.