10/2018

Piotr Oprządek

Prawda

Duszny, lipcowy wieczór. Widok ten sam, co zawsze: przede mną Czyżyny i Kraków, z lewej stara Nowa Huta, z prawej nowa Nowa Huta. Od kilku godzin przechadzałem się wzdłuż balkonu, tam i z powrotem, po każdym kursie plując przez barierkę i licząc, jak długo ślina leci z jedenastego piętra. Jeżeli też ciekawi cię to zagadnienie, możesz uwierzyć mi na słowo, że około czterech sekund. Moje rozmyślania koncentrowały się jednak na innym temacie i chociaż teraz wydają mi się banalne, były paląco wręcz aktualne dla dwudziestolatka, któremu udało się wreszcie skończyć szkołę i który od razu dostał się do kolejnej. Dla odmiany nie z końca małopolskiego rankingu, ale ze szczytu światowego, co było niczym w porównaniu z trzystoma kilometrami, które od października miały dzielić mnie od kolegów i baru Północnego, gdzie dwanaście pierogów ruskich kosztowało wówczas trzy złote i jeden grosz. „Łódź, kurwa!”, tyle wiedziałem o swojej najbliższej przyszłości, a z każdym kolejnym splunięciem wszystko komplikowało się coraz bardziej. Gdy przyłapałem się na rozważaniach nad istotą Boga i prawdy, ohydnie charknąłem, splunąłem po raz ostatni i nie czekając na lądowanie, poszedłem na plac Bieńczycki. Dębowe Mocne 0,66 ml i cała teodycea ograniczyła się do pytania, kto pozwolił na obłożenie grzywną picia alkoholu na ławce. Chociaż tamto pytanie nie zaistniałoby bez pytania, kto pozwolił, żeby na moim ulubionym murku przed sklepem Joker spał dziad, mało że cuchnący, to jeszcze nietutejszy. Nie chciało mi się wracać do siebie, a centrum raczej bym nie podbił, zważając, że na stopach miałem domowe klapki czy raczej pocięte żyletką sandały. Nawet nimi mogłem wykopać tamtego śmierdziela, ale i tak już nie usiadłbym na jego miejscu. Skąd przyszedłem? Kim jestem? Dokąd zmierzam? Na drugą stronę ulicy. Wcisnąłem dwukrotnie przycisk na domofonie jednego z bloków na osiedlu Przy Arce, zwanym potocznie Przyarką. Nazwisko było zamazane markerem, co działało w dwie strony – zamiast pytania „Kto tam?”, od razu rozległo się bzyczenie.

Tani tytoń, alkoholowe wyziewy, kilkudniowy pot i sierść bliżej niesprecyzowanego zwierzęcia tworzyły bukiet, który zostanie ze mną już na zawsze, lekko tylko rozrzedzony przez pamięć. Tamtego dnia nie rozrzedzało go nic, okno zdążyło bowiem zarosnąć zbitym wilgotnym kurzem o konsystencji cementu. Jedyne światło w całym pomieszczeniu pochodziło z monitora komputera w szaro kremowej obudowie, w którym Winamp odtwarzał tę samą playlistę, co zawsze.

O proszę, kogo tu, kurwa, przywiało!

Nie pamiętam już, kto to powiedział ani komu pierwszemu podałem rękę. Odruchowo sięgnąłem pod biurko po taboret, otworzyłem o jego kant piwo i od razu w niego wrosłem, jakbym nigdy stamtąd nie wyszedł.

− Zostawiasz nas, kurwa, i do tej Łodzi, kurwa, zapierdalasz, tak słyszałem?

Papież szturchnął mnie w ramię. Niegdyś umięśnione ciało szpeciły brodawki, a on sam zdawał się rozlewać, zupełnie jak pokrywające go plamy tuszu, z których już tylko niektóre choć trochę przypominały tribale czy gotyckie napisy. Kolejny rok był na wolności, co wyraźnie mu nie służyło. Zazwyczaj po odsiadce wychodził młodszy o długość wyroku, przynajmniej fizycznie.

Żebyś tam nie popłynął, kurwa, jak brygadę poznasz na miejscu, i chuj, miesiąc chlania i po studiach, kurwa, a jaja by były, jakbym, kurwa, włączył telewizor, a tam w napisach w jakiejś komedii pierdolonej z Pazurą jeszcze „Oprządek” pisze na koniec, kurwa − powiedział Papież, a wszyscy zaśmiali się z uznaniem.

[…]

[dalszy ciąg historii do przeczytania w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.