02/2019

Patrycja Chajęcka

Przemyśleć Bursę jeszcze raz

Twórczość Andrzeja Bursy od lat postrzegana jest przez pryzmat legendy, jaka wytworzyła się tuż po przedwczesnej śmierci poety. Za powstanie „straceńczego” wizerunku, który z czasem przekształcił się w recepcyjny stereotyp, odpowiedzialni byli – w głównej mierze – pierwsi recenzenci i komentatorzy jego utworów. Wystarczy wspomnieć w tym miejscu tekst Stefana Bratkowskiego, opatrzony wiele mówiącym tytułem Chłopak, który nie nazywał się Dean, czy szkic Jana Roszko Legenda o Andrzeju Bursie. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że i sam poeta przyczynił się – i to znacząco – do utożsamienia całej jego literackiej spuścizny z odpowiednio spreparowaną biografią. Na ten ostatni problem zwróciła uwagę między innymi Grażyna Pietruszewska. Zdaniem badaczki zarówno dość skomplikowany charakter Bursy, jego buntowniczy, nierzadko prowokacyjny sposób bycia, jak i wynikające z owej pozy odrzucanie wszelkich autorytetów skłaniały wręcz do odczytań mitotwórczych. Projektowały określony styl odbioru poezji zmarłego przedwcześnie autora. Przysłaniały zarazem inne, nierzadko ważniejsze, aspekty jego poetyckiej (i nie tylko poetyckiej) spuścizny.

Sugestywna autokreacja, choć przysporzyła Bursie popularności, ugruntowała także wiele fałszywych przekonań na temat jego życia i dzieła (oraz ich wzajemnego związku). Wystarczy wspomnieć powielaną po wielokroć pogłoskę o samobójczej śmierci poety, utrzymującą się pomimo licznych sprostowań i zaprzeczeń rodziny, a nawet publikacji lekarskiego zaświadczenia na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Autokreacja ta, co ważniejsze, wpłynęła również na sposób czytania twórczości autora Luizy. Jej wybiórczego i często powierzchownego traktowania, zogniskowania uwagi wokół tych tekstów poetyckich, w których – jak zauważa Ewa Dunaj-Kozakow, monografistka Bursy – posługuje się on „obscenicznym słownictwem i drastycznie naturalistycznym obrazowaniem”. Za sprawą owej legendy wreszcie przylgnęły do artysty określenia takie, jak „poeta przeklęty”, „kamikadze”, „kaskader” czy wspomniany już „polski James Dean”, do dziś chętnie reprodukowane w popularnych syntezach historycznoliterackich i szkolnych opracowaniach. Zwroty te, pełniące funkcję krytycznoliterackich markerów, terminów-wytrychów, stały się zarazem, na co zwróciło uwagę wielu późniejszych interpretatorów, źródłem licznych, nierzadko rażących, uproszczeń i ewidentnych przekłamań. Opisywana za pomocą kategorii takich, jak bunt, niezgoda, ale też groteska czy nadrealizm, twórczość Bursy okazywała się bowiem zaskakująco podatna na odczytania ahistoryczne, eksponujące towarzyszącą jej aurę skandalu kosztem społecznych i politycznych okoliczności, z których wyrastały poszczególne utwory.

Przez lata widziano więc w Bursie tyleż skrajnego indywidualistę, poetyckiego prekursora Rafała Wojaczka czy Nowej Fali (tak też sytuowany jest zwykle w podręcznikowych omówieniach), co poetycki głos pokolenia „Współczesności”. Eksponowano, z jednej strony, utrwalony w wierszach anarchiczny stosunek do peerelowskiej rzeczywistości i obowiązujących norm obyczajowych, z drugiej – skupiano uwagę na formalno-językowych wyróżnikach tej poezji, jej manifestacyjnej rzekomo potoczności i wulgarności. Powodowało to pewną petryfikację języka krytyki, ale i nagromadzenie anachronizmów (interpretowanie liryki Bursy jako poetyckiego wyrazu polskiego Października). Dodać należy, że w momencie, gdy legenda autora zyskiwała na popularności, jego twórczość – paradoksalnie – wciąż była jeszcze stosunkowo mało znana i dostępna jedynie we fragmentach, co zapewne również wpłynęło na towarzyszącą jej aurę tajemniczości i niedopowiedzenia.

Pewnym przełomem w recepcji autora Luizy okazała się konferencja, zorganizowana w 2000 roku w Krakowie, a właściwie wydana cztery lata później monografia Czytanie Bursy, zbierająca wygłoszone wówczas referaty. Współredaktora książki, Anna Czabanowska-Wróbel, w szkicu otwierającym tom postulowała m.in. „odejście od «naiwnego» sposobu czytania legendy pomieszanej z poetycką autoprezentacją”. Wyrazem tego były szkice m.in. Macieja Michalskiego, Bogumiły Kaniewskiej czy Katarzyny Kuczyńskiej-Koschany, które dzięki pogłębionej (czasem bardzo szczegółowej) analizie poszczególnych wierszy uwypukliły te aspekty twórczości Bursy, które do tej pory pozostawały zakryte lub niknęły w cieniu dominujących odczytań. Nie oznacza to oczywiście, jak zauważa Bonowicz, całkowitego odrzucenia dotychczasowego paradygmatu czytania poety, np. zakwestionowania przydatności klucza biograficznego czy pokoleniowego, trudno nie dostrzec jednak pewnego przesunięcia akcentów. Również w obrębie owego klucza. „[…] życie Andrzeja Bursy – zauważa bowiem Bonowicz – obejmuje tak wiele doświadczeń, które odcisnęły się na jego twórczości, że nie sposób ich zignorować. Na przykład fakt, że wielu bliskich poety przeszło przez obozy koncentracyjne, a rodzina jego żony przez kilkuletnie zesłanie w głąb Związku Sowieckiego”.

Wracając do samego Bursy: poeta zadebiutował w roku 1954 na łamach krakowskiego „Życia Literackiego” wierszem Głos w dyskusji o młodzieży. Niemal w tym samym czasie w antologii Wiersze górnicze ukazało się jego tłumaczenie utworu bułgarskiej poetki Błagi Dimitrowej Spotkanie. Wydarzenia te zbiegły się w czasie z początkiem pracy w redakcji „Dziennika Polskiego”. Do swojej śmierci, spowodowanej wrodzoną wadą aorty, jak sumiennie wylicza Ewa Dunaj-Kozakow, Bursa opublikował pięćdziesiąt dziewięć artykułów, trzydzieści siedem wierszy, wziął udział w przygotowaniu kilku numerów „Od A do Z”, wszedł w skład grupy autorów prezentowanych w „Almanachu młodych”, opublikował w „Przekroju” jeden ze swoich mikrodramatów oraz współuczestniczył w wystawieniu własnych utworów dramatycznych w teatrze „Cricot 2” i w „Piwnicy pod Baranami”. Mimo to nie cieszył się uznaniem krytyki. Recenzenci, co poniekąd zrozumiałe (zważywszy np. skromny objętościowo dorobek autora), nie poświęcili jego twórczości zbyt wiele uwagi. Poeta nie mógł się nawet pochwalić samodzielnym tomikiem wierszy. Wydawnictwo Literackie odrzuciło bowiem złożony przez Bursę w roku 1957 zbiór Kat bez maski, sugerując artyście, że jest dopiero „na początku ciekawej drogi”. Polecono więc autorowi, by popracował nad swoją stylistyką, nieco ją ujarzmił i zdyscyplinował.

Pierwszy zbiór zawierający wyłącznie utwory Bursy, niezbyt obszerny zresztą, pojawił się dopiero rok po śmierci pisarza i nosił tytuł Wiersze. Za jego opracowanie odpowiadał Jan Zych, a nakład nie przekraczał tysiąca egzemplarzy. Dziesięć lat później, tj. w roku 1969, ukazała się kolejna edycja pism poety. Tym razem nieco obszerniejsza, mająca ambicje ocalenia jak największej części dorobku przedwcześnie zmarłego autora czy raczej tych jego fragmentów, które zdaniem Stanisława Stanucha, redaktora tomu, zasługiwały na baczniejszą uwagę czytelników. Niewątpliwą zasługą Utworów wierszem i prozą było przesunięcie akcentu z utworów poetyckich Bursy na jego mikropowieści (Zabicie ciotki), dramaty oraz teksty publicystyczne. Utwory te, niemal nieobecne w świadomości odbiorców, wzbogacały (a zarazem komplikowały) utrwalony wizerunek pisarza. Zbiór doczekał się jeszcze dwóch wydań. Ostatnie ukazało się w roku 1982 i było wyrazem „niepokoju, jaki budzą pewne zjawiska towarzyszące utrwalaniu się pozycji Andrzeja Bursy we współczesnej historii literatury polskiej”. Zdaniem Stanucha, ponownie odpowiedzialnego za kształt zbioru, „przede wszystkim niepokoić musi wciąż utrzymująca się żywiołowość i bezrefleksyjność tej popularności”.

Najnowsza edycja utworów Andrzeja Bursy – autorem opracowania jest ceniony poeta Wojciech Bonowicz – czerpie wiele ze swojej poprzedniczki. Zachowuje między innymi zaproponowany w obrębie poszczególnych działów podział na „Wiersze”, „Próby dramatyczne” i „Prozę”. Rezygnuje natomiast z obecnej w edycji Stanucha publicystyki (na tę ostatnią składały się głównie artykuły publikowane przez Bursę w „Dzienniku Polskim”), kierując się przekonaniem, że teksty te miały jedynie charakter użytkowy, tzn. poeta traktował je wyłącznie jako źródło finansowe pozwalające mu utrzymać rodzinę. Bonowicz w Nocie wydawniczej podaje szczegółowe zmiany, jakie zostały poczynione w stosunku do wydania z 1982 roku, dlatego streszczanie ich tutaj wydaje się jałowe. Dość powiedzieć, że w przygotowanym przez niego tomie aż dziewięć utworów Bursy ukazuje się po raz pierwszy, trzynaście nie było zaś dotychczas publikowanych w wydaniach zbiorowych. Dlaczego więc Dzieła (prawie) wszystkie? Otóż, jak informuje czytelnika Bonowicz, choć prezentowana edycja faktycznie zawiera niemal wszystko, co z twórczości literackiej Bursy warto zaprezentować odbiorcom, w pozostałych po poecie rękopisach i maszynopisach znaleźć można jednak jeszcze wiele tekstów, przy czym niektórych z nich wciąż nie udało się odczytać. Wśród tych, które da się rozszyfrować, przeważają jednak „utwory młodzieńcze o niewielkiej wartości literackiej, nieudane próby powieściowe oraz przekłady pojedynczych utworów autorów obcych, które trudno uznać za satysfakcjonujące”.

Edycja ta – jak podkreśla w posłowiu Bonowicz – ma być zachętą do kolejnych interpretacji i syntez, wzbogacających recepcję Bursy o nowe konteksty. Czy stanie się również okazją do weryfikacji obiegowych przekonań na temat życia i twórczości autora Zabicia ciotki? Wydaje się, że niezależnie od dociekań współczesnych komentatorów, wizerunek poety straceńca na trwałe wpisał się w popularną wyobraźnię i, choćby z tego względu, wiedzie życie niezależne od starań badaczy.

Andrzej Bursa: Dzieła (prawie) wszystkie.
Oprac. Wojciech Bonowicz.
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2018, s. 400.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.