03/2019

Ernesto Sábato

Robocze listy
do Rajmunda Kalickiego

W pewnym wieku zapamiętuje się wszystko, prawie wszystko. Może dlatego pamiętam tamto skrzypienie furtki i rozmowę na podwórku, u stryja w Don Torcuato, i prośbę starszej pani, i obietnicę ojca. Potem, gdy już byliśmy na statku w porcie Buenos Aires, wszystko powoli się dopełniało. Ojciec zajął się litewskim poetą Józefem Keksztasem (Juozas Kėkštas-Adoma­vićius), wracającym do Polski, obolałym po wylewie, zrezygnowanym. Przypadli sobie do gustu, rozmawiali wiele o Wilnie ich młodości, przyglądali się popisom i monologom upiornej Czajki-Stachowicz, witkacowskiej Heli Bertz, która mesę zamieniała w przedwojenną kawiarnię, i mówili więcej do siebie niż do innych − a ja słuchałem. Miałem czternaście lat.

Keksztas pracował w Buenos Aires w szlifierni kryształów, radził sobie byle jak. Pani, która prosiła ojca o pomoc, przyleciała aż z Kalifornii i miała rekomendację Miłosza. Już w Warszawie do akcji włączyli się inni wilniucy, minister Sztachelski, Putrament. Keksztas osiadł w Domu Weterana w Warszawie przy Nowoursynowskiej; nie wiedział jeszcze, że przyjdzie mu tu spędzić resztę życia. Chandrę topił niezdrowo. Świąteczne życzenia, jakie słał ojcu, były rzeczowe, krótkie, „z bratnim pozdrowieniem…”. Trochę tłumaczył na litewski naszych poetów, w tomiku Lyrikas, wydanym w Wilnie w 1964 roku, znajduję wiersze Česlavasa Milošasa (Kaviné, Žemé i Debesys). Na polski przełożył debiutancki Tunel Ernesta Sábato, którego znał z Buenos Aires. Argentyńczyk odwiedził go w 1962 roku i był przejęty; wiem, że szczerze.

Widziałem się jeszcze z Keksztasem po latach, gdy siedział na inwalidzkim wózku, a ja po drugim, dłuższym pobycie w Argentynie opowiadałem mu coś po hiszpańsku. Ojciec słuchał w milczeniu, a potem znowu rozmawiali ze sobą o własnych sprawach, o których niewiele wiedziałem. Prawdopodobnie jesteśmy tylko bezwiednymi łącznikami spajającymi w całość nieznane myśli i rzeczy.

„Przyjechał tu Ernesto Sábato, pisarz argentyński, z listem polecającym od Gombrowicza. Pod pretekstem choroby wymówiłem się od wszelkich spotkań − ale widziałem go przez chwilę w Bristolu. Czarujący i miły dla mnie, nie tak jak to murło [brzydal] Dürrenmatt. Rozmawiałem z nim przez chwilę z wielką przyjemnością, a potem sobie pomyślałem: ilu ich jest! Boże drogi, ilu ich jest, tych pisarzy, i każdy taki ważny… dla siebie. Jednocześnie odczułem to małe − i coraz mniejsze − znaczenie literatury dla współczesnego społeczeństwa. Te legiony pyszałków (nawet tak zdolnych jak Gombrowicz) mają wagę piórka na szalach dzisiejszego świata. I to właśnie jest takie tragicznie smutne. Oczywiście nie byłoby smutno, gdyby pisarze zdali sobie sprawę ze swojej właściwej wagi. Ale o tym marzyć trudno” (zapis z 3 listopada 1962 roku w Iwaszkiewiczowskim Dzienniku). Stary Iwaszkiewicz sam bił się z myślami, nieraz miewał za nic to, co pisze. Czasami lubił, czasami nie lubił i wtedy machał ręką.

W latach szczeniackich, gdy na wpół ślepy łaziłem po Buenos Aires, wiedziałem już, że Sábato to un bocho, łebski gość. Tak mówili koledzy i nie miałem powodu, by im nie wierzyć. Pisarz był z wykształcenia fizykiem-atomistą, miał doktorat, a niewielka rzecz, jaką wydał w 1945 roku − Uno i el universo (Jednostka i wszechświat) − działa się właśnie na tym dziwnym pograniczu świata codziennego i rozłożonego na części przez fizyków. Sábato niezbyt sobie cenił tę książeczkę, nie zgodził się na włączenie jej do antologii. Obszedłem ten zakaz łagodnie i tylko częściowo wiele lat potem, drukując fragmenty w szkicu z Norwich.

Z młodzieńczą minipowieścią Tunel autor miał same kłopoty; Victoria Ocampo kręciła nosem, a wydawcy nie chcieli, ukazała się po długich staraniach w 1948 roku. Międzynarodową sławę (a więc i rozgłos w Argentynie) przyniosła Sábato druga powieść O bohaterach i grobach (1961), choć krytycy chętnie wypominają jej ton wysoki i wzniosłe polatywanie, podobnie zresztą jak późniejszemu Abaddonowi, aniołowi zagłady (1974). Zapominają, że obie pisał un bocho od spraw zasadniczych, najistotniejszych, który na pewnym etapie życia, po błyskotliwej karierze − praca u Ireny Curie w Paryżu, a potem w MIT w USA − zerwał z bezduszną nauką, by stać się wolnym ptakiem. W Argentynie czytano go raczej doraźnie i małostkowo. Nie pomagały w tym polityczne wybory pisarza.

Sábato od zawsze działał publicznie, zwykle przeciw czemuś lub komuś, zwykle postępowo, nawet gdy wiara w postęp mocno podupadła. Konserwatyści zarzucali mu komunizowanie, komuniści anarchizm, a on trwał przy swoich ideałach. Miał je, ufał im, wierzył trochę postulatywnie, ale bez czołobitności, żadnych palinodii, żadnego odżegnywania się i kajania − i to naznaczało jego teksty. Ułatwiało też kontakty z nim. Odpowiadał na listy. Krótko, zwięźle, na karteluszkach oszczędnych, przypominających niekiedy wizytówki. Ale odzywał się, radził. Kiedy składałem jego antologię eseistyczną, pisał, żeby zachęcić, żebym nie ustawał. Dzięki tej antologii trafiłem po latach do Norwich, na miejscowy uniwersytet. Przez miesiąc nic nie robiłem, ale miałem słuszny pretekst: tłumaczyłem znanego pisarza.

Wśród buenosaireńskich literatów Juan Carlos Gómez znany jest z tego, że do końca dopowiada to, co myśli, jest buńczuczny, a bywa też zapalczywy − trzeba go wtedy lekko klepnąć w ramię, żeby się opamiętał. Wydanym w Buenos Aires listom Gombrowicza do Gómeza − Cartas a un amigo argentino, Emecé 1999 − towarzyszy tylko jeden list Gómeza do Polaka. − Wiesz, wygaduję tam potworności o Sábato − wyjaśniał mi Gómez. (W „Twórczości”, czerwiec 2004, wydrukowaliśmy komplet listów J.C. Gómeza. Sábato nie czyta po polsku.)

Dość wcześnie zdałem sobie sprawę, że fabuła mnie nudzi. Wszedł − wyszedł, rzekł − odrzekła, a wszystko to, prawie wszystko, w morzu niepotrzebnych słów. Najpełniejsze dzianie się przemyka, toczy się w myślach: wybrałem to, co bywa zapisem takiego myślenia. Esej. Zaproponowałem Ernestowi Sábato małą antologię jego szkiców. Chętnie przystał, choć przy wyborze tekstów lekko marudził, miewał zdanie odrębne. W końcu doszliśmy do porozumienia − y a laburar… Poprosiłem później pisarza o krótki wstęp do tego zbiorku, napisał cztery zdania; dwa z nich przywoływały dawne czasy: Gombrowicz, czyli to, co minęło.

Cierpliwy tłumacz zauważa więcej, czyta w głąb i dla siebie. W miarę tłumaczenia to, co dostrzegałem, zaczęło wydawać mi się może trafne na poziomie egzystencjalnym, ale już nie zawsze refleksji filozoficznej. Czegoś tu brakowało i to zauważyli też polscy recenzenci Pisarza i jego zmór. Pisali, że to książka ciekawa, a byłaby jeszcze bardziej, gdyby autorowi zechciało się przysiąść fałdów i unikając pierwszych skojarzeń, poszukać tych drugich i trzecich. Z listów wnioskuję, że on sam miał tego świadomość. − Mógłby trochę pogłębić − westchnął Lech Budrecki po przeczytaniu szkicu Żydzi i antysemici. Przytaknąłem.

„Lektura Pisarza i jego zmór jest bardzo pożyteczna, choć nie jest to dzieło wybitne”, raportował Gómez w liście do Gombrowicza już w maju 1964 roku.

Ale z innej strony: Sábato był wierny własnym zmorom − i to w nim lubiłem, może nawet ceniłem. Ludzie odbierali go (to takie ludzkie) powierzchownie. Gómeza drażniło, na przykład, że pisarz nosi marynarkę na podkoszulku, że obywa się bez koszuli, co w mieszczańskiej Argentynie sprzed półwiecza uchodziło za artystowską fanaberię; gorzej, za nieliczenie się z otoczeniem.

Więc jak?

Sábato, chyba tak, za łatwo głosił sądy słuszne i sprawiedliwe. Jakby za mało było w nim szaleństwa, trochę wbrew temu, co widział Gómez. W pewnych sytuacjach autorzy i ich książki stają się zresztą zbędni. Dla Keksztasa Sábato był wspomnieniem z Argentyny, a Tunel rozrachunkiem ze sobą, z własną sytuacją. Dla mnie wspomnieniem i Keksztasa, i ojca, i Buenos Aires − pierwszym punktem w tym argentyńskim zapętleniu. A jeszcze później z niejasności wyłonił się don Witoldo ze swoimi młodymi przyjaciółmi. Po latach został tylko pracowity Gómez, „wierny Goma”, el fiel Goma. To on przypominał teraz o wszystkim w tym kołowrocie pojawiania się i znikania.

W korespondencji Gómeza i Gombrowicza sporo mówi się o Sábato, raz lepiej, raz gorzej, często do śmiechu. Goma był uczynny, Gombrowicz obawiał się, że również nadgorliwy, a to już mogło stać się groźne. Wychwalał więc w listach z Vence „wspaniały dar narracji u Arnesta” (tak zniekształcał imię Argentyńczyka). Gómez chwytał wszystko w lot, wiedział, że Polakowi zależy na tej relacji, że łączą ich jakieś wspólne oczekiwania, że jeden może wiele zdziałać na rzecz drugiego, więc lepiej taktownie, nie za ostro, i dlatego dobrze rozumiał, co znaczą w liście Gombra słowa: „Proszę nie komplikować spraw z Arnestem […] Zobaczy pan, Goma, że posieje pan w końcu nieufność i podejrzliwość między nami. Ludzie powtarzają wszystko, nie bądź pan osłem”. Goma wiedział swoje, nie był gapą, i tak po cichu, powolutku, to tu, to tam rodziły się co smaczniejsze sytuacje, wypowiedzi, myśli. Bawił się. Sábato też nie był od macochy; każdy miał udział w tej grze i każdy ją po swojemu smakował. Nic z bezinteresowności, nic po szczeniacku. Tak grają tylko zawodowcy, doświadczeni fachmani. Gómez nie musiał się już uczyć fachu, coraz częściej był od nich lepszy. „Postaramy się mocniej docisnąć węzeł wzajemnego podziwu, żeby się nigdy nie rozwiązał, albo też obaj się zadusicie… cha… cha… cha…”, podkpiwał w liście do W.G. w maju 1964 roku.

W innym liście, trochę wcześniejszym, z 22 kwietnia 1964 roku, relacjonuje odwiedziny w Santos Lugares, w domu Sábata, i dość dokładnie zapisuje rozmowę z gospodarzem. Osacza go pytaniami, a to zaskakuje, a to wbija w zakłopotanie, wywołuje niepokój, aż w tej plątaninie słów objawia się Sábato zagubiony, nieporadny, powiedziałbym, ludzki, bardzo ludzki. „Odsłonięty, bezbronny, smagany przez ogień, rozpada się na kawałki. Morze pochłania i zawłaszcza jego szczątki. […] Sábato jest zaskoczony, zaatakowany i pogrążony w dwie godziny przez kieszonkowy krążownik”. To list literacko doskonały; dobrze pokazuje, kto tu rej wodzi.

Gombrowicz lubił takie sytuacje, sam często je prowokował; wiele na własnej skórze doświadczył Karol Świeczewski, który na poważnie brał dylematy z Gombrowiczowskich powieści. Gombro działał metodą prastarą, najpierw osaczał pytaniami, a potem powalał obojętnością „i robił minę niewiniątka”, mówiła mi po latach Maria Świeczewska. Dla pana Świeczewskiego ta zabawa źle się skończyła.

Gombrowicz − najstarszy z nich, Sábato − o siedem lat młodszy, i Gómez − młodszy o lat parędziesiąt, pełen wigoru i gotowości do draki. Krytycy nazywają to życiem literackim.

Gdy po latach Sábato odwiedzi w Vence schorowanego Gombrowicza, już nie bawią się słowami, nie żartują i nie dokuczają sobie; wiedzą, że z nowym przeciwnikiem żartów nie ma. I rzecz osobliwa: bogowie (i generałowie) zapominają o jednym z nich. Ten wróg diabłów odwiecznych starzał się nie kłopotany przez nich, tak to wyglądało od zewnątrz. Ale zmarła mu żona, zmarł syn, a on sam snuł się teraz po domu jak zjawa. Nie pisał, bywało, że sięgał po pędzel i malował, choć niewiele już widział. Nie ciekawił młodych, zajętych sobą. W ich wrzasku nikło to, co istotniejsze, ginęły rzeczy i ludzie. Koło Iksjona zawsze było głośne, jękliwe, nawet, gdy wydawało się urojone.

Stary Gómez odwiedził starutkiego Sábato, rozmawiali o swoich sprawach, a przy okazji oberwało się i mnie. Sábato nie pamiętał już, że kiedyś korespondowaliśmy, co Goma opisał, jak to miał w zwyczaju, z właściwym sobie poczuciem humoru. Anegdota ta w niczym nikomu nie ujmuje, a już na pewno mojej sympatii do pisarza.

Niedobrze, gdy ktoś się powtarza, lepiej tego nie robić, tak słyszę. A w głowie tłucze się myśl Gómeza „kiedy mówią, że czegoś nie powinienem robić, na pewno to zrobię”.

Powtarzam się.

Blisko dziewięćdziesięcioletni Sábato spisał wspomnienia, a ich tytuł mówi wszystko: Antes del fin, czyli Przed końcem. Dziwna to książka, raczej duchowy testament niż pamiętnik. Otrzymałem ją od autora z prywatną dedykacją, długą jak na niego i dość szczególną. Obok zachęty, bym rzecz przełożył, pisze w niej, że Rajmund „znaczy po hiszpańsku (sądzę) kosmaty pająk”. Godzę się na podobne skojarzenia i tak je sobie wyjaśniam – ‘j’ czyta się po hiszpańsku jak ‘ch’, co w szybkiej, argentyńskiej wymowie upodabnia to imię do greckiego arachne. Dzięki temu we wspomnieniach pisarza łatwo odnajduję też parę zdań o sobie. Sábato: „Na moim biurku widzę pajączka, który znojnie posuwa się w poprzek, także ku swemu przeznaczeniu. Ale jakiemu? Jest mały, więc czeka go chyba małe przeznaczenie, na jego miarę”. A potem jest wzruszenie, że taki mały, a taki dzielny, zsuwa się po pajęczynie i znika, ma własne sprawy i nic nikomu do tego. Dobrze, że jestem w otoczeniu rzeczy bliskich, krzesła, biurka i stojących na nim fotografii. Już Marek Aureliusz wiedział, że pająk sprzyja harmonii świata. Jak pszczoła i mrówka.

Dedykację Ernesta Sábato zamykają słowa „Aha, zapomniałbym: tę książkę napisał niejaki Giovanni Galerudo, takie jest jego prawdziwe nazwisko”. Czy tak nazywa się dziennikarz, który całość uporządkował, czy raczej jest to jeszcze jeden jęk symboliczny: Jan Galernik? Pytanie o to wysłałem już do Gómeza. Czekam na odpowiedź.

Kiedy zmarł Sábato, wszyscy pisali: jeszcze kilka tygodni, a dożyłby stu lat (1911−2011). Gómez pożegnał pisarza tekstem Gombrowicz: adios Arnesto; przypomina w nim, jak to Gombro czytał O bohaterach i grobach, co w książce popodkreślał, co mówił, z czym się zgadzał, a z czym nie (rzecz drukowaliśmy w „Twórczości” w numerze lipcowym z 1999 roku). Sábato to pisarz abstrakcyjny, orzeka Gómez i natychmiast odwołuje się do tekstów Gombra. No tak, najbardziej abstrakcyjny jest jego Kosmos. I tak pożegnanie Don Ernesta zamienia się w długi opis Gombrowiczowskiego wszechświata.

Nasz świat, nawet oglądany z wysoka, nie chce być ani trochę holistyczny, nie umie się ładnie scalić. Składa się z drobnych niespełnień, z wielu zawiedzionych oczekiwań, z paru przyjaźni, z kilku spotkań. Z mnóstwa złudzeń. Łatwo się rozsypuje. Znika.

Otwock, jesień 2018

Rajmund Kalicki


1.

[List wystukany na maszynie, raczej niestarannie, z literówkami.
Podpis odręczny. Podobnie pozostałe listy.]
Santos Lugares, 13 kwietnia 1977

Szanowny panie Kalicki,
dziękuję za list z 2-go i propozycję zrobienia zbioru [moich szkiców]1. Chciałbym jednak wiedzieć najpierw, czy musi to być antologia (są zawsze trochę chłodne), czy też, o ile to możliwe, wydać raczej ostatnie szkice, te najaktualniejsze. Bo ja w tym przypadku skłaniałbym się do przekładu Pisarza i jego zmór w edycji ostatecznej, wydanej w B. Aires mniej więcej przed rokiem, gdzie znajdują się prace o sensie obecnej powieści, o obiektywizmie, strukturalizmie, egzystencjalizmie itp. Jest to książka może najmniej niedoskonała z tych, jakie napisałem, i najcieplejsza jeśli chodzi o esej. Osobiście wolałbym zrobić ten zbiór, dodając dwa lub więcej eseje:

1. Szkic o Borgesie, który pan zna.

2. Bądźmy sobą (Seamos nosotros mismos).

3. Czy istnieje literatura latynoamerykańska? (Existe una literatura latino-americana?).

4. Szkic o Sartrze.

W zamian usunięto by z książki rozdziały lub szkice zaznaczone na marginesie krzyżykiem. Wysyłam panu tę książkę oddzielną pocztą, a także luźne szkice, o których wspominam. Te o Borgesie i o Sartrze trzeba wziąć z książeczki zatytułowanej Trzy zbliżenia do literatury naszych czasów (Tres aproximaciones a la literatura de nuestro tiempo). A tak na marginesie − tę książkę też można wziąć pod uwagę.

W końcu, oczekuję na więcej szczegółów. W przypadku tłumaczenia Pisarza… z tymi szkicami, należałoby usunąć w książce niektóre fragmenty będące też częścią szkiców dołączonych.

Żeby wesprzeć ukazanie się książki lub też starania o to w wydawnictwie, proszę przekazać wydawcy informację o nagrodzie w Paryżu.

[Do listu Sábato dołączył wycinek z wiadomością, że Abaddon…, wydany przez Seuil, uznano we Francji za najlepszą książkę roku 1976.]

Ślę panu moje najserdeczniejsze życzenia oraz podziękowanie.

Proszę napisać, czy otrzymał pan materiały, które jednocześnie wysyłam.

E. Sábato


[…]

[więcej listów można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.