03/2021

Agnieszka Kumor

Rozmyślania śpiewaka solisty w czasie pandemii

Sądzę, że zbliżam się do doskonałości.

Podobno nie wypada tak mówić… Zacznijmy jeszcze raz. Kocham muzykę. Nie ukrywam, że z wzajemnością. Lecz nie zawsze tak było, o nie! O mały włos jej nie straciłem, bo kiedy przyszło co do czego, byłem niecierpliwy i niezdarny. Mój głos nie oddawał tego, co słyszało ucho, byłem zdesperowany. „Muzyka mnie nie znosi, jęczałem w duchu. Nigdy nie będzie moja!” Szło mi coraz gorzej, chciałem rzucić to wszystko, aż pewnego dnia los się do mnie uśmiechnął. Moje życie uległo gruntownej przemianie. A może to ja się zmieniłem? Pewien człowiek, tak, to był człowiek, uzmysłowił mi, że dar muzykalności można w sobie wykształcić. Także małe dziecko, wiedzione ciekawością, tak właśnie uczy się chodzenia: najpierw jeden krok, potem drugi i następne. Odkrycie tej prawdy odmieniło moją egzystencję i sprawiło, że jestem dziś tym, kim zawsze pragnąłem być. Artystą. Również to miasto, moje miasto, sprawiło (poniekąd), że zostałem solistą. Gdyby nie ono, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Przede mną krawędź dachu, przełykam ślinę. To nie strach, bynajmniej, ślina nawadnia struny. Powoli kiełkuje we mnie myśl. Z ziarna przeczucia wyrasta pewność: nie muszę wysilać głosu. Od kilku dni (kilku tygodni, kilku miesięcy może?) miasto nie jest już takie jak dawniej. Panujący w nim nieustanny szum z ruchem ulicznym i gwarem ludzkim wwiercający się w najskrytsze zakamarki mózgu, cały ten zgiełk znikł jak za dotknięciem różdżki, rozwiał się jak dym.

Została tylko cisza.

Zdaję sobie sprawę, że ów niecodzienny stan zawieszenia, w którym się znaleźliśmy, może się dla miasta źle skończyć… Znów przełykam ślinę. Każdy artysta na moment przed wejściem na scenę przeżywa to, co ja w tej chwili; nogi mi drżą i zżera mnie trema. Pokrzepiony jednak myślą, że wystarczy śpiewać piano, zaczynam mój występ…

Całkiem nieźle, nieprawdaż? Lubię przyrównywać się do wielkich mistrzów. Nie robię tego bynajmniej z zazdrości, lecz powodowany chęcią pójścia w ich ślady. Proszę, mówi wam to coś: tattataaam, ta ta ta ta ta taaam…? No, właśnie! I pomyśleć, że nasze spotkanie było dziełem przypadku. Nie, to nieprawda: jego muzyka przyszła do mnie…


Pewnego dnia, ściślej mówiąc pewnego popołudnia, siedząc na balkonie, usłyszałem coś, co przypominało kaskadę nut. Spadły na mnie niczym błyskawica, jak gdyby prąd poraził moje niepozorne ciało. Tak, bo trzeba wam wiedzieć, że ja… jestem raczej drobny, można powiedzieć filigranowy… Mniejsza z tym. Nie otrząsnąłem się jeszcze z wrażenia, próbując dociec, co takiego właściwie mi się przytrafiło, kiedy usłyszałem głos dochodzący z mieszkania na szóstym piętrze. Mężczyzna zwracał się do towarzyszącego mu chłopca: „Posłuchaj, Denis”, rzekł. Rozpoznałem ów ciepły i zaskakująco młody, jak na starca, głos. Słyszałem go już wcześniej przy różnych okazjach. „Co powiesz o tym pierwszym motywie? Zwinny jak kos, prawda? A po nim ten drugi, potężny i ciężki, można powiedzieć niedźwiedź wsparty na tylnych łapach. Posłuchaj, jak się gonią, jak przekomarzają”. „Wiem, wiem”, wykrzyknął malec. Lekko skośne oczy dziecka rozbłysły niecierpliwością. „To Bach”. „Wielki mistrz”, mężczyzna skinął głową, notując w myślach dobrą odpowiedź. „My wszyscy z niego”. Starzec i dziecko umilkli, zasłuchani w muzykę płynącą z czarnej skrzynki gdzieś z głębi pokoju. Był to stary adapter, jak sądzę. Zaintrygowany tłumaczeniami mężczyzny, nastawiłem ucha. I to właśnie wtedy poczułem, jak zstępuje na mnie jakaś niebotyczna siła. Porywa moje małe serce i ciągnie za sobą w górę, tam, gdzie jedynie satelity sięgają, bo ja wiem, wyżej jeszcze, tam, gdzie sam bałbym się polecieć ze strachu, że nie wrócę…! Od tamtej pory staram się nie opuścić żadnego z wykładów starca.


Każdego popołudnia, oparty o balustradę mojego balkonu, notuję w pamięci wszystkie zasłyszane dźwięki. I nie tylko „Bacha” tak słucham. Choć, przyznaję, starzec wyraźnie go preferuje. Nie, innych również… Ileż ja łez uroniłem nad losem pewnego młodego wiedeńczyka…! Nie wiedziałem, że taki wrażliwiec ze mnie. Spłakałem się jak bóbr! Cóż, głupi żyjesz i głupi umierasz. A jak ktoś krótko żyje, to musi się uczyć w dwójnasób. Co do mnie, to z pewnością długo nie pożyję, taki widać mój los… Choć z innej strony, dziwnie się czasem sprawy układają… Starzec wymieniał nazwiska kompozytorów. Było ich całe mnóstwo, wszystkich nie zdołałem spamiętać, przyjdzie na to czas.


Na razie widzę, że od kilku dni (kilku tygodni czy już nawet miesięcy?) chłopiec zniknął. Wyjechał? Zachorował? Może…? Ależ skąd! Kategorycznie odrzucam tę ostatnią możliwość. Nie żyje… Bzdura, takie rzeczy się nie zdarzają, to nie leży w porządku natury. Już szybciej martwiłbym się o starego…

W porządku natury…? A czymże jest ów wyświechtany frazes, którym ludzie próbują wybielić swoje sumienie? Natura ich nie obchodzi, mają ją gdzieś. Gorzej – pogardzają nią, kiedy jak bezwolne zwierzę zgina kark… Ale zostawmy to!

Jeśli o mnie chodzi, to ja jestem. Tutaj. Na krawędzi dachu, sam na sam z moim miastem, które milczy i czeka. Proszę, oto mój prezent dla ciebie, ukochane miasto…

…struny głosowe napięte, pierś do przodu, wydaje mi się czy urosłem? Prolog przypomina solo na trąbce. Samotny instrument zaczyna z uczuciem. Gra rolę pobudki. Ale łagodnej, delikatnej. Kolej na głos, murmurando bez słów, nuty płyną zgodnie, układają się w melodię. Wrażliwe ucho wychwyci subtelny wariant w końcówce. Tak? Nie? Może jednak. Spróbujmy jeszcze raz… I jak wyszło? Nieświadomi moich wysiłków, śpicie, susły jedne… Ostatecznie jest dopiero piąta rano. Dziwny koncert o tak wczesnej porze. Nocne marki wreszcie poszły spać, a ranne ptaszki jeszcze nie wstały. W ten wiosenny ziąb godzę ich ze sobą. Widzę, jak spod na wpół otwartej powieki sprawdzacie godzinę, po czym żalicie się, jakobyście „całą noc oka nie zmrużyli”. Moja pieśń jest dla was, łyżeczka miodu na chore gardło. No, za tatusia… Sypią się fioritury, dorzucam garść wariacji… Włącza się głos, ale nie mój.

Milknę i poddaję gruntownej inspekcji okoliczne dachy. Gdzie skrył się niezwykły śpiewak, mój sobowtór, moje lepsze ja? A może to śpiewaczka? Ktoś kiedyś zadecydował, że panie głosu nie mają, nie umieją z niego korzystać, dlatego lepiej zrobią, oddając go swoim partnerom. Wygrywa mocniejszy w gębie. Postawmy sprawę jasno: nic głupszego w życiu nie słyszałem. Ci, którzy tak twierdzą, mylą się. Nie pierwszy raz zresztą. Mam głos po mamie. Lepiej śpiewała od taty. Występowali pod pseudonimem Duet pod niebem Paryża. Niezła z nich była parka! Brakuje mi ich…

Wracam do mojej przypadkowej partnerki. Odwracam się i już wiem, skąd dobiega dźwięk, choć jeszcze jej nie widzę. Śpiewamy tak razem dobry kwadrans. Podaję jakiś motyw, ona przejmuje początek, jak gdyby chciała mnie zapewnić, że chwyciła temat, po czym zmienia kierunek i kontynuuje pieśń wedle własnej propozycji. Taki koncert to dla mnie nowość. Już prawie zapomniałem, jakie to uczucie tak z kimś…

To dlatego, że miasto, zazdrosne o naszą wolność, wygnało nas daleko poza swoje granice. Od tej pory żyliśmy osobno, ograniczając się do okazjonalnych odwiedzin. Aż pewnego dnia w obliczu dziesiątków tysięcy ofiar miasto znieruchomiało. Wtedy podjęliśmy decyzję o powrocie. Nie mogliśmy patrzeć, jak samotnie cierpi…

Dochodzi szósta. Moja śpiewaczka zakręciła się i znikła równie nieoczekiwanie, jak się pokazała. Ciągnę mój koncert w pojedynkę, ale już bez większego przekonania… To kolejna niespodzianka. Zawsze świetnie radziłem sobie z samotnością. Skąd więc ów nagły niepokój, który drąży mnie od środka: gdzie się podział chłopiec?! Ten, który odwiedzał swojego dziadka na szóstym. Okno na wpół otwarte, przez firanki niewiele widać. Zeskakuję na niższy poziom.

A oto i stary człowiek! Nikogo poza nim… Wyłania się powoli z głębi mieszkania. Obserwuję go z mojej kryjówki. Wydaje się większy w obramowaniu drzwi. Plecy lekko pochylone, ciało trochę bardziej zaokrąglone niż, jak sądzę, w latach jego świetności, oko dumne, jakby rzucał wszystkim wyzwanie: „mam was gdzieś”. Ale tego dnia nie tak dumne, jak zazwyczaj. Starzec przemierza pokój, kieruje się wprost na mnie. Pomiędzy nami okno, a ściślej drzwi balkonowe czy coś w tym rodzaju, w każdym razie drzwi wychodzą na balkon, mierną namiastkę wolności. Mężczyzna staje na zewnątrz, kładzie dłonie na poręczy. Długie palce, grube kości stawów. Ładne dłonie, ale nie dłonie pianisty. Stoi tak przez dobrą chwilę. Bacznie mu się przyglądam, siedzę cicho jak mysz pod miotłą. Starzec drgnął. Nie widziałem tego, raczej poczułem. Słucha muzyki, ale myślami jest daleko. Kręci głową, jakby przeczył czemuś. Ma gęste, białe włosy, ale dziś jest potargany. Już dawno nie był u fryzjerki. Emma, na imię jej Emma. Któregoś dnia usłyszałem, jak wołał na ulicy: „Emma, już pani idzie?”, zawołał, ale tylko udawał, że się gniewa. Młoda kobieta z rudymi włosami odwróciła się na dźwięk jego głosu. Stąd wiem, że na imię jej Emma. Jej też ostatnio nie widuję. Zostawiam na moment starca, patrzę w dół na miasto. Nikogo. Gdzie oni wszyscy się podziali…? Przechodzę na drugą połowę dachu… Pustą ulicą przemyka kilka samotnych postaci. Bojaźliwe, przykurczone sylwetki. Przypominają dzikie zwierzęta nieufne względem ludzi. Jak gdyby już sam fakt spotkania z drugim człowiekiem stanowił śmiertelne niebezpieczeństwo. Psy inaczej – obcy im strach, który wciska się wszystkimi porami skóry, obdarzają niezmiennie zaraźliwą i szczerą radością napotkanych pobratymców. Albo mijanych ludzi, którym patrzą prosto w oczy. Psy pozdrawiają się nawzajem, ale nie mają czasu na pogawędki, bo za drugi koniec smyczy ciągnie już niecierpliwa dłoń. Koty to co innego, krążą jak dawniej po okolicy. To jedyne niebezpieczeństwo grożące nam w tej nowej przestrzeni wolności, która otwarła się przed nami. Mam na oku kocury.

Interesujące. Co takiego kroi się w moim mieście, hmm? Nie rozumiem go… Odsuwam się na kilka kroków od brzegu dachu. Bez obaw, nie spadnę, naturalny odruch powróci galopem.

Jakiś ruch przyciąga moją uwagę. To mój stary. Oddycha z wysiłkiem, rozkłada ręce, jakby błogosławił mnie i temu miastu zamkniętemu w sobie, wreszcie zatrzaskuje okno i zaciąga zasłony.

Zostawszy sam, rozmyślam.

Można łamać sobie głowę czymś, co się zna albo czego się nie zna, ale chciałoby się to poznać. Tymczasem tutaj… Daleko tak nie zajadę. Coś wisi w powietrzu. Tylko co? Uzmysławiam sobie, że ów niepokój przenikający miasto od dłuższego czasu (całymi dniami, tygodniami, tak, to właśnie mam na myśli), że towarzyszące mu napięcie udziela się stopniowo mnie! Kęs po kęsie pożera mnie, jak dojrzały owoc. Instynktownie odpycham je.

Z początku, pamiętam jak dziś, miasto nie wierzyło w to, co mu się przytrafiło, odrzucało z niewinną beztroską wszelką ideę poświęcenia. Ale kiedy podjęto decyzję o zamknięciu i pozostaniu w domu, dało za wygraną. Jego klęska była bezwarunkowa, dogłębna, nieznośna. Trzeba wam wiedzieć, że zazwyczaj moje miasto łatwo wpada z jednej skrajności w drugą, zmienia nastroje jak rękawiczki. Jednego dnia oklaskuje na balkonach pracowników szpitali, a drugiego pisze na nich donosy. Ja czuję, kiedy coś trąci fałszem. Po jakimś czasie opustoszały balkony, a w oknach pojawiły się pierzyny wyłożone do wietrzenia. Pozostało, owszem, kilku wiernych druhów na posterunku, ale to wszystko. Niedobrze mi się robi, gdy widzę niewdzięczność tego miasta. Ale czuję też jego smutek… I co ja mam z tym wszystkim zrobić, co?\

Ech, polecieć by gdzieś! Tereny zielone zamknięte dla publiczności? Na to wygląda. I dobrze! Czas rozprostować kości. Udaję się do najbliższego parku, może natknę się tam na kogoś znajomego. Cenię sobie dobre towarzystwo. Wbrew pozorom towarzyska ze mnie istota.

Nareszcie, wiem już wszystko. No, powiedzmy, że słowem wszystko ogarniemy skrawki informacji wyrwane tym, którzy są lepiej od nas poinformowani. Powsinogi, które wróciły z zimowej włóczęgi, porozumiały się wreszcie z miejscowymi. Ci zaś udzielili im najświeższych wiadomości. Przekrzykując się jeden przez drugiego, debatowali do późna w noc. Trudno się w tym wszystkim połapać. Odnoszę wrażenie, że pewien rozdział został definitywnie zamknięty. Może nastał czas wielkiej wymiany spędzającej sen z powiek tym, którzy mają odpowiedź na wszystko? Chyba nie takiej „wymiany” się spodziewali, hmmm? Tylko co takiego my na tym zyskamy…?

Kiedy tak się zastanawiam, coś zaczyna mi świtać. To poczucie lekkości, którego regularnie doświadczam, które mnie nie opuszcza, od kiedy wróciłem do śpiewania, skąd się ono bierze? Zmęczenie znikło, jak ręką odjął, dobrze śpię, jem do syta, budzę się o świcie. Mógłbym góry przenosić. Rozpiera mnie przeświadczenie, że zrzuciłem wreszcie z siebie ten okropny ciężar, który nie pozwalał mi śmiało spojrzeć w przyszłość. Chcę wreszcie z życia czerpać pełnymi garściami. Z tego wszystkiego zgłodniałem!

Raduje nas i upaja ta nowa dla wszystkich wolność. Cieszą się repatrianci z Afryki, ci, których zaniosło na Islandię, i ci, co mają wujka w Ameryce. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, niewidzialna zaraza toczy ludzi. Niespokojni, zrozpaczeni, upadli na duchu nareszcie dali nam święty spokój…!

Wracam na dach naładowany nienawiścią, wszystko gotuje się we mnie. Potrząsam głową, uchylam wentyl bezpieczeństwa, uśmiecham się mściwie do moich myśli. Na niebie ani jednej chmurki, widoczność aż po horyzont. Widzisz, moje miasto, widzisz, dokąd zaprowadziła cię twoja pycha, mówię mu głosem drżącym z gniewu. Nie uszło ci bezkarnie sprzeciwianie się naturze i łamanie jej praw. Teraz jesteś na mojej łasce, nagie i nieświadome… Chciałbym do niego mówić długo jeszcze, ale, to dziwne, braknie mi słów. Cała złość wyparowała ze mnie. Pozostał tylko żal. Nienawidzę cię, miasto moje, ale nie mogę znieść, jak żebrzesz o okruch nadziei. Powiedzmy sobie otwarcie: nie dla mnie życie na wsi. Dziesięciu dni bym nie przeżył, gdyby ciebie zabrakło. Jesteśmy złączeni ze sobą na dobre i na złe. Tyle że, na razie, to ja ciągnę z tego korzyści. Miasto zaś… Przeżywa koszmar, o jakim w życiu nie śniło. Jego słabość jest moją siłą, jego zamknięcie oznacza dla mnie wolność. Problem w tym, że nie mogę cieszyć się nią w pełni, jeśli ono jest w więzieniu. Czy wspomni kiedyś gorzkie doznanie tej chwili…?

Balkon na szóstym po lewej nadal pusty. Pomimo ładnej pogody zamknięte okna, zaciągnięte zasłony. Zaczyna mnie to wszystko porządnie niepokoić. Przekrzywiam głowę, ale nie udaje mi się dostrzec żadnego ruchu w środku. Zamykam oczy. Dźwięku też żadnego. Cisza nie jest dla niego dobra, mówię do siebie. Zmieniam stanowisko. Nareszcie, w zagłębieniu chmury odbitej w szybie spostrzegam cień. To mój stary. Ciągle i bezustannie samotny, siedzi tam, przystawił sobie krzesło, rękę oparł na stole. Adapter musi być gdzieś niedaleko. Nie chciał się pozbyć starego grata. „Lubię chrzęst piasku na kręcącej się płycie”, odpowiadał zawsze, kiedy ktoś z rodziny proponował mu zakup któregoś z tych nowych gadżetów. Widzę, jak sięga na półkę, wyjmuje stamtąd okładkę z płytą, ogląda ją, przesuwa ręką po powierzchni, jakby zgarniał kurz albo gładził twarz przedstawionego tam artysty, puka lekko palcem i odstawia na swoje miejsce.

– Jeszcze nie czas – mówi.

Tego ostatniego zupełnie nie rozumiem. Z mojego małego serca odpływa cała krew.

Któregoś dnia, zanim jeszcze nastał ten dziwny czas naszej wolności i ich zamknięcia, któregoś dnia zatem zastałem ich troje w mieszkaniu: starca, dziecko i jego matkę. Brakowało tylko mężczyzny, po którym chłopiec miał w spadku skośne oczy… Co do kobiety, to sądzę, że starzec był jej ojcem. Może to nić porozumienia, dochodziłem, córki tak czasem mają z mądrymi ojcami, którzy pozwolili im wyfrunąć z gniazda w daleki świat. Przyszła odebrać syna. Ucałowała starego w policzek, postała trochę, zajęła się tym i owym, po czym uznała, że zostawi małego z dziadkiem, samych. Tamtego dnia obserwowałem ich z mojego stałego miejsca z bezpiecznej odległości, skąd jednak słyszałem dokładnie każde słowo. Na płycie zapadła cisza, znak, że skończył się utwór. Kobieta wyszła na balkon. Oparła na poręczy dłoń podobną do dłoni starego, ale w szczuplejszej wersji. Zwróciłem uwagę na jej jasne, krótko obcięte włosy, jak były inne od czarnych włosów dziecka. Wtem do naszych uszu dobiegł ciężki, niczym grzmot, akord. I zaraz potem fontanna nut, kap, kap, zimne, drobne kropelki, prolog burzy. Nigdy w całym moim dotychczasowym życiu nie słyszałem czegoś równie łagodnego.

– „Jesienne róże – jak piękne, jak smutne róże” – powiedziała kobieta.

Patrzyła na trawnik w dole, a cytowała poetę. Co chciała powiedzieć? Nie mam pojęcia.

Ujrzałem nagle siebie na tle soczystej zieleni lasu. Rozmarzyłem się na dobre, przekręciwszy na bok głowę. W oczach zakręciły mi się łzy. Zupełny mięczak ze mnie. Głos kobiety wyrwał mnie z zamyślenia:

– Popatrzcie, nasz kos uwiebia Chopina!

Zatkało mnie. Odwróciłem się, jak gdyby to nie o mnie chodziło, lecz o kogoś innego. Co takiego miała na myśli, mówiąc nasz? Trzy pary oczu spoczęły na mnie. Poczułem się nieswojo, gdyż nie lubię być obserwowany. Deszcz ustał. A może to była muzyka. Stali tam wszyscy troje, nieporuszeni. Rzadko się zdarza, żeby ludzie byli tacy spokojni. Rozśmieszyli mnie. Poczułem w końcu niemiłe ssanie w żołądku (nic dziwnego, nie miałem przecież nic w dziobie od samego rana). Puściłem się w dół.

Szukając, gdzie by tu coś skubnąć, wybierając raczej dżdżownice, odrzucając owady, przypomniałem sobie historie o ptakach zbieranych u stóp nowojorskich wysokościowców. Opowiadali o nich czyściciele okien. Skarżyli się na zaschnięte plamy krwi na szybach. Przykro było słuchać. Nikt nie płacze po skrzydlatych marzycielach wpuszczonych w maliny obietnicą nieba.

Pół godziny później byłem zdecydowanie za ciężki, żeby wzbić się w powietrze. Trzeba będzie uwić sobie gniazdko, pomyślałem. Osiąść gdzieś na dłużej. Już wam mówiłem, że mieszczuch ze mnie? Fakt, że przedtem nigdy nie brałem opcji miejskiej pod uwagę. Samotna noc spędzona na łonie natury bardziej mnie podniecała. Ale teraz… Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, podjąłem decyzję: zamieszkam w mieście! Chyba igram z ogniem. Uwaga, bo może się okazać, że stary porządek jeszcze nie skonał. Obym nie musiał się o tym przekonywać na własnej skórze.

Mniejsza z tym. Od początku całej tej historii urządzamy sobie piesze wycieczki po mieście, które jest teraz na wyciągnięcie ręki. Włóczymy się środkiem drogi, cóż za niepraktyczny luksus! Jeszcze jeden spacerek przed udaniem się na spoczynek?

Dzień się nachylił, jestem z powrotem. Tarcze zegarów miejskich wskazują godzinę do przodu, ale ja pozostaję wierny moim przyzwyczajeniom. Kolejny całkowicie zbędny rytuał codzienności. I drę się jak stare prześcieradło.

A konkurencja nie śpi. Sikorki stawiają się wronom, próbuje je rozsądzić dudek (kawał czasu minął, od kiedy widziałem go tu po raz ostatni), szpaki wysuwają żądania, jaskółki trzymają się z boku, podczas gdy wróble i gołębie dyskutują w podgrupach na chodniku. Od tych ostatnich, mówiąc szczerze, wolę ich kuzynów, gołębie grzywacze. Kwestia higieny, tak mi się wydaje.

Oto mój świat. Żyjemy bez prawa głosu, przyuczani od małego, żeby nie rzucać się w oczy, zepchnięci na margines i, oczywiście, obwiniani o roznoszenie wszelkich nowych chorób. Nienawidzę hipokryzji ludzi. Miejcie się na baczności skrzydlate siostry, skrzydlaci bracia. Już was przekonali do życia w klatce?! Nie wierzcie ich kłamstwom. Walczcie o swoje! Za waszą wolność i naszą!

Jeśli o mnie chodzi, to zawsze będę stawiał na życie… Zaraz, co to ja…? Ach tak, chciałem przedstawić moją wybrankę staremu melomanowi. Czyż nie jest piękna w swej brązowej szacie z rdzawym odcieniem? Trzyma się na uboczu, dzikuska. Może zna ludzi lepiej ode mnie. Niech jej będzie. Jeszcze nie jest gotowa zasmakować w pełni tej nagłej wolności, która stała się naszym udziałem. Cierpliwości, miła moja, przyzwyczaisz się w mgnieniu oka. Zapach wilgotnej gleby unosi się w powietrzu i rozpływa. Znak, że prace polne już ruszyły.

Gwiżdżąc na niebezpieczeństwo, ląduję na poręczy. Nie poruszając skrzydłami, zeskakuję na kafelki i podchodzę do drzwi balkonowych. Są otwarte. Ktoś patrzy. Chcę przez to powiedzieć, że ktoś poza moją ukochaną. Ktoś ze środka. Stary! Stoi na środku pokoju, nie rusza się z miejsca, to on na mnie patrzy. Zaglądam mu w oczy. I co? Ty w środku, ja na zewnątrz. Wydaję z siebie krótki krzyk, pozbywam się chrypki. Dopiero teraz zauważam adapter. Ma zdjętą pokrywę. Mężczyzna stoi naprzeciwko. W wyciągniętych rękach trzyma okładkę i płytę. Zaczynam rozumieć: lada chwila zjawi się chłopiec. Starzec czeka na niego. Będą słuchać muzyki. Serce podskakuje mi z radości, że znów zobaczę ich razem, ale zaraz łaję się w duchu: ależ ze mnie idiota! Idiota podbity naiwniakiem. W jednej chwili całe moje życie przesuwa mi się przed oczami jak film, powtarzam sobie w duchu: co z nami będzie, co stanie się ze mną i moimi pobratymcami? Co z naszą nagłą tak drogo okupioną wolnością?

Mężczyzna nie spuszcza ze mnie wzroku. Oczy mu błyszczą. Ale nie z radości. Uśmiecha się przepraszająco… Dzwonek do drzwi. Starzec tu, to ja tam.

Jednym szusem dołączam do partnerki. Odbijamy się od poręczy i rzucamy się w dół. Horda jaskółek rusza za nami w pościg.

Paryż, marzec–kwiecień 2020
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.