07–08/2018

Sergiusz Sterna-Wachowiak

Sceny z życia codziennego artystów
(nieznane i nowe)

Radio Erewań o Czerwcu ’56 Kazimiery Iłłakowiczówny
1
„Poezja uczestnicząca. Amerykański poeta Walt Whitman, frontowy żołnierz i sanitariusz wojny secesyjnej, napisał: «Kiedy przechodzę koło rannego – sam jestem ranny». Kazimiera Iłłakowiczówna, zresztą też frontowa sanitariuszka pierwszej wojny światowej, zatytułowała hasłowy już wiersz o Poznańskim Czerwcu Rozstrzelano moje serce. Z okien swojego mieszkania przy ulicy Gajowej widziała zajezdnię tramwajową, a tramwajarze, obok cegielszczaków i robotników z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, stanowili najliczniejszą grupę buntowniczego zrywu. Słyszała strzały na pobliskim skrzyżowaniu ulic Dąbrowskiego i Kochanowskiego…”.
(Ryszard Danecki, Od „Smakosza” do „Fregaty”. Na szlaku poznańskiej cyganerii artystycznej, Poznań 2011)


2
„Sopot, 16 VI 1956
Droga Basieńko,
zostanę tutaj do końca miesiąca, bo chcę uniknąć okresu Targów Poznańskich, bardzo przykrego dla mieszkańców lokalnych. W sąsiedztwie mieszka Kotusia Wysocka (Przewłocka) z córką i wnukiem, i ona to wyszukała mi pokój, nawet wcale nie taki najgorszy. Wczoraj w dzień mego przyjazdu szalała burza, ale dziś jest spokojniej, tylko dość chłodno. Jak się czuje Krzysia po powrocie do pracy? Jak Twoje zdrowie?

Ściskam!
Kazia”.


„Łomża, 9 VII 1956
Droga Basiu,
dziękuję Ci od razu za dwie kartki. Cieszę się, że jesteś na wsi (pewnie są Ci tam szalenie radzi), że Janka maluje też na wsi i że Krzysia ma luz dokoła siebie w Warszawie.

[…] Wróciłam 3 lipca, [w]śród znajomych nie ma wcale zabitych, w mieszkaniu u nas żadnych kul. Pozdrów, proszę, ode mnie kuzynki.

Ściskam Cię serdecznie,
KI”.

(Kazimiera Iłłakowiczówna, Listy do siostry Barbary Czerwijowskiej z lat 1946–1959, Poznań 2014)

12 stycznia 2015


Radio Erewań o Egonie Naganowskim i Wojciechu Bąku
1
„Mieszkałem wtedy [1956] przy placu Asnyka, kilka minut drogi od ulicy Gajowej. Był okres, że Iłła często wzywała mnie telefonicznie do siebie. Raz kazała natychmiast przyjść i oznajmiła: – Niedługo umrę, muszę o pewnych sprawach opowiedzieć komuś, nie zabierać ich do grobu… – Ależ pani Kazimiero! – zaprotestowałem. Zaczęła opowiadać, że zamknięcie poety Wojciecha Bąka w zakładzie dla psychicznie chorych w Kościanie było zemstą prezesa Poznańskiego Oddziału Związku Literatów Polskich – Egona Naganowskiego. Bo przed wojną Bąk uczył Naganowskiego w Gimnazjum Marii Magdaleny i za złe odpowiedzi ciągnął go często boleśnie za pejsy… – Chyba za baczki? Egon jest prawie Austriakiem, urodził się w 1913 roku w Innsbrucku […]”.
(Ryszard Danecki, Od „Smakosza” do „Fregaty”. Na szlaku poznańskiej cyganerii artystycznej, Poznań 2011)
2
„Pojechałem na Łazarz, gdzie niebawem miałem chodzić do gimnazjum humanistycznego im. Paderewskiego przy ulicy Wyspiańskiego. […] Zetknąłem się tam wśród nauczycieli z co najmniej jednym człowiekiem o dużym dla mnie znaczeniu, z Wojciechem Bąkiem, polonistą właśnie wówczas, jesienią 1929 zaczynającym nauczycielską pracę.

[…] Wysoki, chudy i wymagający «koń w krawatce», jak go nazywaliśmy, chyba dlatego, że zadawszy nieraz podchwytliwe, a głęboko drążące pytanie i nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, śmiał się głośno i dosłownie rżał (zapewne stąd brał się ten «koń w krawatce», zawiązanej na długiej szyi niczym sznurowadło), a potem wypowiadał swoje sakramentalne «od Reja», co oznaczało mały, wyrywkowy egzamin z całej literatury polskiej od autora Krótkiej rozprawy między Panem, Wójtem i Plebanem po przerabianą właśnie współczesność. Pod klasówkami Bąk wypisywał niekiedy nie tylko stopnie, lecz także kilkuzdaniowe, ostro ganiące lub umiarkowanie chwalące recenzje. U mnie pewnego razu, rzecz u niego niezwykła, zaznaczył: «czyżby talent» i zaprosił mnie do swego domu, skromnego pokoju, zaraz po lekcjach. Nie przypominam sobie już, o czym rozmawialiśmy, lecz sam fakt mocno mnie podbudował. Zwłaszcza że Bąk przeczytał mi wtedy kilka swoich poetyckich utworów, które ukazały się w «Tęczy», a potem w 1934 roku weszły do zbioru Brzemię niebieskie: «Zielenieje Zielonymi Świątkami, / Las do miasta przywędrował drzewkami».
Początek tego wiersza utkwił mi w owych czasach w pamięci wraz z innymi i zawsze mi się nasuwał, kiedy później podczas okupacji spotykaliśmy się na ulicy w Warszawie pod «szczekaczką» na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich i po wojnie w Poznaniu”.

(Egon Naganowski, Młodzieńczy eros i inne wspomnienia z dawnych lat, Poznań 1992)
Appendix
„Iłłakowiczówna, która po wojnie twierdziła, że w Kobylempolu u Mycielskich jako chłopiec siedziałem u niej na kolanach, co w wieku moich szesnastu lat doprawdy nie mogło się zdarzyć, towarzyszyła mi jednak swymi wierszami późnym latem i jesienią 1929 roku podczas jazdy kolejką średzką do Poznania”.
(Egon Naganowski, tamże)

8 września 2011


Radio Erewań z księgi genesis Iłłakowiczówny
1
„Kompletowanie jury I Poznańskiego Listopada Poetyckiego w roku 1957 – to całe historie. […] Kiedy zwróciłem się także do Iłły z prośbą o udział w jury konkursu na najciekawszy książkowy debiut poetycki roku, poprosiła o nazwiska pozostałych osób. – Zaprosiłem największych współczesnych poetów polskich… – Co pan zrobił, panie Ryszardzie! – wykrzyknęła. – Ja Żydówka, Paweł Hertz – Żyd, Mieczysław Jastrun – Żyd, Anatol Stern – Żyd, żona Jarosława Iwaszkiewicza jest Lilpopówną, tylko Julian Przyboś nie ma żadnego związku rodzinnego z Żydami. Kiedyś to panu wypomną! Wypomnieli… Ale osłupiałem, gdy wtedy oznajmiła, że jest Żydówką. Przecież wielokrotnie słyszałem, że była wnuczką Tomasza Zana, współtwórcy wileńskiego Towarzystwa Filomatów, przyjaciela Adama Mickiewicza. Uświadomiłem sobie później, że narodowość określana jest u Żydów poprzez matkę, nie przez ojca. Jakie to mądre: matka jest niewątpliwa, a z ustaleniem ojcostwa bywa różnie. Nie znano przecież jeszcze badań genetycznych DNA”.
(Ryszard Danecki, Od „Smakosza” do „Fregaty”. Na szlaku poznańskiej cyganerii artystycznej, Poznań 2011)
2
„Kazimiera Iłłakowiczówna prowadziła w swojej poezji […] rodzaj dialogu dostępny wyłącznie wtajemniczonym Strażnikom Wiary Słowian, jako toczony od czasów Promienistych przez poetów, pisarzy, malarzy, muzyków, rzeźbiarzy, przedstawicieli alchemii i później nauki, znających dobrze taje okultyzmu płynącego ze starożytnego źródła Wierzeń Północy – Barbaricum – Królestwa Sis. Ojcem Kazimiery był Klemens Zan, syn Promienistego Tomasza Zana, bliskiego współpracownika Adama Mickiewicza – Strażnika Wiary Słowian znanego ze swego poetyckiego dialogu z Janem Kochanowskim. Pochodziła więc pani Kazimiera z najwyższego Litewsko-Polsko-Białoruskiego Kręgu Wiary Przyrodzonej Słowian. Ponieważ jednak nie mamy pewności co do jej bezpośredniego, świadomego uczestnictwa w Kręgu Promienistych i Starosłowiańskiej Świątyni Światła Świata, to mimo iż jej twórczość wyraźnie na to wskazuje, umieszczamy ją tutaj nie jako Strażniczkę, lecz jako Zasłużoną dla Wiary Przyrodzonej Słowian. […] Na początku kształtowana była przez ojca i matkę […]. Na nieszczęście straciła oboje rodziców bardzo wcześnie, ale niewątpliwie także jej późniejsza opiekunka podlegała tym samym wpływom”.
(Czesław Białczyński, Kazimiera Iłłakowiczówna – Zasłużona dla Wiary Słowian. Polska poetycka wizja Słowiańskiej Baji, „Bialczynski.pl”, blog internetowy, wpis 12 VI 2010)

10 grudnia 2011


Radio Erewań o Tadziu ze Śmierci w Wenecji
1
„Egon jest prawie Austriakiem, urodził się w 1913 roku w Innsbrucku, i to jego, jako pięknego chłopca w marynarskim mundurku, opisał Tomasz Mann w Śmierci w Wenecji1.
(Ryszard Danecki, Od „Smakosza” do „Fregaty”. Na szlaku poznańskiej cyganerii artystycznej, Poznań 2011)
2
„Pewnego dnia [w Monachium] babcia wybrała się ze mną do dobrych znajomych na Poschingerstrasse, biegnącą przez parkową dzielnicę Bogenhausen po drugiej stronie Izary. Było to wkrótce po moich szóstych urodzinach, pasjami lubiłem długie jazdy tramwajem i cieszyłem się ogromnie z mojego nowiutkiego białego ubranka, ozdobionego marynarskim kołnierzem i złotymi guzikami. U naszych gospodarzy bawiłem się znakomicie z trojgiem wnucząt pani domu i rozbrykaliśmy się setnie, tak że nawet nie zwróciliśmy większej uwagi na burzę, która przeszła nad miastem. W drodze powrotnej już znowu pod błękitnym niebem, chciałem zaprezentować babci jakiś wspaniały skok koło ogrodzenia pięknej willi, ale niestety, powinęła mi się noga, przewróciłem się i wpadłem w wielką kałużę. Cóż za bezgraniczna rozpacz! Umazany od góry do dołu błotem płakałem rzewnymi łzami, a babcia, która zwracała dużą uwagę na zewnętrzne formy i wygląd, daremnie usiłowała mnie oczyścić jedną ze swoich pachnących chusteczek. W tym dramatycznym momencie z ogrodu otaczającego willę wyszedł pan z brązowym psem, obrzucił nas współczującym spojrzeniem, ukłonił się i ruszył w stronę rzeki. «O Boże» – szepnęła babcia cała w pąsach. – «Czy wiesz brudasie, kto to był? To był sławny pisarz Tomasz Mann, mąż Katii Pringsheim!». Wiadomość ta oczywiście nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Gdybym usłyszał, że to Karol May, nie byłoby inaczej. Z autorów znałem wówczas tylko braci Grimm i Andersena. Pringsheimowie zaś, którzy prowadzili niedaleko od nas, po drugiej stronie Arcisstrasse, niesłychanie dystyngowany dom, nigdy nie wzbudzali mego zainteresowania, bo tam, jak się przekonałem, nie było dzieci do zabawy. Niemniej dzięki fatalnemu upadkowi i jego żałosnym skutkom, obraz owego «spotkania» z Tomaszem Mannem utrwalił się w mojej pamięci na zawsze. Kiedy opowiedziałem o tym jego córce Erice i pani Katii, wdowie po nim, w 1963 roku w hotelu «Imperial» przy Ringu, gdzie Mannowie tradycyjnie zatrzymywali się w Wiedniu, obie panie westchnęły i uśmiechnęły się melancholijnie: «Cóż za dawne lata, mój ty Boże. Ojciec wtedy napisał i wydał Pana i psa. Nasz kochany Bauszan!» – dodała Erika, mając na myśli psa Mannów”.
(Egon Naganowski, Młodzieńczy eros i inne wspomnienia z dawnych lat, Poznań 1992)

26 września 2011


Narodziny politycznego romantyzmu Grochowiaka na Kremlu
Pytam Mariana Grześczaka, Wielkopolanina w Warszawie, czy inny poeta z Wielkopolski w Warszawie, Stanisław Grochowiak, był człowiekiem politycznie naiwnym. Może był rozsądnym politycznie realistą

– Staszek nie był politycznie naiwny – twierdzi Marian – ale nie był rozsądnym politycznie realistą. Był romantykiem. Jak Broniewski.

W 1960 roku delegacja polskich pisarzy – Władysław Broniewski z żoną Wandą, Artur Międzyrzecki, Wisława Szymborska i Grochowiak – udaje się z oficjalną wizytą do Związku Sowieckiego. Trasa wiedzie przez Leningrad, Moskwę, Tbilisi i Suchumi.

W Twierdzy Pietropawłowskiej w Leningradzie Broniewski szlocha na widok cel, w których carat więził Polaków.

W Leningradzie i Moskwie znika z hotelu, by mówić swoje wiersze przechodniom na ulicach, czym wprawia w popłoch gospodarzy i ochronę.

Na Kremlu, podczas bankietu wydanego przez władze ZSRR, jest proszony o wygłoszenie toastu. Wstaje, czyta z kartki, ale przerywa i krzyczy: „Jeszcze Polska nie zginęła!” – po czym zapowiada, że teraz będzie mówił tak jak wtedy, gdy wyszedł z więzienia na Łubiance. Wyjmuje górną sztuczną szczękę, wyjmuje dolną sztuczną szczękę, bo na Łubiance wybito mu zęby, i zamiast słów słychać mamlanie, seplenienie i mlaskanie. Zapada cisza, wieje grozą. Poeta opada na krzesło. W zamarłej sali po długiej chwili Chruszczow, jakby nigdy nic, zaczyna rozmawiać ze swoim sąsiadem. Kreml znowu wypełnia się gwarem.

Grochowiak do końca wieczoru wpatrywał się w Broniewskiego jak urzeczony. Odtąd czcił i uwielbiał go jak ojca.

17 maja 2005


Seweryn Pollak, radziecki poeta chrześcijański
Czternastego września 1967 do Wschowy przyjeżdża poeta i tłumacz liryki rosyjskiej Seweryn Pollak z córką Joanną. Odbędzie organizowane przez oddział Związku Literatów Polskich w Zielonej Górze spotkanie autorskie w Łysinach czy Starych Drzewcach. Jego cicerone jest Eugeniusz Wachowiak, poeta i tłumacz liryki niemieckiej, mój ojciec.

Po zajechaniu pod wiejską świetlicę, gość i jego cicerone ze zdziwieniem spostrzegają zaparkowane przed wejściem czarne służbowe auta i dwa milicyjne motocykle. Na sali kłębi się tłum czytelników, uderza widok kilku umundurowanych milicjantów i księdza w cywilu, lecz w koloratce. W pierwszym rzędzie siedzą powiatowe, gminne i wiejskie władze partyjne i administracyjne oraz powiatowy szef Służby Bezpieczeństwa, porucznik Antoni Sala. Na widok poety, już od progu zbitego z pantałyku, pierwszy rząd wstaje i kordialnie wita go jak dobrego znajomego.

Rumiany z emocji Seweryn Pollak opowiada o swoich poetyckich pasjach, autorskich i tłumaczeniowych, mówi o ulubionych rosyjskich poetach i na przemian czyta przekłady ich wierszy. Kończy poematem Błoka Dwunastu we własnym tłumaczeniu na język polski. Po wybrzmieniu finalnej strofy otrzymuje huraganowe brawa publiczności i niepewne oklaski ludzi z pierwszego rzędu:

…Idą, idą krokiem twardym –

Głodny pies za nimi goni,

Przodem – niosąc krwawy sztandar,

Za wichurą niewidzialny
I dla kul nieosiągalny,

Lekką stopą nadśnieżystą
Przez perliste rozsypisko,

W wieńcu białych róż na skroni
Przodem idzie – Jezus Chrystus


Rozpoczyna się dyskusja. Wstaje stary, dawny kresowy ziemianin ekspatriant, który chwali literaturę, jak mówi, radziecką, za, prawda, Puszkina, Gogola, Dostojewskiego, Czechowa, Tołstoja, Jesienina, Turgieniewa i tego, prawda, Błoka, bo dalej to już nie ma o czym, prawda, mówić. Wstaje ksiądz w cywilu, lecz w koloratce i dzieli się swoim zaskoczeniem pomieszanym ze wzruszeniem, że, prawda, dożyliśmy, coś tu nas dziś wspaniałego spotkało, bo poeta radziecki okazał się, prawda, chrześcijaninem, wyznawcą Jezusa Chrystusa, więc jednak jest to, prawda, możliwe.

Seweryn Pollak i jego cicerone nawet się nie domyślają, że gościa z Warszawy zapowiedziano jako wielkiego poetę radzieckiego. Coś pokręcono na łączach między Warszawą, Zieloną Górą, Wschową i Łysinami czy Starymi Drzewcami. Wiadomość zelektryzowała powiatowe, gminne i wiejskie władze, postawiono na nogi wszystkich możliwych towarzyszy, działaczy, urzędników, nauczycieli i bibliotekarzy, jawne i tajne milicje, mieszkańców wsi, a nawet księdza proboszcza.

Kilka dni później na ulicy we Wschowie esbek Sala podchodzi do Eugeniusza Wachowiaka i mówi: – Wy w ogóle nie wiecie, poeta, co ja się, kurwa, przez was nasłuchałem od towarzyszy, z czego ja się, kurwa, musiałem tłumaczyć! Gdybyście, kurwa, nie mieli czwórki małych dzieci na utrzymaniu, to byśmy z wami, kurwa, inaczej pogadali!

31 grudnia 2016


Profesor Cybulenko
Między trzydziestym listopada a drugim grudnia 1972 w Krakowie odbywa się sesja naukowa W kręgu literatury Polski Ludowej, zwołana przez Instytut Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego i Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Przysłuchuję się obradom wraz z grupą członków Koła Naukowego Historyków i Teoretyków Literatury Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu jako świeżo upieczony student polonistyki.

Profesor Jelena Zacharowna Cybienko, rusycystka i historyk literatury polskiej z Uniwersytetu Moskiewskiego, wygłasza referat Jarosław Iwaszkiewicz a literatura rosyjska. Jej interpretacje wydają mi się naciągane, uczona przesadnie uzależnia talent autora Czerwonych tarcz Sławy i chwały, Brzeziny, Młyna nad Utratą Panien z Wilka od inspiracji dziełami Tołstoja, Turgieniewa, Dostojewskiego, Bunina kosztem oryginalności, niepowtarzalnej poetyki i osobowości polskiego pisarza. Aula krakowskiej polonistyki jest źle nagłośniona, prowadzący obrady Kazimierz Wyka nie zawsze mówi do mikrofonu, nie dosłyszałem nazwiska rosyjskiej slawistki, a raczej usłyszałem je jak usłyszałem. Po referacie odbywa się dyskusja. Zabieram głos, dzieląc się swoimi wątpliwościami.

– Profesor Cybulenko… – zaczynam na mównicy, ale widzę, że coś niedobrego dzieje się z profesorem Wyką, siedzącym obok za stołem prezydialnym. – Pani profesor Cybulenko… – poprawiam się, co prowadzącego obrady wcale nie uspokaja. Za każdym razem, gdy wymawiam nazwisko rosyjskiej polonistki, Wyka nie wiedzieć czemu oblewa się rumieńcem, obraca się ku mnie, groźnie spogląda spod krzaczastych brwi, coś szepcze, mlaska, stroi miny, robi zeza, przewraca oczami, zupełnie jakby się dusił. Postanawiam nie zwracać na to uwagi, nie rozpraszać się i z literaturoznawczymi pretensjami zwracam się wprost do siedzącej w pierwszym rzędzie Rosjanki. W przerwie obrad profesor Cybienko podchodzi do mnie, mówi donośnie, po rosyjsku: – Wot, mołodiec! – i klepie mnie po plecach. Po przerwie swoją odpowiedź zaczyna od konstatacji, że każda młodość musi się wyszumieć. Nie rozumiem, dlaczego odnosi się do mnie z tak nieprofesjonalnym pobłażaniem.

Dopiero zaglądając do programu sesji uświadamiam sobie gafę. Wyjaśnić, przeprosić? Ale czy profesor Wyka nie umrze, widząc, że ponownie zmierzam ku mównicy? I co to da, kto mi uwierzy, kiedy wzięto mnie za szaleńca kontestatora, co to z premedytacją, ostentacyjnie i złośliwie przekręca nazwisko rosyjskiej uczonej, by zakpić z nauki radzieckiej, ba, z Sowietów samych, wyszydzić, obśmiać, zlekceważyć śmiertelnie zasadnicze, patetycznie pryncypialne, srogie imperium? Toteż gdy nazajutrz na konferencję przybywa Stanisław Barańczak – tajemniczo uśmiechnięty, mrucząc jak niedźwiadek i na przemian pohukując jak puchacz, mówi konfidencjonalnie: – Podobno wczoraj, mhm, mhm, nieźle pan namieszał, uhu, uhu, w stosunkach międzynarodowych! – W ostatnim dniu konferencji Barańczak, którego pokoleniowym przeżyciem jest Marzec ’68, wygłasza referat zatytułowany Polska powieść milicyjna: dominacja funkcji perswazyjnej a problemy gatunków.

Zamykając sesję o literaturze Polski Ludowej, profesor Wyka dziękuje referentom i uczestnikom. Na koniec zapowiada dokładniejsze przyjrzenie się, czym, w jakim celu i w jaki sposób zajmują się dziś koledzy z Poznania.

12 stycznia 1983


Materializacje Jarosława Iwaszkiewicza na moich oczach
1
Zielona Góra, czwartego maja 1970, XIII Zjazd Pisarzy Ziem Zachodnich i Północnych, świt, peron dworca kolejowego, w chmurze pary z parowozu materializuje się Iwaszkiewicz w staromodnym, obszernym czarnym płaszczu, z walizką w ręku i w berecie z antenką na głowie, uważnie na mnie patrzy, nic nie mówi i znika w drugiej chmurze pary, z której już nie wychodzi.
2
Poznań, dwudziestego drugiego lutego 1975, XIX Zjazd Związku Literatów Polskich, Iwaszkiewicz ponownie wybrany prezesem – w niedoszłej rywalizacji ze Zbigniewem Herbertem, podtrutym w hotelu po wypiciu wody mineralnej – materializuje się pośrodku widowni w staromodnym, obszernym czarnym garniturze, potężnie wydmuchuje nos w wydobytą z brustaszy wielką białą chustkę w niebieską kratę, uważnie mi się przygląda i mówi: „Dziękuję, że znowu włożyliście mi na głowę tę koronę cierniową”.

27 lutego 1995

[…]

Andrzejewski do Brejdyganta tylko o jednym
– Jerzy Andrzejewski, którego znałem, rozmawiał ze mną zawsze szczerze, ale nie wiem dlaczego na jeden i ten sam temat – opowiada Stanisław Brejdygant, aktor i pisarz o urodzie wiecznego chłopca.

W połowie lat pięćdziesiątych młody i piękny Brejdygant przebywał w Domu Pracy Twórczej w Oborach. Był tam też i pisał książkę Jerzy Andrzejewski, mężczyzna w sile wieku. Porozmawiali, może w stołówce zjedli razem obiad czy śniadanie. Spotkany po latach w Warszawie, Andrzejewski mówi do Brejdyganta: – A pamiętasz, jak wtedy w Oborach byliśmy w sobie zakochani?

Kilka lat później Brejdygant spotyka postarzałego Andrzejewskiego w Paryżu. – Poznałem wczoraj tancerza – mówi autor Bram raju – który przyjechał z baletem z Kuby i wybrał wolność. Zaprosiłem go do hotelu i wiesz, jaki okazał się subtelny? A jaki inteligentny! I tak jakoś delikatnie dał mi rano do zrozumienia, że nie ma pieniędzy…

Mijają lata i Brejdygant spotyka starego Andrzejewskiego, który na jego widok żali się: – Mojego Iksa powołali do wojska… Ale robi tam oszałamiającą karierę! Został już kapralem.

8 czerwca 2014


Troska o człowieka jako śmiertelna pomoc w komunizmie, czyli kapitalizmie
W Teatrze Nowym w Poznaniu trwają próby sztuki Györgya Schwajdy Hymn, której premierę przewiduje się w kwietniu 1983. Esej do programu na zamówienie kierownika literackiego, Milana Kwiatkowskiego, pisze Tadeusz Nyczek. Wspomina o przymusowej wobec obywateli „komunistycznej trosce o człowieka”, co zatrzymuje cenzura. Sekretarz literacki Nowego, poeta Roman Chojnacki, telefonuje do autora eseju i wyłuszcza problem. Nyczek: „A, to zamiast «komunizm» napiszmy «kapitalizm»”.

Po zamianie słowa cenzura zwalnia program do druku. Wraz z akapitem: „Chodzi o uratowanie rodziny alkoholika, a więc jego samego przed pijaństwem, żony przed biciem, a dzieci przed złym wpływem. Kłopot w tym, że pomoc okazuje się zgubna. Wskutek tej życzliwej troski społecznej przestaje istnieć rodzina, przestaje istnieć dom. Zagłaskano ich na śmierć. Dlaczego? Tu jakby odpowiedzi są łatwiejsze. Najpierw dlatego, że zarówno Mężczyzna, jak Kobieta wcale sobie tej pomocy nie życzą. To znaczy mówią, że jest to bardzo dobra i korzystna rzecz, ale widać wyraźnie, że mówią to pod pewnym przymusem, wedle pewnej konwencji, oceniającej taką pomoc jako z zasady pozytywną. Ta pomoc mianowicie nie może być niesłuszna czy niepozytywna, ponieważ wynika z kapitalistycznej troski o człowieka”.

Szesnaście miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego, i proszę. Urząd cenzury tak się cieszy, że to nie w komunizmie, lecz w kapitalizmie jeśli coś jest słusznego czy pozytywnego, to na siłę – że godzi się również na „antykapitalistyczny” tytuł eseju Nyczka: Śmiertelna pomoc.

11 marca 1983


„Havel? No my tiepier obiedajem!”
Zadowolona z powodu wystawienia dziewiątego kwietnia 1983 w Teatrze Nowym w Poznaniu sztuki węgierskiego outsidera Györgya Schwajdy Hymn, dyrektor Izabella Cywińska chce teraz wystawić sztukę czeskiego dysydenta Václava Havla, może trzy jednoaktówki. Są takie czasy, że na wystawienie sztuki autora z kraju „obozu” wymagana jest zgoda ambasady Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich w Warszawie. Teatr dostał już zgodę ambasady na premierę Hymnu, sztuki napisanej przez mieszkańca Budapesztu, absolwenta tamtejszej Wyższej Szkoły Filmowej i Teatralnej, który pracował jako tragarz, roznosiciel gazet i przetapiacz ołowiu, liczy więc na sukces w sprawie sztuki autorstwa mieszkańca Pragi, absolwenta tamtejszej Akademii Sztuk Scenicznych, który pracował jako laborant chemiczny, robotnik w browarze i kolporter książek, a zresztą ma jeszcze głębsze doświadczenie życiowe, bo prawie pięć lat z przerwami siedział w więzieniu.

Na polecenie Cywińskiej do Warszawy telefonuje znający język rosyjski sekretarz literacki teatru, poeta Roman Chojnacki, i prosi o zgodę na wystawienie jednoaktówek Havla. Mówiąca tylko po rosyjsku urzędniczka ambasady chwilę milczy, po czym stanowczym tonem oznajmia: „Havel? No my tiepier obiedajem!”. Słychać trzask rzucanej na widełki słuchawki. Jest kwadrans na jedenastą przed południem.

Cywińska trochę się dziwi, ale poleca telefonować jeszcze raz jutro, o innej porze.

Nazajutrz Chojnacki wykonuje drugi telefon do ambasady i prosi o zgodę na wystawienie jednoaktówek Havla. Mówiący tylko po rosyjsku urzędnik na moment milknie, po czym podniesionym głosem mówi: „Havel? A u nas kak raz obiedka!”. Słychać trzask rzucanej słuchawki. Jest ósma piętnaście rano.

– Sowiecka dyplomacja – stwierdza Cywińska i gorzko się uśmiecha. – To była odpowiedź, teraz przynajmniej mamy jasność.

22 sierpnia 2017


Z ręką na prokuratorze
– A nie wiem – mówi Wacław Oszajca, jezuita i poeta – czy znasz historyjkę z Siłą-Nowickim? Jak przyciął prokuratorowi. Nawet pytałem go, czy to prawda, ale nie potwierdził, chociaż nie zaprzeczył.

Władysław Siła-Nowicki podczas stanu wojennego broni w sądzie opozycjonistę. Przyciska prokuratora do ściany, ten nie ma już żadnego argumentu. Osaczony prokurator oświadcza, że mecenas go obraża. „Przepraszam, a w jaki sposób?” – pyta Siła-Nowicki. „Gdy do mnie mówi, trzyma rękę w kieszeni spodni”. Siła-Nowicki: „Już spieszę z przeprosinami. Naprawdę nie wiedziałem, że trzymając rękę w kieszeni dotykam prokuratora!”.

3 listopada 2015


Znikopis profesorowej Geremkowej
Podczas stanu wojennego podziemie literacko-uniwersytecko-dominikańskie deleguje mnie do Warszawy, do profesora Bronisława Geremka, z zaproszeniem na tajny wykład do Poznania. Angażuję się w akcję z tym większym zapałem, że Geremek uczęszczał do liceum we Wschowie, w którym i ja wiele lat później się uczyłem. Radzi mi się stanowczo, abym wszelkie informacje – daty, miejsca, telefony, nazwiska, pseudonimy – zanotował w znikopisie. Na tabliczce-zabawce dla dzieci od lat trzech do sześciu w postaci oprawionej w plastikową ramkę kartki z celuloidu z tajemniczą podkładką, przeznaczonej do wielokrotnego zapisywania i zmazywania tekstu. Zapisane pokażę na miejscu, po czym energicznie przesuwając kartkę w ramce – jednym ruchem zetrę czy dokładniej „zniknę” wszelkie informacje. Gdybym został zatrzymany i poddany przeszukaniu przez Służbę Bezpieczeństwa czy inną tajną lub jawną milicję, też zdążę chyba „zniknąć” tekst.

Zimowym, śnieżnym rankiem dwudziestego piątego stycznia 1985 jestem w Warszawie na Piwnej 25 róg Piekarskiej w domu zwanym przez starych warszawiaków Kamienicą Odźwiernego. Pani Hanna Geremkowa przez drzwi mieszkania pod czwórką pyta, bo profesora nie ma w domu: kto tam? Mówię: z Poznania. A, to proszę bardzo. Wchodzę do przedpokoju, mówię, że mam informacje i pokazuję znikopis. Pani Geremkowa przeprasza na chwilę, idzie w głąb mieszkania, wraca i pokazuje mi swój znikopis. Prosi, abym informacje z mojego znikopisu przedyktował do jej znikopisu. Dyktuję, pisze. Po czym głośno i wyraźnie odczytuje daty, miejsca, telefony, nazwiska, pseudonimy, żeby nie było pomyłki. Nie ma pomyłki. Jednym ruchem przesuwam celuloidową kartkę w ramce mojego znikopisu. Pełna konspiracja, tekst znika.

I dopiero teraz profesorowa Geremkowa ze swoim znikopisem w ręku, zapełnionym moimi informacjami, odprężona pyta: – A dlaczego pan nie telefonował?

Ja: Bo telefony są na podsłuchu.

Profesorowa Geremkowa: Tu wszystko jest na podsłuchu!

Ja: ?! !? !!! …

Profesorowa Geremkowa: …

25 stycznia 1985


Straszne śniadanie u Jana Józefa Szczepańskiego
Szesnastego marca 1985 w opactwie benedyktynów w Tyńcu pod osłoną „Dni Skupienia” rozpoczyna się tajny zjazd delegatów polskiego podziemia literackiego, powstałego po rozwiązaniu w stanie wojennym Związku Literatów Polskich. Z Poznania do Krakowa udaję się z Ewą Najwer i Egonem Naganowskim nocnym pociągiem sypialnym, dalej pojedziemy samochodami tamtejszych kolegów. Szarym świtem na dworcu w Krakowie wita nas Jan Józef Szczepański, ostatni prezes rozwiązanego ZLP, i przed wyjazdem do Tyńca zaprasza do siebie na Helclów 21. Jest już tam czwarty poznański delegat, Jerzy Korczak, który dojechał z Zakopanego, gdzie wypoczywa, dołączają pisarze z Warszawy, Gdańska, Wrocławia, Łodzi, Katowic, Szczecina, Lublina, Torunia, miejscowi – Kornel Filipowicz, Tadeusz Chrzanowski, Wiesław Paweł Szymański, Włodzimierz Maciąg, Kazimierz Traciewicz – dojadą bezpośrednio do opactwa. Posadzeni za dużym okrągłym stołem, mamy zjeść śniadanie.

O tak wczesnej porze, poza filiżanką kawy, nie jestem w stanie czegokolwiek przełknąć.

Prezes Szczepański siada naprzeciwko, pyta Naganowskiego o podróż i o poznańskie nowiny, bawi się wygasłą fajką i trochę mi się przygląda. Wszyscy żwawo jedzą, pani domu zastawiła stół półmiskami specjałów, ja popijam kawę i na nic więcej nie mam apetytu.

Po chwili Jan Józef przesuwa ku mnie półmisek twarogu ze szczypiorkiem. Uprzejmie dziękuję.

Po kilku minutach pan domu przysuwa ku mnie talerz gotowanych jaj i krótko potem parującą miskę jajecznicy na maśle, nie przestając rozmawiać. Przepraszam, ale dla mnie jest za wcześnie na śniadanie.

Po krępująco długiej pauzie gospodarz proponuje mi sery pleśniowe, żółte i bryndzę oraz pszenną bułkę. Grzecznie się uśmiecham, ale przecząco kręcę głową. Gwar rozmów cichnie, literaci, przyjezdni i miejscowi, obracają ku mnie zdumione oblicza i unoszą brwi.

Prezes wstaje, idzie do kuchni, wraca i bez słowa stawia przede mną słoik dżemu i drugi, z miodem. Naprawdę, przykro mi, chciałbym poprzestać na tej świetnej kawie.

Czuję w sobie narastający popłoch. Mam poczucie Gombrowiczowskiej pupy i Witkacowskiej dziwności istnienia w jednym, ale w ich niepodejrzewanych, skrajnie nieprzyjemnych wersjach.

Po długiej jak wieczność chwili gospodarz wstaje i w milczeniu przenosi ku mnie salaterkę ryby w galarecie. Grzecznie odmawiam. Mam wypieki, pali mnie nieokreślona odmiana winy, czuję się osaczony. Wydaje mi się, że prezes na tym skończy, ale postanawiam, że jeśli nie – trudno, dla świętego spokoju, a raczej dla przywrócenia równowagi w Kosmosie przełknę to, co mi teraz zaproponuje.

W najgorszych myślach nie przyszłoby mi do głowy, że Jan Józef uda się do kuchni po pęto wiejskiej, tłustej, podwędzanej kiełbasy z Kasinki Małej w Beskidzie Wyspowym, gdzie ma góralski domek. Kładzie przede mną deskę z pokaźnym wieńcem grubej wędliny, żytnim chlebem i wielkim nożem. Czerwony jak burak, zbity z pantałyku, pamiętając o postanowieniu, odkrawam porcję, zjadam kiełbasę i zagryzam razowcem. Dla świętego spokoju, a raczej dla przywrócenia równowagi w świecie.

– No. Tak przypuszczałem – oznajmia pan domu donośnie, a mnie pali wstyd i chcę zapaść się pod podłogę. Pisarz wraca za stół, podejmuje rozmowę z gośćmi, oddaje się nabijaniu fajki tytoniem i więcej nie zwraca na mnie uwagi.

Przed wyjazdem do Tyńca na „Dni Skupienia” z figlarnym błyskiem w oku zachęca mnie tylko do skorzystania z ubikacji. „W krzaczki korytarzem prosto i w prawo” – wskazuje cybuchem trzymanej w dłoni fajki. Idę tam, pokonany, z pokorą. Strach pomyśleć, co by to było, gdybym odmówił.

16 marca 1985


Z więzienia do Belwederu
Dwudziestego szóstego października 1985, o wpół do dwunastej w południe, w mieszkaniu Jerzego Korczaka przy Chełmońskiego 22/6 w Poznaniu trwa akcja Służby Bezpieczeństwa, wspomaganej przez Milicję Obywatelską, utajniona pod kryptonimem „Olejarnia”. W związku z nielegalnym zgromadzeniem zatrzymani zostają przedstawiciele warszawskiego, krakowskiego, gdańskiego, łódzkiego, bydgoskiego, szczecińskiego i poznańskiego niezależnego środowiska literackiego, pisarze Edward Balcerzan, Andrzej Braun, Krystyna Byczewska, Kazimierz Dziewanowski, Marian Dźwinel, Bolesław Fac, Andrzej Jarecki, Maria Kalota-Szymańska, Ryszard Krynicki, Bogusława Latawiec, Irena i Egon Naganowscy, Ewa Najwer, Jerzy Pachlowski, Jan Prokop, Sergiusz Sterna-Wachowiak, Andrzej Szczypiorski, Wiesław Paweł Szymański, Jerzy Urbankiewicz, Eugeniusz Wachowiak, Tadeusz Żukowski oraz Jerzy Korczak z żoną Teresą, ich współlokatorką i znajdującymi się w mieszkaniu znajomymi, Anną Burkową i Aldoną Rudnicką. Zatrzymanych pod zarzutem uczestnictwa w konspiracyjnym zjeździe pisarzy, przewozi się „sukami” i „łazikami” do Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych przy Kochanowskiego, utajnionego pod kryptonimem „Gimnazjum”. Poddaje się ich rewizjom i przesłuchaniom, po czym wypuszcza pojedynczo na wolność, co trwa mniej więcej do wpół do piątej po południu. Zamiejscowym nakazuje się natychmiastowe opuszczenie miasta, miejscowym bezzwłoczne udanie się do domów.

Jest sobota, a w poniedziałek w samo południe docent Balcerzan ma odebrać w Belwederze akt nominacji profesorskiej. Mówi o tym Prokopowi, a my z Krynickim i Szczypiorskim, przy jednym stole w świetlicy, do której doprowadza się pisarzy po przesłuchaniach, chcąc nie chcąc słyszymy ich cichą rozmowę. Szczypiorski spogląda na zegarek, coś półgłosem oblicza i zwraca się do Balcerzana:

Szczypiorski: No, to pan nie zdąży.

Balcerzan: Jak to?

Szczypiorski: W takich sytuacjach zwykle dają czterdzieści osiem godzin aresztu, to pan nie zdąży na dwunastą do Warszawy w poniedziałek.

Balcerzan: ?!

Szczypiorski: Niech pan im powie, żeby nadali faks do Belwederu…

Balcerzan: !?

Szczypiorski: …że pan nie zdąży, bo właśnie siedzi pan zamknięty na esbecji.

26 października 1985


Ogrodowczyk i stan wojenny
1
„Sterna wojenny: – Tak zwanych «kolaborantów» podczas okupacji strzyżono «na pałę».

Do mnie podczas stanu wojennego tak zwane podziemie miało żal, że absolutnie nie zamilkłem. Sterna: – Musisz uważać. Chojnacki dwa lata pracował w spółdzielni fryzjerskiej!”.

(Andrzej Ogrodowczyk, Cahiers, zeszyt 31, zapis niedatowany, rękopis w archiwum autora: SS‑W)
2
„Ze Sterną cztero-, pięcioletnia przerwa: każdy inaczej liże rany stanu wojennego.

Sterna: – Dzisiaj będę u ciebie, zdajesz sobie z tego sprawę?

Odchodzi. Szybko przestaję go widzieć. Krzyczy: – Andrzej!

– No?

– Ale mgła”.

(Andrzej Ogrodowczyk, Cahiers, zeszyt 39, zapis niedatowany, rękopis w archiwum autora: SS‑W)

4 listopada 2017


Ksiądz Oszajca w kinie życia
Jesienią, a może latem 1985 ksiądz Wacław Oszajca bawi w Antwerpii na zaproszenie Fundacji Rodziny Nissenbaumów. Goszczą go Sara Bass i Manfred Frenkelowie, stare, mądre żydowskie małżeństwo. On, bankier, nieustannie stara się gościa czymś zająć. Po pokazaniu mu wszystkich, no, prawie wszystkich możliwych diamentów, odwiedzeniu szlifierzy drogich kamieni, jubilerów, kupców i bankierów, zwiedzeniu kościołów, zabytków i muzeów – funduje kapłanowi bilet do kina nonstop. Można tam obejrzeć kilka filmów, nie trzeba szybko wracać do domu przy Quinten Matsijslei. Rad nierad, ksiądz Wacław udaje się do multipleksu. W pierwszej sali wyświetla się film kryminalny, w drugiej – pornograficzny, w trzeciej – film o świętym Franciszku z Assyżu.

Po obejrzeniu kilku scen ostrego filmu kryminalnego, Wacek udaje się na film pornograficzny. – Jak długo można oglądać kryminał? Biją w mordę, ganiają, strzelają, krew się leje, szybko się nudzi – mówi poeta i prezbiter w jednej osobie.

Po obejrzeniu kilku scen ostrego filmu pornograficznego, Wacek udaje się na film o świętym Franciszku z Assyżu. – Nie to, że księdzu nie uchodzi. Ale raczej się nie przyda – wyjaśnia prezbiter i poeta w jednej osobie.

Po obejrzeniu kilku scen ostrego inaczej filmu o świętym Franciszku z Assyżu, Wacek wraca na film pornograficzny. – Franciszek ze świętą Klarą za rączkę skaczą po łące, ptaszki śpiewają, kwiatki kwitną, zza chmurek wyglądają aniołki. Ile można znieść takiego kiczu! – zżyma się ksiądz widz, człowiek, choć poeta i prezbiter. – Wróciłem na pornosa. Tam przynajmniej było coś z życia.

30 kwietnia 1989


Dodge dla Dżanusa
Wiosną 1986 poeta Roman Chojnacki odbywa podróż studyjną po USA; procentuje mu w ten sposób dodatkowe, poza teatrem, zatrudnienie w roli korepetytora języka polskiego w konsulacie amerykańskim w Poznaniu. Na miejscu spotyka się z nie widzianym od pięciu lat Stanisławem Barańczakiem, z Januszem Głowackim i Zygmuntem Grossem. Mimo propozycji zostania w USA, postanawia wrócić do Polski.

Głowacki odwiedza Chojnackiego w jego skromnym mieszkaniu stypendysty na Manhattanie, spragniony wieści z Kraju. Chciałby też podać do Polski maszynopisy nowych utworów i kilka listów. Roman nie zaryzykuje przewiezienia tekstów, ale wie, jak to zrobić. Posłać wojskowym samolotem do amerykańskiej bazy w Berlinie Zachodnim, skąd dodgem amerykańskiej poczty dyplomatycznej zostałyby przewiezione do Polski.

Dżanus, jak nazywają go tutaj Amerykanie, polscy przyjaciele, znajomi i wreszcie on sam, dopytuje, czy jest to pewne. Bardzo pewne i wypróbowane. Tą drogą da się przetransportować nawet pisarza we własnej osobie. W sposób, w jaki ósmego listopada 1981 wywieziono na Zachód pułkownika Ryszarda Kuklińskiego z rodziną. Głowacki, jak Kukliński, zostałby zapakowany do dużego, wygodnego kartonu.

Po namyśle Dżanus postanawia zostać w Ameryce. Ale jest mu raźniej ze świadomością, że pewnego dnia może niepostrzeżenie pojawić się w Warszawie, skąd jak zechce, amerykańskim sposobem mógłby znów wymknąć się po angielsku do Nowego Jorku. Przetartą przez Kuklińskiego trasą póki co wyprawione zostają same teksty, bez pisarza.

12 września 2017


La bestia è morta, la bestia è viva
„Mówię do Sterny: – Przypominasz sobie taki zapis z Miłosza? Szwajcaria, kobieta siedzi w autobusie, w pewnej chwili rozwiera nogi i wskazującym palcem pokazując krocze woła po włosku: la bestia è morta! la bestia è morta!

Sergiusz, trochę nostalgiczny, trochę zasępiony: – Renia, jak wychynie z domu w Europę, zawoła inaczej: la bestia è viva! la bestia è viva!

(Andrzej Ogrodowczyk, Cahiers, zeszyt 1, zapis niedatowany [VI 1986], rękopis w archiwum autora: SS‑W)

28 października 2017


Czas łaskotania wieloryba od środka
„Zasłyszane, dlatego mogłem coś zniekształcić, z rozmowy Władysława Bartoszewskiego z redaktorką zachodnioniemieckiego pisma:

– A jak pan ocenia sytuację małych narodów w Europie Środkowej?

– Pozwoli pani, że odpowiem przypowieścią biblijną, jako że Biblia wiele tu wyjaśnia, nie tylko zresztą chrześcijanom. Otóż sytuacja małych narodów w Europie Środkowej jest sytuacją Jonasza w brzuchu wieloryba. Ale nadchodzi taki czas, że wieloryb w pewnym momencie wykrztusi z siebie Jonasza.

– A jak mają się zachować wspomniane narody podczas pobytu w brzuchu wieloryba?

– Powinny go łaskotać”.

(Eugeniusz Wachowiak, Zapis refleksyjny 1986 z 30 XI, maszynopis w archiwum autora: SS‑W)
Appendix
„Poznań, 23 XI 1959
Kochana Basiu,
[…] Przekomarzanie się literatów z reżymem jest moim zdaniem zamierzeniem nierealnym. «Kiedy połknął Jonasza – proroka wieloryb» (Lekkomyślne serce).
Balzaka całego przeczytałam w Petersburgu i Lidzie w czasie rewolucji, żeby nic nie widzieć i nie słyszeć. Było tego 38 tomów!

[…]

Ściskam Cię serdecznie,
Kazia”.

(Kazimiera Iłłakowiczówna, Listy do siostry Barbary Czerwijowskiej z lat 1946–1959, Poznań 2014)

8 października 2015


Joyce i Sterna o kotach
„Rozważania o psychice kota: «Ciekaw jestem, jak mnie widzi. Wysokiego jak wieża? Nie, bo może na mnie wskoczyć» (Ulisses, przekład Macieja Słomczyńskiego).

Komentarz: czwarta rano. Wychodzę od Sterny. Kot Puffi wpatruje się w nas, w korytarzu. – Ciekawe, co on myśli? – mówię do Sterny, który odpowiada: – Chyba coś takiego: «Ale duże koty!». A jak malujemy pokój i jest chaos, pewno myśli, że wybuchła wojna.

Joyce i Sterna o kotach”.

(Andrzej Ogrodowczyk, Cahiers, zeszyt 17, zapis niedatowany, rękopis w archiwum autora: SS‑W)

27 października 2017


Nobel Brodskiego, Krynicki i śledzie
„Brodski: Nobel. Czterdzieści sześć lat. Rozsiewacz nawozu pod Archangielskiem (skazany), profesor zachodnich uczelni. Nieokiełznany temperament. Brawura, słowiańskość, wódka.

Krynicki zamyślony, zmelancholizowany wieścią o Noblu dla Brodskiego, w ciszy; po chwili do Żukowskiego: – Więc jak się skrobie te śledzie?”.

(Andrzej Ogrodowczyk, Cahiers, zeszyt 40, zapis z 16 XI 1987, rękopis w archiwum autora: SS‑W)

4 listopada 2017


Polski Kien
„Krynicki jest podobno najwyższej klasy bibliofilem. Tylko kilku ludzi w Europie zna się tak na książkach i ma ich tyle w domu. Sterna mówi, że to zmiata nasze biblioteki w nicość. Krynicki już w akademiku trzymał walizę książek pod tapczanem. Nie pożyczał. W tym pozostał stały. Jest polskim Kienem, który nie spłonie.

Głupstwo napisałem. Śmierć. Wszystko spłonie. Biblioteki. Świat”.

(Andrzej Ogrodowczyk, Dziennik, zapis z 12 I 1988, rękopis w archiwum autora: SS‑W)
Appendix
„Książki spadają na ziemię. Kien chwyta je długimi rękami. Jak najciszej, żeby go z tamtej strony nikt nie słyszał, zanosi stos po stosie do przedpokoju. Piętrzy je pod żelaznymi drzwiami. I gdy obłędny hałas rozsadza mu mózg, buduje z książek olbrzymi szaniec. Przedpokój zapełnia się niezliczonymi tomami. Kien bierze drabinę na pomoc. Wkrótce dochodzi do sufitu. Wraca do swego pokoju. Regały zieją na niego pustką. Dywan przed biurkiem pali się wysokim płomieniem. Kien idzie do izdebki przy kuchni i wyciąga z niej wszystkie stare gazety. Rozkłada je i gniecie, robi z nich kule i ciska we wszystkie kąty. Drabinę ustawia na środku pokoju, tam gdzie przedtem stała. Wspina się na szósty szczebel, pilnuje ognia i czeka. Gdy płomienie go wreszcie dosięgają, zaczyna śmiać się tak głośno, jak nie śmiał się jeszcze nigdy w życiu”.
(Elias Canetti, Auto da fé, przekład Edyty Sicińskiej, Warszawa 1979)

1 listopada 2017


[wszystkie sceny z życia artystów do przeczytania w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.