10/2018

Leszek Bugajski

Skądinąd – Paul Auster

Paul Auster pisał dotychczas raczej oszczędnie, bardziej niż „przygody” interesowała go psychologia postaci. Jego utwory były impresyjne, umownie to określając – introwertyczne, a nie ekstrawertyczne. Skupione na intymnych przeżyciach bohaterów, ich kameralnych relacjach z innymi osobami, a nie na szerokim tle społecznym. Od dawna wiadomo było, że jednak Auster interesuje się polityką, ma określone poglądy (lewicowe), a ostatnio nawet bardzo ostro wypowiada się w wywiadach na temat przemian zachodzących w Ameryce czasów prezydentury Donalda Trumpa.

Przez blisko trzydzieści lat konsekwentnie trzymał swoją prozę daleko od takich spraw i niekiedy mawiał, że literatura to jedyny obszar tak intymnych spotkań duchowych, do jakich dochodzi pomiędzy autorem i jego czytelnikiem. Lecz w końcu musiał sobie Auster uświadomić, że jednak owe intymne spotkania, które definiują według niego literaturę, nie mogą się obejść bez nawiązań do tego, jak zmienia się świat, w którym żyją uczestnicy tych spotkań. Ba, jak są oni przez te zmiany kształtowani i jak one wpływają na ich życie wewnętrzne. I to jest ten moment, w którym pisarz zaczął dojrzewać do napisania takiej księgi (ponad osiemset stronic), jaką jest wydana niedawno i u nas powieść 4321 (przeł. Maria Makuch, Wydawnictwo Znak, Kraków 2018). Ale wcześniej, w 2010 roku, ukazał się jeszcze inny jego utwór, niejako przygotowujący grunt pod 4321, a może nawet stanowiący jego próbę generalną.

Sunset Park jest chyba w dorobku Austera pierwszą powieścią – a napisał ich przecież kilkanaście – która ma szeroki kontekst społeczny. Zarówno jej bohater, jak i kilka postaci pierwszoplanowych i drugie tyle drugoplanowych wnoszą do niej różnorodność życiowych postaw, ambicji, planów, duchowych rozterek, kompleksów, walczą o miłość, co jeszcze nie było radykalną nowością w prozie Austera. Nowością było, że oni buntują się przeciwko regułom systemu, w jakim żyją. W Sunset Park wzniósł się ponad labirynt rozterek doświadczanych przez bohaterów wcześniejszych powieści, żaden z nich nie przeżywa takich kłopotów z własną tożsamością, jak chociażby bohaterowie najsłynniejszego i najwyżej cenionego utworu Austera, Trylogii nowojorskiej. Pisarz wyrzekł się swojego podstawowego narzędzia, jakim była magia przenikania się ludzkich osobowości, i opisuje tu świat niejako z zewnątrz. Zaskoczył czytelników i dał im, krótko mówiąc, konsekwentnie realistyczną powieść, która nie ma nic wspólnego z często mu przypisywanym pokrewieństwem z Kafką.

Od tego czasu minęło siedem lat, których większą część poświęcił tworzeniu 4321 i tak oto na swoje siedemdziesiąte urodziny wydał w styczniu 2017 roku utwór, który przewyższa wszystko, co dotychczas napisał, jeśli nie pod względem pisarskiej precyzji, to z pewnością rozmachem, i to takim, który można nazwać powieścią pokoleniową. Wprawdzie nie używa się tego określenia w stosunku do utworów pisarzy mocno dojrzałych, jakim dzisiaj jest Auster, lecz młodych, którzy próbują określić swoje miejsce w świecie i nie czuć się przy tym samotnie, ale poczucie pokoleniowej wspólnoty wcale nie musi wygasać z upływem lat. A kiedy starość się zbliża, przychodzi czas życiowych podsumowań oraz autoanalizy i wtedy też zaczyna się badanie tego, co dla człowieka wynika z pokoleniowej przynależności, czy i jak go ona ukształtowała. I zastanawiania się także nad tym, od czego zależała życiowa droga, jaką się ma za sobą, które decyzje były kluczowe, które przypadki decydujące.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Auster był dwudziestolatkiem (urodził się w 1947 roku), uczestniczył w studenckich buntach tamtego okresu, jako że studiował na uniwersytecie Columbia, gdzie było wtedy bardzo gorąco, z bliska obserwował rodzenie się oraz błądzenie kontrkultury. I czuł, że należy do wyraźnie określonego pokolenia, które dwudziestoletni bohater jego powieści próbuje tak zdefiniować: „Powojenne dzieci rocznika 1947 miały niewiele wspólnego z dziećmi wojny urodzonymi zaledwie dwa-trzy lata wcześniej, rozłam pokoleniowy był wyraźny, mimo tak małej różnicy wieku dawał się we znaki i podczas gdy większość starszych studentów nadal brała za dobrą monetę lata pięćdziesiąte, Ferguson z kolegami już wiedzieli, że przyszło im żyć w świecie irracjonalnym, w kraju, który morduje swoich prezydentów, ustanawia prawa przeciw swoim obywatelom i wysyła młodych ludzi na śmierć w bezsensownej wojnie, więc lepiej zdawali sobie sprawę z bieżącej rzeczywistości niż ich starsi koledzy”.

To właśnie z takich powodów nazwałem przed chwilą 4321 powieścią pokoleniową dzisiejszych sześćdziesięcio- i siedemdziesięciolatków, generacji, która uświadomiła sobie w bardziej drastyczny sposób niż inne swoją odmienność i wielkie rozczarowanie światem, który po wojnie miał być już tylko wspaniały, przyjazny wszystkim jego mieszkańcom i szczęśliwy. I bezradność wobec tego rozczarowania, z którym nie wiadomo było, co zrobić, i zrobiło się to, co można było: zakwestionowało obyczajowe standardy i kulturę poprzednich pokoleń. Dla następnych pokoleń przekonanie się, że jest inaczej, nie było już tak wielkim szokiem, wiedziały od najmłodszych lat, że jest kiepsko, bo zawsze było kiepsko, i nie dorastały w czasach euforycznej wiary, że koszmar II wojny światowej był odkupieniem wszystkich przeszłych win ludzkości.

Akcja powieści Austera zamyka się w latach sześćdziesiątych, a jej bohater jest rówieśnikiem autora. Więc powieść autobiograficzna? Na pierwszy rzut oka można odnieść takie wrażenie, zwłaszcza że pojawiają się inne elementy wspólne życiorysu autora i bohatera powieści: studia na Columbii, kilkuletni pobyt w Paryżu, konsekwentna realizacja marzenia o zostaniu pisarzem itd. Ale Auster energicznie zaprzecza. Jego ambicje były o wiele większe, a książki autobiograficzne już ma za sobą (Wynaleźć siebie – polskie wyd. 1996 i Dziennik zimowy – 2014).

Bohater 4321 nazywa się Archie Ferguson, lecz w rzeczywistości w powieści jest czterech Fergusonów, których życia przebiegają – przynajmniej do tego momentu, do którego mogą – równolegle i wiele szczegółów tych alternatywnych losów jest podobnych, choć różnią się niuansami. I w tych niuansach kryje się tajemnica powieściowej narracji. Właściwie we wszystkich snutych równolegle opowieściach występują te same główne postaci, ale choć te same, to delikatnie inne i z tej inności, przez jej piętrzenie się, wynikają zupełnie inne losy. One się w sobie przeglądają, mają współbrzmiące punkty zwrotne, wspólne elementy, ale też sprawiają, że osoba Fergusona jest jakby rozmyta w czasie i tłumie, że ten Ferguson, a właściwie czwórka Fergusonów to każdy z nas, że 4321 – jak to podsumował w autotematycznym fragmencie ten spośród nich, który został pisarzem – jest „przypowieścią o ludzkim losie i pokonywaniu nieustannie rozwidlających się dróg życiowych”.

W niedawnym wywiadzie Auster powiedział, że powieściopisarstwo ma wiele wspólnego z aktorstwem. I jest w tym sens: aktor gra różne postaci, ale zawsze przecież wiemy, że to on, mimo charakteryzacji, zmiany głosu czy kostiumu, zawsze spoza maski wygląda jego twarz. I podobnie jest pisarzem – jak wiele by wymyślił i odtworzył na kartach powieści postaci, widać zza nich jego samego, jego doświadczenia, przeżycia, usposobienie. To właśnie jest przypadek Austera jako autora 4321 – stworzył czterech bohaterów, którzy się różnią od siebie, ale za każdym z nich widać autora, bo wszyscy oni składają się na jego zbiorowe alter ego.

Paul Auster: 4321
przeł. Maria Makuch.
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2018., s. 848.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.