02/2019

Miłosz Waligórski

Słowacja

1.
Słyszał-li kto, żeby biali policjanci podczas przesłuchania stłukli na śmierć czarnoskórego współobywatela? Los Angeles z początku lat dziewięćdziesiątych, sprawa Rodneya Kinga? Zimno, zimno. To Słowacja – Magnezitovce w powiecie Revúca. W czerwcu 2001 roku wskutek okrutnej kaźni zmarł tam na komendzie Karol Sendrei, pięćdziesięciojednoletni Rom, ojciec dzieciom. Sprawców postawiono przed sądem dopiero sześć lat później. Pierwsze wyroki zapadły w 2009 roku.


2.
Słyszał-li kto, żeby w czasie drugiej wojny światowej chrześcijanie grabili mienie Żydów? E, nic nowego. Aryzacja (Arisierung), czyli, mówiąc kolokwialnie, ekspropriacja majątku starozakonnych obywateli Trzeciej Rzeszy i tzw. Kraju Warty znana jest wszem i wobec. Do plądrowania sklepów, maczania palców w konfiskacie całych firm, w przejmowaniu – oczywiście „za zgodą” właścicieli – zakładów i fabryk żydowskich przyznałby się niejeden berlińczyk i niejeden poznańczyk. Ale żeby coś podobnego działo się w Słowacji? W Czadcy, w Topolczanach, w Żylinie? I to tak, że synowie Janosika – który, jak wiadomo, yhm, złym brał, a biednym dawał – za bilety do Auschwitz płacili ze skonfiskowanych pieniędzy? Pięćset reichsmarek za jednego człowieka, zupełnie dobrowolnie, bez żadnych nacisków ze strony III Rzeszy…


3.
Słyszał-li kto o bohaterze ze skazą i zmazą? Wałęsa „Bolkiem”? Maksymilian Maria Kolbe „Rycerzem Niepokalanej”? Wykluczone! Błogosławiony Alojzije Stepinac serbożercą? Nigdy, przenigdy! Idol winien być nie-po-szla-ko-wa-ny. Ján Vojtaššák (1877–1965), biskup diecezji spiskiej, męczennik Kościoła katolickiego z widokami na beatyfikację, w czasie, kiedy Słowacją rządził ksiądz Józef Tiso, zajął pasywne stanowisko wobec deportacji Żydów1, co kładzie się długim cieniem na jego skądinąd świetlanej biografii. Od tego faktu większość Słowaków odwraca jednak wzrok. Nie chcą w to wierzyć. Dysonans poznawczy popycha ich w stronę autosugestii: „To niemożliwe, bohater nie grzeszy” – wmawiają sobie, łagodząc napięcie między złożoną prawdą a prostym życzeniem.


4.
Słyszał-li kto o pustym mauzoleum? Od odkrycia grobu Tutenchamona (1922) i zabalsamowania zwłok Lenina (1924) historia Europy Środkowej upływa pod znakiem boomu na mumifikacje. Zwłoki wielkich mężów poddaje się plastynacji, co hamuje rozkład, a przyspiesza mitologizację, następnie składa się je w marmurowych sarkofagach, ustawiwszy po bokach dwu sztywnych gwardzistów – i obiekt kultu gotowy. Kenderes na Węgrzech – mauzoleum Miklósa Horthyego, Kuća cveća (Dom Kwiatów) na Dedinju w Belgradzie – mauzoleum Josipa Broza Tity, wzgórze Vítkov w Pradze – mauzoleum Klementa Gottwalda… Nie dziwota, że takie miejsce zamarzyło się również Słowakom po śmierci ojca narodu, księdza Andreja Hlinki (1864–1938). Przed kościołem w Rużomberku wzniesiono wówczas grobowiec z jego ciałem, które jednak kilka lat później zaginęło w wojennej zawierusze. Dlatego dzisiaj podczas uroczystości państwowych spod uchylonego wieka zionie dojmująca nieobecność, a lud kłania się cenotafowi. Na szczęście, jeśli ktoś szczerze łaknie dotyku legendarnego plebana, może odwiedzić jego dom rodzinny w Černovej, gdzie stoi naturalnej wielkości figura z wosku, dzieło mistrza z Prievidzy – wiecznie żywy Andrej Hlinka z czuprynką anioła. (Tworząc fryzurę, rzeźbiarz nie bez kozery użył włosków swojej córki).


5.
Słyszał-li kto o słowackim trójkącie bermudzkim, skąd znikają ludzie i dobre pomysły? Gemer, region na południu kraju, niegdyś, w XIX wieku, matecznik budzicieli świadomości narodowej, obecnie jest krainą FOR SALE, wyludnioną do tego stopnia, że plajtują w niej nie tylko knajpy i piekarnie, ale i apteki – nie ma komu chorować, a domy są tak tanie, że willa kosztuje tam mniej niż metr kwadratowy mieszkania w stolicy. Pech prześladuje Gemer. Kiedy w 1938 roku jego część przypadła Węgrom, miejscowi nie bez wysiłku zbudowali tunel pod klinem obcej ziemi, który miał łączyć słowackie przysiółki. W 1945 roku ich trud okazał się daremny – granica wróciła na swoje przedwojenne miejsce. W XXI wieku nikomu niepotrzebny, dysfunkcjonalny tunel stał się symbolem przelewania z pustego w próżne.


6.
Z szeregiem tego typu zagadnień konfrontuje się słowacki reportażysta Andrej Bán w swojej najnowszej książce Slon na Zemplíne (Słoń na Zemplinie), będącej porywającą kroniką wojaży po Słowacji niesamowitej: z Czernej nad Cisą aż do Bratysławy, z Czadcy aż po Kráľovský Chlmec, z północy na południe, ze wschodu na zachód i naspäť. Poza wieloma sprawami ciężkiego kalibru – Romowie, dekomunizacja pomników, korupcja na najwyższych szczeblach władzy, madziaryzacja – znajdziemy tu także historie w tonie buffo. Choćby opowieść o piesku Ťapko z miasta Partizánske, czyli, nie przymierzając, słowackiej Nowej Huty (miasto planowane). Ťapko, pierwszy komunalny czworonóg pod Tatrami, spolaryzował lokalną społeczność. Najpierw po interwencji lokatorów sam burmistrz dał mu pozwolenie na pobyt stały pod schodami w jednym z bloków, a później, kiedy okazało się, że jedzenie, które kundelek dostaje od ludzi, przyciąga szczury, w obliczu zagrożenia część lokatorów wystąpiła z petycją o wyłapanie Ťapka. Czy spór skończył się hyclem, dowie się każdy, kto sięgnie po Słonia.


7.
W ogóle po przeczytaniu tej książki czytelnik będzie mógł odpowiedzieć na wiele naglących pytań dotyczących naszego południowego sąsiada. Na zachętę wyliczę kilka z nich: Od kiedy mieszkańcy Hybia w kraju żylińskim śpią w piżamach? Kto w Austro-Węgrzech jeździł koleją za symboliczną koronę? W którym regionie Słowacji w czasie drugiej wojny światowej mieszkało najwięcej donosicieli i kapusiów? Co w czasach Gottwalda groziło za otrucie kury? O co chodziło emerytom i rencistom z Bańskiej Szczawnicy, którzy w 1941 roku wyszli na ulice miasta, skandując: „Żądamy podeszew”? Ilu Słowaków przypada na jednego niedźwiedzia? (Podpowiedź: 600 misiów vs. 5445809 obywateli). Który region jest rajem dla kłusowników? Co robił włoski cyrkowiec na, nomen omen, czubku wieży widokowej w Svidniku? Jak Breżniew całował Honeckera, a jak Aleksandra Dubczeka? Czy to możliwe, żeby wróżka na telefon została – drogą groźby i szantażu – burmistrzynią Humennégo? Albo żeby Sečovce w kraju koszyckim były mekką miłośników permakultury (z perma-ubikacją!), ściągającą hipsterów z całego świata, w tym z najodleglejszych zakątków placu Zbawiciela?


8.
To tylko garść wątków ze Słonia na Zemplinie. Wszystkich nie sposób wyszczególnić, choćby z powodu ich liczby, gęstości i skomplikowania. Dość powiedzieć, że Bán brał lekcje u koryfeuszy słowackiego reportażu, Jána Čomaja i Ladislava Mňački, i że ta nauka nie poszła w las. (A i o lasach w Dolinie Górnego Hronu przeczytają tu amatorzy popularnego w Polsce eko-piśmiennictwa). Zasadniczo wydaje nam się, że mamy monopol na ów gatunek prozy dokumentalnej. Jasne, literatura polska obfituje w świetnych reporterów, ale nad Wagiem też nie mają powodów do wstydu.


9.
Kiedy wczesnym latem 2018 roku Małgorzata Wojcieszyńska, redaktorka naczelna „Monitora Polonijnego”, zapytała goszczącego w Bratysławie Wojciecha Góreckiego, dlaczego Słowacja nie doczekała się jeszcze swojego Witolda Szabłowskiego czy Mariusza Szczygła, usłyszała w odpowiedzi: „Może dlatego, że jest taka oczywista? Tu się często przyjeżdża”. Nie wiem, czy jego słowa trafiły do Andreja Bána, który kiedyś opuszczał swoją ojczyznę, żeby pisać o miejscach, jak mu się zdawało, „ciekawszych” – ciekawszych, bo egzotycznych – a który ostatecznie uznał, że te wyjazdy, przynajmniej do pewnego stopnia, miały charakter dezercji, że uciekał ze Słowacji, bo było mu tam za ciasno, bo była za mała i za nudna. Im dłużej jednak przyglądał się jej z oddalenia, tym bardziej słabła w nim pewność, że tak jest w istocie. W końcu, trzydzieści lat temu, ruszył w podróż pod prąd stereotypów. Rozpoczął krajoznawczą wędrówkę po Spiszu, Zemplinie, Detvie, Zamagurzu, Kysucach… Był wszędzie, jak Słowacja długa i szeroka. Zjeździł cały kraj i nie wrócił bez plonu. W czerwcu 2018 roku – jakby sprowokowany przez Wojciecha Góreckiego – w wydawnictwie Absynt ogłosił Słonia na Zemplinie, którego powinien przeczytać każdy, kto umie czytać po polsku, wszakże słoń, niechby i słowacki, to, jak pisał Barańczak, „wielki przyjaciel Polski”.
Andrej Bán: Slon na Zemplíne
Absynt
Žilina 2018, s. 248
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.