10/2018

Dariusz Bitner

Spisek (34)

Wpis
Dedykacje zachwyciły mnie w młodości. Przynajmniej niektóre z nich. Jest ich przecież tyle, że niepodobna sprawdzić, ile i jakie są. Może większość to banalne, zwyczajne i po latach (bywa, że nawet autor to stwierdza) niepotrzebne ukłony. Ot, kurtuazja, wiadomo. Zapewne tych niezwykłych jest tylko kilka na całym świecie albo kilkanaście. Niewiele o tym wiedząc, wychodząc z całkiem zasadnego wyobrażenia, że nie ma nikogo, kto zrobiłby kwerendę dedykacji powstałych w czasie i przestrzeni, kto przebrałby całe to mrowie i wybrał finezyjne perełki – doszedłem do prostego, narzucającego się ostentacyjnie wniosku, że skoro wiem tak mało, wystarczy akurat, by napisać o tym felieton. Tak właśnie powstają felietony (może i doktoraty, ale o tym akurat nie wiem nic, słyszałem tylko plotki oszczercze). Co też zrobiłem. Napisałem (Dedykacja, opublikowana w Ciągu dalszym, Wydawnictwo Glob, Szczecin 1989), niesiony falą zachwytu nad wpisem, jaki zamieścił James Jones w książce Pistolet (The Pistol) wydanej w tłumaczeniu Zofii Kierszys (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970). Zamieszczam go tu, wydłubując z przeszłości.


Książki tej nie poświęcam nikomu ani niczemu. Poświęciłbym ją mojej żonie, Glorii, która pomagała mi jako żona i jako czytelnik, gdyby nie to, że nudzą mnie takie dedykacje mężów wdzięcznych swoim żonom za to, że są ich żonami. Moja żona zgadza się ze mną.


Ilekroć o tym wspominam, przychodzi mi na myśl groteskowa, a może tylko idiotyczna scena, która wydarzyła się w czasie stanu wojennego (jak to brzmi, aż ciarka samotna przebiegła obok biurka, przy którym siedzę). Mam na myśli pewną rozmowę telefoniczną, która odbyła się pomiędzy mną a H.Z. z Warszawy w czasie, gdy takiemu przedsięwzięciu wciąż jeszcze towarzyszył tajemniczy głos (spersonifikowany w filmie Sylwestra Chęcińskiego Rozmowy kontrolowane przez Ryszarda Kotysa). Prawda jest taka, że kontrolowanie rozmów telefonicznych uważane było powszechnie za jeden z elementów groteski w całkiem ponurych i mało zabawnych realiach ówczesnej Polski. Jakiś element inwigilacji był wszak nie tylko możliwy, ale też oczywisty. Rzecz w tym, że nikt nie wiedział, na kogo (poza pewnymi oczywistościami) padnie i na kogo bęc. Cóż, H.Z. nie był postacią anonimową, pracował w redakcji „Polityki” (tygodnika o znaczeniu wielekroć większym niż dzisiejsze tygodniki razem wzięte, pisma poważnie związanego ze sferami rządowymi, nie tylko za sprawą swego redaktora naczelnego).

Dodam jeszcze, że wciąż miałem z tyłu głowy echa komunikatów radiowych o wszelkich niesubordynacjach, za które groziły różnej długości kary więzienia, do kary śmierci włącznie. Miałem wtedy na sumieniu pewną przewinę wobec Wojska Polskiego, którą bez trudu dałoby się zakwalifikować jako pokazową wręcz niesubordynację. Więc chociaż powtarzana natrętnie, wręcz obsesyjnie, informacja o czyhającej na niegrzecznych Polaków karze śmierci szybko zaczęła trącić histerycznym tupaniem nóżką rozkapryszonej panienki, to jednak szacunek do słowa robił swoje. „Kara” i „śmierć” wisiała nade mną przez cały stan wojenny, jak miecz Damoklesa.

W takim to krajobrazie odbyła się rzeczona rozmowa telefoniczna kilka dni po powrocie z Warszawy. Tam, w gronie przyjaciół z „Twórczości”, acz w mieszkaniu H.Z., dałem się ponieść emocjom i zacząłem opowiadać o fascynacji dedykacjami, a tą w szczególności, tylko nie umiałem jej przytoczyć w całości. „Ale ja mam tę książkę” – H.Z. zniknął w drugim pokoju, po czym wrócił z powieścią w oryginale, po angielsku. Okazało się, że nie czytał jej jeszcze, ale odszukał dedykację i a vista ją przetłumaczył, ku ogólnemu zadowoleniu. Obiecałem mu przesłać polskie wydanie i oczywiście przesłałem. „Pistolet już ci posłałem” – oświadczyłem przez telefon. Zapadła cisza, w mojej głowie włączyła się wirówka nonsensu. „Mówię oczywiście o książce Pistolet” – dodałem bardzo wyraźnie. „Oczywiście” – poświadczył. Więc brnąłem dalej: „Autorstwa Jamesa Jonesa”. „Tak jest, książka Jamesa Jonesa” – zgodził się. Nie było w naszej rozmowie żadnych śmichów-chichów i więcej do tematu nie wracaliśmy. Książka też do mnie nie wróciła.

Zamknąłem więc temat dedykacji pomieszczanych w druku. W końcu to bez najmniejszego znaczenia, komu autor poświęca swe dzieło, nawet jeśli rzeczywiście pisał je dla wybranej osoby. I tak nieważne dla kogo, ważne jedynie kto. I ważne co.

Teraz jednak (całkiem niedawno, jeśli komuś to coś mówi, że niedawno) uświadomiłem sobie obecność specyficznej odmiany dedykacji. Mam na myśli tę, którą autor odręcznie wpisuje na egzemplarzu książki. Takie wpisy przepadają najczęściej bez śladu; pół biedy, jeśli są to konwencjonalne i zdawkowe wpisy dla obcych autorowi czytelników, ale co z tymi całkiem osobistymi, nieraz finezyjnymi i błyskotliwymi utworkami, które w ostateczności mają jednego tylko czytelnika. Przypomniałem sobie, że sam na prawo i lewo wpisywałem niestworzone opowieści, często rymowane, często narracyjne, stworzone z rękawa, z kapelusza, z mglistych wyobrażeń i niejasnych nastrojów chwili. Hm, takich utworków też nie sposób wyszukać, nie da się ich zebrać, by potem smakować, w oderwaniu od pierwotnej użyteczności. Tyle fajnych wpisów się marnuje…

A oto dedykacja, dla której powstał ten tekst. Przyjęła formę epistolarną, co nie zmienia faktu, że została pomieszczona na stronie przedtytułowej książki Henryka Berezy Wypiski (Wydawnictwo Forma, Szczecin 2006).

Kochany Darku,
Twoją Epistołę czytałem z bijącym intensywnie sercem, narracja Epistoły honoruje mnie ponad zasługę, wielkie dzięki.

Dla historycznej ścisłości uściślam Ci datę naszej pierwszej rozmowy telefonicznej (stała się ona początkiem naszej przyjaźni), rozmowa odbyła się w czwartek, 15 maja 1980. Popatrz, popatrz, więc w tym roku minęło 26 lat od tej rozmowy, która przez Ciebie wcześniej została opisana artystycznie.

Ściskam Cię najczulej w ranek trzeciego dnia mojego jubileuszu, który publicznie nazwałem dopustem Bożym, tak to jest –

Henryk
Warszawa, 29 października 2006


P.S. Wkradła mi się w mój tekst jakaś nielogiczność temporalna, nie będę korygował, niech zostanie dowód mojego „mętniactwa, bełkotu, idiotyzmu”, opisywanych już w gazetach. H.B.


2008
Styczeń. Człowiek, który po latach cierpienia i upokorzeń staje w obliczu sytuacji, gdy kobieta jego życia ginie. Widzi ją, jak wisi na skraju dachu lub coś takiego. Wystarczy, że wyciągnie rękę… Patrzy na nią i nie robi nic. Patrzy, jak ginie. (Pytanie: czy pisząc to, miałem na myśli, że to ona jest sprawczynią jego upokorzeń? Być może. Jednak nie napisałem tego przecież). − I każdy twórca w końcu dobrnie do dylematu: jak to jest – zabić. Zabić? Jak to możliwe. Przychodzi potrzeba zmierzenia się z moralnym aspektem tej ze wszech miar powszechnej i banalnej czynności w historii człowieka.

Luty. Najczęściej wstyd mówić banały, których się zazwyczaj oczekuje, mielić papkę słów, po stokroć już zmielonych. Potem zmuszam się do powiedzenia czegokolwiek i jest to albo banał wyartykułowany z premedytacją, albo myśl jakaś, która w trakcie wypowiadania okazuje się niestosowna, gorzej niż banalna. Jestem zatem mrukiem towarzyskim, personą zbędną. − Victor Davis Hanson, historyk, publicysta i rolnik: „Mamy ludzkie upodobanie do odwagi i przegranych, które wykracza poza czas i przestrzeń”. − Tymczasowość, to wykańcza. Wykończenie jest na zawsze.

Marzec. Samotność. To wykańcza.

Kwiecień. Nagle najprostsze rzeczy stają się niewykonalne. − Każdego dnia zrobić coś pożytecznego. Być może to takie proste. − Otaczają mnie ułudy. Dla nich żyć? − Zaczynam rozumieć, jak to jest, kiedy pętla zaciska się wokół ciebie. Jest coraz mniej możliwości ruchu. W końcu nie ma już żadnej.

Maj. W czasie bliskiego kontaktu z kobietą coraz bardziej wydaje mu się, że możliwe, że warto, wystarczy się z nią zjednoczyć. Jeśli popełni ten błąd, wpadnie w tarapaty na dziesiątki lat. Jeśli przemilczy, nazajutrz upewni się w przekonaniu, że sensu nie ma, a życie jest krótkie.

Czerwiec. Dążenie do szczytu swoich możliwości to cel nadrzędny i jedyny. − Kiedy pada deszcz, zapada cisza. Wreszcie słyszę siebie. Na tle deszczu. − Budzi się i nie jest w stanie wyjść z domu. Samotny. Zapętlony. Zaczyna pracować telefonem, załatwia… próbuje wyjść. Działać. Nie może.

Lipiec. Zadziwia mnie mój umysł. Zamknięty w smutku. − Chciałbym móc umieć siąść i spisywać swoje doświadczenia, myśli, rozterki. Szerokim gestem napisać wspomnienia. Chciałbym móc umieć pisać. Po Bożemu. − Czuję, jak moje wnętrze wypala się, zwęgla. W środku jestem jak osmalona, czarna dziupla, bez śladów jakiegokolwiek życia.

Sierpień. Zaniepokojenie, gdy rano nie ma elektryczności. Cisza w mieszkaniu i w okolicy. Słychać tylko przejeżdżające samochody. W oddali. Idę do kuchni, by zrobić herbatę, ale przecież elektryczny czajnik nie działa. Nie chcę gotować wody w garnku, w jakimś sensie mnie to upokarza. Ale też jestem kompletnie zdezorganizowany. Siadam i zaczynam czytać książkę, by jakoś opanować rozbiegane myśli. Odruchowo próbuję zapalić lampę przy fotelu, bo poranek jest chmurny. Czytam jakoś i czekam na światło. − Zza okna zapach palonych używanych skarpetek. Sąsiad z góry stoi na balkonie i ćmi papierosa. Niedziela. Popiół strzepuje na stolik stojący w ogródku.

Wrzesień. On prowadzi ze światem grę. Spór. Czyta znaki. Próbuje nie dać się przechytrzyć (zbiegi okoliczności, zdarzenia, los). − Świat mężczyzn i kobiet, pandemonium obu światów.

Październik. Udowodnić sobie, że się nie jest pisarzem z przypadku. Fanaberią jakąś się nie jest.

Listopad. Chaos wkrada się co jakiś czas w moje życie. Moja potrzeba ładu i porządkowania nigdy nie jest zaspokojona. Ci, którzy mnie znają i wiedzą, jak żyję, zdziwiliby się zapewne, słysząc, że toczę wewnętrzną krucjatę przeciwko chaosowi. A jednak.

Grudzień. Poczucie niedoganiania obowiązków. Wciąż z czymś zalegam, wciąż odzywa się we mnie poczucie winy. Nadrabianie czegokolwiek, a potem chwila satysfakcji, a potem niepokój: ale czy już zrobiłem wszystko, co trzeba? Zaraz, co ja mam jeszcze do zrobienia? − Boję się wstać po przespanej nocy. Nie chcę się obudzić. Kiedy już muszę, jestem przerażony. Znów dzień.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.