01/2019

Grażyna Obrąpalska

Stany Zjednoczone

Pisarze umierają kilka razy. Każde pokolenie oczekuje od nich czegoś innego. System wartości nieustannie ewoluuje, rewaluując po drodze literacki kanon.

Dotknęło to także zmarłego w zeszłym roku Philipa Rotha (1933–2018). Roth to pisarz o wielkim, niezaprzeczalnym dorobku, lecz tuż po jego śmierci odżyły ze szczególną siłą zarzuty o skrajny mizoginizm.

The New York Times (25 maja 2018 roku) ukazał się artykuł pióra Dary Horn What Philip Roth didn’t know about women could fill a book (w dowolnym tłumaczeniu: O nieznajomości kobiet przez Philipa Rotha można byłoby napisać książkę) opisujący niewygodnego Rotha. Trudno znaleźć kogoś lepiej znającego temat niż jego autorka. Dara Horn jest Żydówką, wychowała się w Newark, mieście na obrzeżach Nowego Jorku, źródła i tła dla wielu książek Rotha. Newark to miasto jej dziadków i matki. Wychowana tam Dara Horn zna każdą restaurację, sklep, synagogę, chodziła do szkoły średniej. Stąd też biorą się źródła dyskomfortu nieopuszczającego autorkę nawet po latach.

O Philipie Rocie pisano, że jego zasługą było wprowadzenie istotnego fragmentu społeczności żydowskiej do literackiego panteonu. Tyle że to nie my – twierdzi autorka artykułu. – To, co pisze o nas, szczególnie kobietach, to karykatury, pisane przez autora całkowicie pozbawionego empatii i literackiej ciekawości.

Ale teraz, szczególnie oceniany poprzez pryzmat ruchu #MeToo, Philip Roth to okrutny mizogin, snob, egotysta, kompletnie nierozumiejący kobiet. Także – to głosy środowiska żydowskiego – skandalista i gorszyciel zagrażający ładowi moralnemu, kalający własne gniazdo.

W jego powieściach słyszymy prawie wyłącznie „ja”. Roth wspaniale opisuje ludzi takich jak on, ale całkowicie zawiodła go wyobraźnia, aby kobietom w swoich powieściach dać dusze, pisze Dara Horn.

Oczywiście ocenianie pisarzy poprzez aktualnie obowiązujące hierarchie moralne, etyczne, polityczne często nie prowadzi do niczego, ale uwolnienie się od takiej kategoryzacji nie jest łatwe.

Śledzenie bigoterii w literackim kanonie jest zajęciem bardzo niebezpiecznym. A co począć z szekspirowskim lichwiarzem Shylockiem, użyciem przez Marka Twaina epitetu czarnuch/nigger dwieście dziewiętnaście razy, jak skrupulatnie policzono. To pytania, które nie opuszczają amerykańskiej krytyki literackiej. A homofob i mizogin Hemingway? Może zaprowadzić to nas do Biblii, rzuca bardzo już śmiałą hiperbolę jeden z krytyków.

Kolejną organizacją uzurpującą sobie moralne prawo do poprawiania historii literatury jest The American Library Association. Tym razem padło na Laurę Ingalls Wilder, autorkę niezmiernie popularnej serii książek Domek. Ta szacowna organizacja od 1954 roku przyznaje medal za osiągnięcia w dziedzinie literatury dziecięcej imienia Laury Ingalls Wilder. Ona także została pierwszą laureatką tej nagrody, przyznanej jej jeszcze za życia (zmarła w 1957 roku). Tą prestiżową nagrodą uhonorowano zaledwie dwudziestu czterech pisarzy.

Urodzona w 1867 roku Laura Ingalls Wilder doczekała się wydanej w tym roku doskonale udokumentowanej biografii autorstwa Caroline Fraser, za Praire Fires: The American Dream of Laura Ingalls Wilder jej autorka otrzymała Nagrodę Pulitzera. Biografka przypomina, że życie amerykańskich pionierów było niezwykle trudne. Zdani wyłącznie na siebie, walczyli o przetrwanie, wielokrotnie walcząc z głodem. Uprawy bywały niszczone przez klęski żywiołowe i powtarzające się plagi szarańczy, które potrafiły zniweczyć roczną pracę w przeciągu kilku godzin.

Szesnastoletnia Laura Ingalls zostaje nauczycielką w jednoizbowej szkole, jej niewielka pensja ma pomóc rodzicom. Dojazd do szkoły jest niezwykle uciążliwy. Jednym z licznych zagrożeń są choroby, pomoc lekarska jest niezmiernie trudno osiągalna. Autorka biografii przypomina piękną scenę z jednej z książek, kiedy Laurę zimą do domu odwozi jej przyszły mąż. Mróz jest tak straszny, że narzeczony co kilka kilometrów zatrzymuje konie i kładzie swoje ręce na końskich nozdrzach aby je ogrzać. Skroplone powietrze natychmiast zamarza, uniemożliwiając koniom oddychanie.

Wersja przedstawiona w serii książek z cyklu Domek była uładzona. Prawdziwa nie nadawała się do książek dla dzieci. Nie ulega jednak wątpliwości, że to bardzo dobra, bezpretensjonalna, o dużych walorach edukacyjnych literatura.

Na ostatnim posiedzeniu szacownej organizacji, które odbyło się na początku tego roku, jednogłośnie zadecydowano o usunięciu nazwiska patronki medalu. Jako powód wskazano to, że książki Wilder są przykładem supremacji białych, a jej opisy amerykańskich Indian pozbawione są należytej wrażliwości.

Najsilniej zabrzmiał głos Junota Díaza, obecnego na posiedzeniu The American Library Association, laureata Pulitzera, znanego, nagradzanego pisarza. Szkoda tylko, że ten kolejny moralista wkrótce potem pojawił się na liście #MeToo. Junot Díaz walczy do tej pory z oskarżeniami o molestowanie kobiet.

Do tego wątku wpisuje się ostatnia dyskusja, ciągle dotycząca poprawności politycznej, chociaż jeszcze nie pośmiertna, bo Anders Carlson‑Wee jest młodym poetą i wygląda na to, że do grona zmarłych nie dołączy szybko, czego mu serdecznie życzę.

Dyskusja rozpętała się wokół wiersza wydrukowanego w The Nation. Wydawany nieprzerwalnie od 1865 roku tygodnik od zawsze był i jest bastionem liberałów. W dziale kulturalnym, który drukuje także poezję, ukazał się wiersz Andersa Carlsona‑Wee How-to.

Jego autor w poetyckiej wypowiedzi posługuje się black vernacular – slangiem czy szerzej – formą dialektu etnicznego, którym posługują się Afroamerykanie. Black vernacular jest często używany w muzyce hip‑hop. Tyle że poeta jest biały, nie ma więc prawa do posługiwania się takim środkiem wyrazu. Za urażenie uczuć części czytelników przeprosiła redakcja „The Nation”, uznając wydrukowanie wiersza za niewłaściwe. Przeprosił także, gorąco, jego autor. Za napisanie utworu.

Natychmiast rozpętała się dyskusja i jak się okazało, nie wszyscy zwariowali. To śmierć literatury, napisała w „The New York Times” Grace Schulman, która przez trzydzieści pięć lat była redaktorem działu poezji w „The Nation”. Właściwie żadna ze znaczących postaci środowiska literackiego nie poparła decyzji redakcji tygodnika. Szkoda, że tej odwagi zabrakło poecie.

To groźniejsze, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Tak nierzadko myśli w USA młoda generacja, sama nakładająca na siebie kaganiec.

Każda generacja rewiduje swój kanon literacki i ocenia go na nowo. Nie zawsze udaje się uciec, nawet tym największym, przed karzącą ręką krytyki. Tyle że o sądach czy pochopnych ocenach przechowywanych na kruchym medium druku można było łatwiej zapomnieć. Teraz, w czasach Internetu, nic nie ginie. Ukrycie się nie jest możliwe.

Może warto pomyśleć, zastanowić się, bodaj dwa razy, przed postawieniem pierwszej litery. Jeśli nie z poczucia rozsądku, to z pychy. Za jakiś czas można stać się obiektem literackiego żartu. Historia literatury jest wybrukowana nazwiskami krytyków i szacownych organizacji, których to nie ominęło.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.