09/2019

Grzegorz Strumyk

Szary, Chodniczek i Piesek

Chodniczek zamamrotał głosem Szarego.

Szary upadając, wydusił z siebie:

– Nie chcę, znowu to samo.

Zanim podniósł się, spojrzał, chcąc się dowiedzieć z naszych twarzy, jak bardzo okazał się kimś innym.

– Nie patrz tak – powiedziałem. – Nic się nie stało.

– Tak, nie stało – odburknął, otrzepując piasek ze spodni. – Kurwa, Chodniczek.

Nie uspokoił się, nie wstał i nie poszedł dalej, tylko z każdą sekundą przeżywał coraz bardziej swój upadek. Ściągnął buty bez rozwiązywania sznurówek i z rozmachem odrzucił daleko. Z butów poszybowały plasterki cytryny.

Chodniczek zrobił się jeszcze bardziej szary.

– Co ty? – zawołał.

– Sam mówiłeś! – wykrzyknął Szary.

– Co? – Chodniczek zapytał rozszerzonymi oczami.

– Żebym sobie włożył, mówiłeś, to będziesz lekko chodził i pachnąć ci będą stopy świeże i buty, całymi dniami będziesz mógł chodzić bez zmęczenia, to mówiłeś!

– Miałeś wkładać na noc, a nie, jak chodzisz.

– Dobrze wiesz, że w nocy chodzę.

– Ale to nie noc.

– Zawsze chodzę.

– Lepsze byłyby grejpfruty na noc, a na dzień mandarynki.

– Nie mieszajcie, wszystko najlepiej obok siebie wygląda – wtrąciłem się w rozmowę o kolorach.

– Poczekaj, jak Szary będzie tak chodził, to będzie owoc chodzenia jego – Chodniczek powiedział wpatrzony w plasterki cytryny.

– Cytrusy. A maliny? – zapytałem

Szary z Chodniczkiem spojrzeli na mnie, zaglądając w swój kosz owoców niewidoczny poza rozmową, każdy o czymś innym, niespodziewanym, nadchodzącym w słowach.

Usiedliśmy na schodach zamkniętego baru ogrodzonego teraz siatką, za którą wtajemniczeni w sposób wejścia leżeli na leżakach, sącząc piwo ze szklanek.

– Ja bym na soku chodził – powiedział Chodniczek.

– Ty tak na soku chodzisz jak kiedyś na wódce – Szary powiedział już spokojnie.

– Tylko trzeba mieć w nogach. – Chodniczek się pospieszył.

Szary odwrócił się od Chodniczka i powiedział do mnie:

– Do ciebie zawsze trafię po zapachu figowego mydełka.

– Ja pierdolę, jak to miasto będzie pachnąć – powiedziałem.

– Nosisz stopki? – zapytał.

– Nie.

– Bo ja boso się przewracam.

Opuściłem głowę nad schodami zajętymi przez nas i dalej spojrzałem w alejkę przez skwer do ulicy.

– Tu w tym miejscu, Szary, ty wiesz? że to te same płyty chodnikowe, nierówne, popękane, piękne rysunki i rzeźby. Tylko wtedy owoców nie było, nie wiem, czy nie lepsza jest woda.

– Lepsza – Szary potwierdził.

– Pewnie, że lepsza, ale bez witamin – dodałem.

– Po co ci wtedy były potrzebne witaminy? Trzydzieści siedem lat temu. – Szary patrzył przed siebie.

– Zapytaj Chodniczka. Chodź tu, powiedz, jak było w Zieleni Miejskiej.

Chodniczek spojrzał po nas, zrównując nas z resztą miejsca.

– Jak na łące – odpowiedział.

– Zaczął i skończył, to rozumiem, krótko. – Szary poklepał z uznaniem Chodniczka.

– Siał kwiatki i podlewał wódką, bo mu się butelki pomyliły, a chciał być taki miły dla ogrodniczek z miejskiej zieleni – powiedziałem z radością. – Zieleń miejska zawsze piła z tęsknoty za czymś dzikim, a nie te trawniczki pod strażą krawężników, jak ludziska lubią. Bo miasto teraz powinno być dzikie i dopiero wydeptane przez spieszących się ludzi na spotkanie i miłość, a nie nienawistne dla uczuć.

Wszyscy spojrzeliśmy w tę samą stronę, jakby nas tu nie było od dłuższej chwili. Z ziemi wydostawał się dym w wielu miejscach obok siebie. Nieregularny obszar trawnika przechodził w ubitą ziemię do ściany kończącej zabudowę ulicy. Na kamienicy obrośniętej sztucznymi hubami z akcji artystów przed laty zatrzymały się krótko nasze spojrzenia aż do całkowitego przylgnięcia całym ciałem do dzikości przestrzeni pozostawionej samej sobie. Wysychały kałuże zepsutej wody na wyjeżdżonym parkingu. Prosto pod mur z samochodów wyrzucone pod siebie pudełka po pizzy i kubeczki wchłaniała przemieszana przestrzeń: asfaltowych łat, wkopanych cegieł z rozbiórki, kęp traw, rozpostartego fragmentu dywanu. Równolegle do biegu reprezentacyjnej ulicy w środku miasta, po jej południowej stronie, naprzeciw otwartej biblioteki rozrastał się i kurczył, w zależności od pogody i zdarzeń, dziki plac po wyburzonych wiele lat temu kamienicach, plac darmowego parkowania, zasiedziałej bezdomności, daremnej miłości.

Z miejsca, z którego patrzyliśmy, jeszcze bardziej oddalonego od szlaku przechodniów, ze schodów w słońcu za dzikim placem, widok przysłaniała na pierwszym planie zwieszona na kamieniach karoseria wynajmowanego auta. Auto pozostawało otwarte, ale zawsze ktoś się pojawiał obok i wymuszał drobną zapłatę, kiedy znajdowali się chętni do zniknięcia w jego wnętrzu. Na rozjechanych trawnikach odradzała się łąka z jednym drzewem trzymającym się życia w niezmienionej od lat rachitycznej postaci o karłowatym wzroście. Gromada krzewów, dostająca raz do roku nożycami po wierzchołkach, w pełni lata zdążyła już się odrodzić i tworzyła w swoim środku bazę dla zmęczonych pod warunkiem uciszenia wyrywających się okrzyków na cały świat. Zieleń miejska po ostatniej akcji sadzenia kolorowych rabat zapomniała o tym miejscu. Kwiatodoły zasklepiały się gotowymi zawsze na przetrwanie trawami.

W rozgałęziających się pęknięciach placu i chodnika ukazywał się spowolniony nurt gęstej, ciemnej prawie czarnej czerwieni. Róż zmielonych cegieł wypełzał z ziemi. Na wystających płytach leżały wyschnięte plasterki cytryny, nieco dalej świeciły buty Szarego. Wszystko, co znalazło się w zasięgu wzroku, urosło, wyrastało z tego miejsca i było u siebie. Dziko rozsiane, ale co może oznaczać dzikość, jeśli to porządek przynoszony przez człowieka był dziki, a nie przypadek, nigdy przypadek i przypadkowość spotkań.

Sierpniowy najgorętszy dzień odsuwał się od reszty dni jak ostatni niezłapany bezpański pies. Pod schodami było przewiewnie i daleko od ludzi.

– Zbieraj się i buty – powiedziałem w kierunku Szarego.

– Za każdym razem wszystko jest inaczej – odezwał się Szary.

– Szukasz sensu?

– Mógłby być.

– Jest, dużo przeszedłeś, żyjesz.

– I soczki pijesz – dodał milczący dotąd Chodniczek.

– Byłeś prezesem z samochodem i kierowcą, a teraz znowu razem – powiedziałem na raz za dużo.

– Za mało dla ciebie zrobiłem – Szary powiedział, poruszając nogami w miejscu.

Chciałem szybko zmienić temat.

– Pamiętasz, jak powiedziałem, że bankrutując, nie bankrutuj jako człowiek. Nie bardzo wiedziałem, co wtedy powiedzieć, ale widziałem znaki czegoś gorszego od bankructwa.

Szary, nie obracając głowy, spojrzał w bok na mnie i powiedział:

– Groziło mi wszystko, co pomyślałem później o sobie, wszystko, każda myśl zagrażała mojemu życiu, teraz wiem, że wolność można mi odebrać tylko razem z życiem.

Zareagowałem nagłym ruchem ciała:

– Dlatego źle się mówi, nie przestaje się być wolnym, nie wie się o tym, życie jest wolnością.

– Tak było – Szary wciągał się w rozmowę po latach. – Wolności się nie zna, bo przychodzi wiele razy, jest inna, trzeba żyć i poznawać.

– Ja też nigdy nie żyłem w żadnej szarej rzeczywistości! – Chodniczek gwałtownie się włączył do rozmowy. – Nie włączyliśmy się już potem w żaden cudny plan na przyszłość – zamilkł i po chwili dodał: – Oprócz ciebie.

Szary błądził oczami, zanim powiedział:

– Teraz mi zależy, żeby pachnieć dla siebie wokół, w takim kosmosie chodzić.

– Znów jesteś równy, nie masz żadnej władzy nad innymi, nikt nie musi cię słuchać, żeby mieć pracę, pieniądze na życie – Chodniczek snuł opowieść.

– Ile dziennie chodzisz? – zapytałem Szarego.

– Od rana do wieczora i na noc wychodzę.

– A ty, Chodniczek, co robisz?

– Leżę.

W jednej chwili miałem w pamięci czas za nami, jego wielką niepodzielną przezroczystą bryłę zalegającą niezmieniony plac przed nami, i powiedziałem:

– Jak dawno nas tu nie było. Poznaję, że to byliśmy my, ale życie było inne, nie ma jednego życia nawet w ciągu jednego dnia. Chciałbym jeszcze zobaczyć nas zbierających cytryny, pomarańcze w jakiejś dolinie, kiedy drzewa kwitną, musi wtedy zapach się ciągnąć do morza, jeszcze byśmy się tam znaleźli, okazałoby się, że Polska, Łódź się śniły i zdążyliśmy się przebudzić, i nie musimy tu żyć, bo to jakiś koszmar.

– Tylko dlaczego? – zapytał szybko Chodniczek.

– Bo tu, kurwa, wszyscy siebie traktują serio, a najbardziej serio mają ciebie za nic, kiedy nie znajdą powodu widzieć w tobie kogoś.

– Ale ja o tym wiem, chodzą po mnie, jak się nie odzywam – spokojnie powiedział Chodniczek.

Szary odszedł kilka kroków pozbierać buty i usiadł z powrotem obok, zaglądając z bliska do środka butów, jakby chciał ukryć, że je wącha. Domyślał się naszych spojrzeń, bo przedłużał oglądanie niebieskich butów, nadając tej czynności szczególne znaczenie. Chodniczek przerwał:

– Szary ma sposób, trzeba chodzić w kosmosie. – I po chwili ciszej zapytał, bardziej siebie niż nas: – Ciekawe, czy kosmos ma zapach?

Po pytaniu Chodniczka dotarł w upale zapach rozkładu i ryb, słodyczy i żelaza, zastoju bezsmakowego jedzenia z przejściem podmuchu kebabu.

– Masz ładne niebieskie buty – powiedziałem do Szarego.

– Z kosmosu – dodał Chodniczek.

Szary wiązał buty i mówił w dół:

– Stopy są inne od reszty, a jak są wyrzeźbione, to już pełna miłość. To samo z dłońmi. – Mówił o czymś, co mówiło za niego.

Miasto się nie zmieniło, ale my od kilku wypowiedzianych zdań byliśmy bliżsi sobie w tym mieście. Przypomniał się początek tej odmiany, zdarzenie z butami i cytryną, które powinno zadziwić, a wyświetliło się na ulicy jak jasny film w ciemnej salce. Nie mogłem o niczym innym myśleć, tylko o aktorstwie butów, stóp, ciał naszych, miasta, odpadów. Do znanych ról dodaliśmy tylko znaczenia pojawiające się w jednej chwili. Chciałem, żeby w okamgnieniu łącząca nas bliskość przeniosła to całe towarzystwo w inne ledwo rozpoznawalne miejsce, poza zasięg możliwych zdarzeń. Pewnych rzeczy nie dało się już odrobić, nawet w wyobraźni, jak wyczerpanego z energii ciała poruszyć do działania. Pozostawało być tym, kim się było, ale z kimś, w kim nie wywoływało się śmiechu politowania ani odrazy.

– Spróbujemy jeszcze się przejść – powiedziałem do Szarego i Chodniczka.

I poszliśmy z miejsca dalej. W ukryciu grzebaliśmy paznokciami w kieszeniach, palcami w butach. Mieszanina wyziewu ulicy i woń młodości rozciągała się wokół. Upał wychodził na mury kryształkami moczu i soku.

Spotykaliśmy się w nieregularnych odstępach czasu, w momentach nie do przewidzenia, żeby nie tyle dowiedzieć się o sobie i porozmawiać, ile zachować silne pragnienia z lat młodości, kiedy się poznawaliśmy.

– Człowiek jest brzydki przez rozczłonkowanie – Szary zaczął.

– Zrób coś dla siebie – żywo odpowiedział mu Chodniczek.

– Już cytryna jest ładniejsza – mówił przed siebie Szary.

– Pachniesz cytryną.

– Potrzebuję zapachu i smaku, nawet nie głosu, tylko westchnienia i cmoknięcia – ruszył do przodu Szary.

– Owoce naszego życia – pełnym głosem powiedziałem. – Gdzie jesteście?

– Mamy pachnieć i owocować? – zapytał Szary.

– Czy ktoś myśli o mnie w tej chwili? To byłoby niezrozumiałe – mówił natchniony Chodniczek. – Więc wreszcie zauważyli, że jestem brzydki, odstaję, i tylko wytrzymuję.

– Nie mam nastroju do życia – wyrzuciłem z siebie. – Tylko seks na pieska wywołuje ostatnią euforię. Jakby ciemność się wystawiała, daj życie, ładuj, tu jestem, jesteś, to pewniejsze od wszystkiego i chcesz się oderwać, być w uczuciu, nie poddawać się, choć znikasz.

Do rozstania pozostała niewiadoma ilość czasu. Nie odczuwaliśmy zmęczenia. Nie dopytywaliśmy więcej o nic, nieruszone w rozmowach rodziny pozostały święte i przeklęte.

W którymś momencie, na dowolnym skrzyżowaniu, z którego każdy trafi do domu, przystanęliśmy, aby się rozstać. Nie umawialiśmy się na kolejne spotkanie. Zanim do niego dojdzie, jak zawsze poumawiamy się na próżno, nie oddzwonimy do siebie. Chodniczek zniknie na pół roku. Szary odezwie się w nocy. Będę mówił bez celu.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.