09/2018

Jarosław Dudycz

Terapia

Profesor Robert Wentzky specjalizował się w nowotworach żołądka przez przypadek. Ani podczas studiów, ani na początku stażu w Klinice Onkologii Szpitala Uniwersyteckiego w Wiedniu nie interesował się tymi schorzeniami wcale, skłaniał się raczej ku onkologii ginekologicznej, to na tej dziedzinie ogniskowały się wszystkie jego naukowe wysiłki, aż do pewnej marcowej soboty w roku 1976, kiedy na oddział przywieziono Berenikę Adler, siedmioletnią dziewczynkę z zaawansowanym guzem żołądka. Sytuacja była nietypowa, dzieci bardzo rzadko zapadają na nowotwory układu pokarmowego, są one raczej nieszczęściem ludzi po czterdziestce, ale statystyki nie ujmują przecież całej rzeczywistości, bywa, że świat się im wymyka, że dzieją się w nim rzeczy wbrew cyferkom z mądrych naukowych tabel. Ludzkiej niedoli czasami nie da się podliczyć i zawrzeć w wykresie, rozgrywają się niekiedy tragedie, których być nie powinno, na które nic nie wskazywało i których nikt nie mógł przewidzieć. Tak właśnie było w przypadku Bereniki Adler. Zapadła na raka żołądka mimo swoich siedmiu lat, dobrej diety, mnóstwa ruchu i braku stresu. Prędzej można było tę paskudną chorobę wróżyć jej ojcu, czterdziestopięcioletniemu Augustowi Adlerowi, który przywiózł Berenikę do szpitala, nałogowemu palaczowi, człowiekowi otyłemu, po którym było widać skłonność do kiełbasek wiedeńskich i piwa. Tymczasem jemu nic nie dolegało, był rumiany i żwawy, a jego mała córka leżała na szpitalnym łóżku i zwijała się z bólu. Przegrała najwyraźniej ze swoimi genami, z losową mutacją, i rozwinął się w jej brzuchu guz wielki jak piłka tenisowa. Guz, nad którego powstaniem nikt nie miał władzy, kompletnie niezależny od czynników zewnętrznych, od trybu życia. Nie można było powstania tego guza uniknąć ani też niczego nie dało się z tym guzem zrobić, naciekł bardzo głęboko, zżarł już cały żołądek i przerzucił się na sąsiednie organy. Berenika Adler była – jak to się mówiło wśród lekarzy – in stadio ultimo, żadne leczenie nie wchodziło w grę, można było tylko faszerować dziecko silnymi lekami przeciwbólowymi i w ten sposób sprawić, że śmierć przyjdzie dyskretnie, we śnie.


Profesor Franz Lothe, światowej sławy onkolog, szef Kliniki Onkologii Szpitala Uniwersyteckiego, stał nad łóżkiem dziewczynki i mówił do otaczających go studentów i stażystów, wśród których był Robert Wentzky:

− Proponuję wprowadzić dziewczynkę w śpiączkę farmakologiczną. Jest w agonii, umrze w ciągu najbliższych godzin. Nie chcę, żeby cierpiała. Doktorze Wentzky, pan się tym zajmie. I powiadomi ojca dziecka o wszystkim. Proszę dać mi znać, kiedy dziewczynka odejdzie – profesor wyjął z kieszeni kitla notes i pióro wieczne, coś pośpiesznie zapisał i wyszedł. Tłumek studentów i stażystów wylał się za nim na korytarz. Po chwili wszyscy zniknęli w sąsiedniej sali. A doktor Wentzky usiadł na krześle, tuż przy Berenice, i chwycił ją za rękę.

− Miałaś w swoim krótkim życiu naprawdę przechlapane – powiedział głośno. Dziewczynka popatrzyła na niego załzawionymi oczami. Nie widział na jej twarzy niczego oprócz grymasu bólu. I to właśnie wtedy podjął decyzję, by zainteresować się akurat nowotworami żołądka. Tamta sobota była, jak się mogło wydawać, kluczowa dla jego drogi zawodowej.

Teraz, z perspektywy 2016 roku, gdy był już profesorem, za sobą miał lata studiów, sympozjów, stypendiów, szkoleń i kursów, lata odbytych lektur, przeprowadzonych operacji, tekstów opublikowanych w prestiżowych czasopismach, rok 1976 jawił mu się często jako dar losu, rok formacyjny, zaważający na całym jego życiu. Często się zastanawiamy, kim byśmy byli, gdyby zabrakło jakiegoś wydarzenia z naszego życia, dokąd by nas wtedy życie zawiodło, jakie by nam stworzyło alternatywne okazje, i profesor Wentzky również takie pytania sobie zadawał. Był spełnionym, usatysfakcjonowanym naukowcem i lekarzem i niekiedy przed zaśnięciem głowił się, czy również byłby tak usposobiony, gdyby nie to spotkanie z Bereniką Adler, z tym jej wielkim bólem i śmiercią. Niekiedy odpowiadał sobie, że nawet bez Bereniki wyszedłby na swoje, dotarł do tego prestiżowego miejsca, w którym jest, zrobił wielką karierę i doczekał się opinii wybitnego onkologa, a innym razem zasypiał ze łzami w oczach, bardzo wzruszony, z poczuciem ogromnej wdzięczności wobec tej małej cierpiącej dziewczynki, którą spotkał w 1976 roku, w deszczowe wczesnowiosenne popołudnie. Oczywiście nie sposób było rozstrzygnąć, jaka jest prawda, czy Wentzky byłby tym, kim był, czy zdobyłby renomę i zyskał poczucie spełnienia, gdyby się nie otarł o śmierć tego kruchego dziecka. Rozstrzygnięcie takie byłoby możliwe tylko wówczas, gdyby ludzkie losy ktoś planował, miał nad nimi władzę i znał wszystkie możliwe układy zdarzeń, wynikania i alternatywy. Wtedy można by mu zadać to doniosłe, ważne dla każdego, lecz beznadziejne pytanie: co by było, gdyby…? Jednak nikt taki raczej nie istniał, żaden absolut czy demiurg, a przynamniej Wentzky nie miał z nikim takim kontaktu. Dokuczała mu więc ta poznawcza nieporadność, to poznawcze rozdarcie, żył bez ostatecznej odpowiedzi, ile rzeczywiście znaczyła dla niego Berenika Adler. Na wszelki wypadek – gdyby rzeczywiście było tak, że bez niej nie stałby się światowej sławy specjalistą – dowiedział się, gdzie została pochowana, i raz w roku, w marcu, w kolejne rocznice jej śmierci, stawał nad jej grobem, dziękując jej za to, że mógł ją wtedy spotkać. W tym roku Wentzky nie wybrał się jednak na ten mały wiejski cmentarzyk położony na wsi pod Hamburgiem – właśnie stamtąd, z dalekich północnych Niemiec, pochodzili dziadkowie dziewczynki i tam znajdował się rodzinny grobowiec Adlerów – ponieważ musiał odbyć nieplanowaną konsultację, umówioną na ostatnią chwilę.


Był chłodny piątkowy wieczór, marzec miał jeszcze sporo z lutowej srogiej zimy. Profesor kończył pracę i już się zbierał do domu, by szybko położyć się spać i skoro świt ruszyć autem w tę długą podróż pod Hamburg, gdy zadzwonił telefon. W słuchawce wybrzmiał głos mężczyzny. Mężczyzna mówił bardzo szybko, gubił niektóre sylaby, poza tym był mało składny, jego niemiecki nie był najlepszy. W dodatku głos mu się łamał, Wentzky odniósł wrażenie, że mężczyzna płacze. Profesor poprosił rozmówcę, by wziął głęboki oddech i spróbował się uspokoić, a także zaproponował przejście na język angielski. Mężczyzna przyjął tę propozycję z dużą ulgą, język angielski znacząco usprawnił komunikację.

− Czy pan profesor mógłby mnie przyjąć w poniedziałek? Tak od razu. Bez kolejki. Ja dobrze zapłacę. Honorarium nie gra roli. To sprawa niecierpiąca zwłoki. Jak najszybciej muszę spotkać się z panem profesorem. Jak najszybciej! – mężczyzna był zdeterminowany.

Profesor Wentzky miał już oczywiście plany na weekend, do Wiednia zamierzał wrócić dopiero w poniedziałkowy wieczór, więc mógł po prostu powiedzieć, że konsultacja lekarska w ten poniedziałek nie wchodzi w grę, a pierwszy wolny termin jest w czwartek za dwa tygodnie, ale lata służby lekarskiej nauczyły go dużej cierpliwości i otwartości na nawet najdziwniejsze prośby o pomoc. Nie zaczął zatem od odmowy, tylko najpierw zapytał z autentyczną troską w głosie:

− A w czym ja właściwie mogę panu pomóc? Co się dzieje? Pan jest chory? Może pan musi wezwać karetkę i natychmiast pojechać do szpitala? Jeśli to coś poważnego, to proszę nie zwlekać. Oczekiwanie na prywatną konsultację może być nierozsądne – Wentzky nieraz już ratował ludziom życie w taki sposób. Źle się czuli, liczyli na spotkanie ze sławnym profesorem, chcieli czekać na prywatną wizytę w jego gabinecie, choćby to oczekiwanie miało potrwać i miesiąc, tymczasem potrzebowali natychmiastowego przyjęcia do szpitala. Prędki przyjazd na ostry dyżur w najmniejszym nawet miasteczku znaczy więcej niż czekanie na wizytę w najbardziej prestiżowej klinice wielkiej metropolii.

− Nie, to nie jest nic takiego, żebym teraz musiał jechać na izbę przyjęć. Raczej nie umrę od razu. Ale muszę się z panem spotkać jak najszybciej. Nalegam. Zapłacę potrójnie – mężczyzna zaszlochał.

− Wie pan, to nie chodzi o pieniądze – Wentzky’emu rzeczywiście nie chodziło o pieniądze. – Po prostu wyjeżdżam na weekend i wracam dopiero w poniedziałek wieczorem. A potem wszystkie terminy mam już zajęte. Mógłbym pana przyjąć w czwartek za dwa tygodnie. Jest pan zainteresowany? – profesor przyśpieszył rozmowę, chciał już załatwić tę sprawę i wyjść z kliniki.

− Nie, nie! – mężczyzna był stanowczy – Nie za dwa tygodnie! Proszę mi nie odmawiać pomocy! Proszę mnie przyjąć w poniedziałek! Ja jestem poważnie chory. Ja mam raka w późnym stadium. Wszystko mi się wali. Ja się muszę ratować za wszelką cenę! Ja muszę się z panem spotkać! Panie profesorze, proszę mi poświęcić godzinę. Bardzo proszę. Będę w Wiedniu w poniedziałek rano, dobrze? Ja już kupiłem bilety! Nie czekałem na pańską decyzję, kupiłem bilety w ciemno. Mam lot z Madrytu w poniedziałek o świcie. Rozumie pan? Z Madrytu. O świcie. Proszę mnie przyjąć! – mężczyzna płakał coraz intensywniej.

− Proszę pana, mógłbym panu powiedzieć, że szantażem pan niewiele wskóra. Ale wtedy bym skłamał, bo jednak pan wskórał sporo – profesor roześmiał się, myślał, że może żartobliwym tonem przyniesie ulgę wystraszonemu mężczyźnie. – Skoro pan już kupił bilety lotnicze, to pana przyjmę. Mam poniedziałek wolny, ze względu na podróż, którą miałem zaplanowaną, więc proszę przyjechać bezpośrednio z lotniska do mojego prywatnego gabinetu na Spiegelgaße 5. Prywatny gabinet jest w moim domu, będę tam na pana czekał. Proszę przyjeżdżać śmiało. A teraz dobranoc.

− Dobranoc, profesorze! Dobranoc! Jest pan prawdziwym aniołem! Będę o ósmej – mężczyzna już nie płakał. Ton głosu mu się wyraźnie rozjaśnił.

− Nie jestem aniołem, po prostu nie lubię, jak bilety lotnicze się marnują. Sam wiele razy musiałem rezygnować z lotu i miałem wtedy poczucie straszliwego marnotrawstwa. No, to tyle, tylko o to chodzi. Do widzenia panu – profesor odłożył słuchawkę, dość znużony tą wymianą zdań. Wziął swoją teczkę i poszedł do windy.

[ciąg dalszy historii do przeczytania w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.