03/2021

Mateusz Chról

To nie jest kolejna książka o miłości

A nawet jeśli, to o miłości specyficznie rozumianej; miłości, która odbiega od swojego popkulturowego wizerunku. Na samym wstępie trzeba zaznaczyć: nad tą książką należy się pochylić. Nie powinno się lekceważyć jej skromnej objętości ani tym bardziej próbować czytać na raz i zakładać, że się wszystko zrozumiało. Nie chodzi o to, że jest to utwór niezrozumiały, tylko o to, że dłuższa chwila namysłu tuż po lekturze odsłoni zawarte w nim bogactwo treści. Nie powinniśmy także oczekiwać, że po jej przeczytaniu poczujemy się lepiej, że zostaniemy porwani przez wartką akcję i charyzmatycznych bohaterów. Dość już jednak o tym, czym nie jest debiutancka powieść Karoliny Jaklewicz, malarki i pracowniczki akademickiej na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej; czas powiedzieć, o czym jest Jaśmina Berezy i kim jest Jaśmina Berezy.

Na początku zaintrygował mnie enigmatyczny tytuł. Na pozór wszystko jest oczywiste – Jaśmina Berezy to bohaterka powieści. Kobieta na skraju późnej młodości, chemiczka pracująca w szpitalnym laboratorium przy badaniach krwi; w życiowych zmaganiach towarzyszy jej wyrozumiały partner Roch. Wydaje się jednak (co może sugerować egzotyczne brzmienie imienia bohaterki), że Jaśmina Berezy to pewna abstrakcyjna kategoria; kategoria reprezentująca kobietę walczącą o własną podmiotowość, własną odrębność i sprawczość. Ponadto kobietę zmagającą się ze specyficznie polskimi warunkami i wymogami względem przedstawicieli i przedstawicielek określonych płci. Postać osaczoną opresyjnym seksualnie katolicyzmem, brakiem dostępu do legalnej aborcji oraz przymusem bycia opiekunką, rodzicielką, matką Polką.

Pomimo powyższej konstatacji sądzę, że to nie Jaśmina Berezy jest głównym bohaterem utworu. W gruncie rzeczy jest nim ciało. Ciało – w jego całkowitej realności, pozbawione fantazmatu, ciało w jego biologicznej esencji – jest tutaj centralnym aktorem opowieści i sprawcą wydarzeń. Nie da się ukryć, że jest to ciało głównie kobiece, ale nie tylko – także ciało ludzkie w ogóle, ciało żywe oraz martwe. Cielesność spotyka nas w książce na każdym kroku. Na samym początku – w pracy bohaterki, która styka się w laboratorium z ludźmi, którzy „chcieli się dowiedzieć, co płynie w ich żyłach, jaki skład chemiczny zawiódł. Przynosili w swoich ciałach dolegliwości, taszczyli je z pobliskich domów, transportowali porannymi tramwajami”.

Nie da się ukryć, że Jaklewicz demonstruje nam historię, która eksponuje egzystencjalny wymiar cielesności. W dalszych fragmentach uświadamiamy to sobie, poznając historię Jaśminy oraz jej rodziny. Jej matka, babcia, a także wszystkie krewne kobiety, zajmowały się przyjmowaniem porodów, usuwaniem niechcianych ciąż, a także pomocą w przedostawaniu się na tamten świat obłożnie chorym i starym ludziom. Narratorka w naturalistyczny i niezwykle śmiały sposób postrzega i opisuje cielesność. To rytmy biologiczne są w prezentowanej narracji głównymi determinantami ludzkiego losu. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z niechcianą ciążą, nieoczekiwaną chorobą, menstruacją, powikłaniami poporodowymi, połogiem, narodzinami czy śmiercią.

Pomimo że matka Jaśminy nie żyje, a ona musi obecnie zajmować się chorym ojcem, to widmo rodzicielki jest obecne w jej świadomości przez większość czasu. W trakcie dowiadujemy się o wcześniej wspomnianym zajęciu matki, która będąc oficjalnie lekarką, trudniła się także akuszerką, zabiegami aborcji oraz eutanazji. Wprowadzony przez Jaklewicz wątek kobiet z rodziny Berezy, które nieustannie obcują z narodzinami i śmiercią, a nawet czynnie je regulują, przywołuje na myśl mit matki-natury, która daje i odbiera życie, będąc jego absolutną praprzyczyną. Nie można jednak pochopnie stwierdzić, że Jaśmina biernie powiela schemat życiowy kobiet ze swojej rodziny. Raczej, tak jak wcześniej wspominałem, walczy o własną podmiotowość i własną historię. Stopniowo ujawniane (głównie poprzez pośmiertny list) fakty na temat kontrowersyjnych praktyk uprawianych przez mamę, pozwalają jej głębiej odsłonić własną tożsamość i uświadomić sobie, jak bardzo obraz siebie jest uwikłany w określoną historię. Wraz z Jaśminą zaczynamy pojmować, że tożsamość indywidualna nie jest tylko czymś wewnętrznym, ale także czymś, co poznajemy przez zewnętrzne konteksty, w które jest uwikłana. Jaśmina nie tylko odkrywa zastaną prawdę o sobie, lecz także tę prawdę konstruuje.

Po zakończeniu lektury nasuwa się wrażenie, że była to o wiele dłuższa książka aniżeli te niespełna dziewięćdziesiąt stron. Wydaje się, że to dlatego, iż zastosowana narracja jest rozproszona i nielinearna; obejmuje myśli, wspomnienia, urywki świadomości wielu postaci, nie tylko samej Jaśminy. Oprócz tego warto odnotować, że język użyty w utworze jest niebywale plastyczny i wizualny, wskazując na artystyczną proweniencję autorki. Odpowiednio selekcjonując i wykorzystując estetyczne komponenty potocznego doświadczenia, Karolina Jaklewicz tworzy swoistą poetykę codzienności. Barwne, stymulujące wyobraźnię opisy błahych czynności, chociażby takich jak robienie zakupów czy grzebanie w szpargałach, czynią je porównywalnymi do zwiedzania wytwornych galerii sztuki. Ponadto precyzyjne opisy doznań zmysłowych bohaterów uzupełniają somatyczne konotacje, o których była mowa wcześniej. Do rzeczonej somatyczności dochodzą liczne metafory biologiczne: statek wydający dźwięki z „trzewi”, auto z „brzuchem” wypełnionym benzyną, morze w którym bije „puls” czy „zmęczona” ziemia przypominająca „skórę nosorożca”; a nawet metafory fizykalne: „Jaśmina jest rozbita, jej atomy dryfują w różnych kierunkach”. Z jednej strony, w świecie przedstawionym życie ludzkie jest rozumiane jako ściśle biologiczny proces, pozbawiając czytelnika ułudy duchowości. Z drugiej jednak – napotykamy tam obiekty nieożywione, które tętnią życiem, co wskazywałoby na inspirację nieco staroświeckim witalizmem.

Koniec końców, narratorka pozostawia nas z pytaniami na temat eutanazji, kiedy Jaśmina uzmysławia sobie przykrą misję, którą musi wykonać. Zadajemy więc sobie pytania – czy życie ma sens, jeśli wypełnia je sam ból, nic oprócz bólu i biernego cierpienia? Eutanazja, w niektórych przypadkach, wydaje się nie tylko prawem osoby cierpiącej, lecz także obowiązkiem jej bliskich do zapewnienia jej godnej śmierci i ulgi w cierpieniu. Jak mówi Roch, partner Jaśminy: „Cierpienie nie uszlachetnia, cierpienie boli”. Mimo wszystko – moim zdaniem – kwestia statusu moralnego eutanazji pozostaje otwarta, książka ostatecznie jej nie rozstrzyga. Jaklewicz, prowadząc dyskurs ustami swoich bohaterów, zdaje się twierdzić (a może tak twierdzą jedynie jej bohaterowie), że sprawy aborcji i eutanazji są swego rodzaju bezdyskusyjnymi, naturalnymi przywilejami człowieka i „nie ma co dorabiać do nich ideologii” (jak rzecze wyżej wymieniony Roch). Chociaż jestem skłonny zgodzić się z zasadniczymi wnioskami, to nie zgadzam się z argumentacją, iż są to kwestie światopoglądowo neutralne. Ostatecznie myślę, że to debata akademicka, zwłaszcza z zakresu bioetyki, jest najlepszym obszarem do poruszania i rozstrzygania problemów terminacji ciąży, opieki paliatywnej czy śmierci na życzenie. Niemniej jednak nie oznacza to, że należy wykluczyć inne sposoby problematyzowania ważkich problemów światopoglądowych (w tym także poprzez literaturę). Zastosowanie pierwszoosobowej narracji i zanurzenie w fabule pomaga wczuć się w problemy bohaterów i poprzez oddziaływanie emocjonalne lepiej je zrozumieć. Nie sposób więc nie stwierdzić, że ta krótka powieść ukazuje, iż perswazyjna funkcja literatury wciąż ma się bardzo dobrze.

Karolina Jaklewicz: Jaśmina Berezy.
Wydawnictwo Iskry, Wydawnictwo Nisza,
Warszawa 2020, s. 88.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.