05/2019

Aneta Wiatr

Trochę o górach. Początek

Po dwudziestu godzinach nużącego koczowania w połamanej pozycji szuka się nocą w autokarze bardziej łóżka niż zaokiennych atrakcji. Tym bardziej gdy do Genewy – i to jak na złość po wielkim kolanie, przez Zurych – jeszcze osiem godzin bezsennej niewygody. Jakiś czas temu minęliśmy słynny Freiburg, wjeżdżając, po ciemku (niestety), w badeński wąwóz Renu, pomiędzy francuskimi Wogezami a niemieckim Szwarzwaldem. I oto, prawie nagle, z początkiem świtu po lewej niemieckiej stronie rozstępują się coraz bardziej widoczne, już rozpoznawalne świerki i na różowiejące z lekka czyste niebo nasuwa się majestatycznie zarys jakiejś Wielkiej Góry. W sobotę 21 sierpnia 1993 roku, jakoś przed piątą rano, przedsionek niebotycznych Alp, geheimnisvoll Schwarzwald powitał nas swoim Najwyższym – Feldbergiem (1493 m n.p.m.). Jak to najczęściej przy objawieniach bywa, chyba nikt tej górskiej epifanii nie zauważył. Żaden kur nie zapiał, pielgrzymi spali.


I cóż z tego, że paręnaście godzin później z którejś serpentyny nad Lemanem, gdzieś ponad Lozanną i Vevey „rozległ się” oszałamiający widok na śnieżne gniazdo Mont Blanc (4808 m n.p.m.) w pełnym słońcu niezwykle upalnego popołudnia. Dziś pamiętam z równą siłą oba widoki; widać obiektywne skale są dla duszy sprawą drugorzędną. Obie inicjacje nie znoszą się, nie kłócą, ale dopełniają i wraz z kąpielą w „wodzie wielkiej i czystej” odnajdują swoje miejsce we fresku dnia, który otworzył mój alpejski sezon.


Myślę, że każdy, od dziecka po wiek dojrzały, ma swoją „górę domową”, górę pamiętną i górę wyśnioną. Najwięksi, najwybitniejsi wspinacze miewają jeszcze swoją „górę niespełnienia”, która może nie dawać im spokoju (jak, nie przymierzając, Jimowi Conrada ucieczka z tonącej Patny), dręczyć, latami organizować życie i zmuszać do chodzenia w zawody ze śmiercią. Filozofia, psychologia, mitologia, mistyka gór – to temat-rzeka, przedmiot dociekań myślicieli, naukowców, artystów… A z drugiej strony morze atramentu, w którym zawsze pływa jakaś cząstkowa prawda. A może góry to jedyna dostępna nam Transcendencja i Transgresja. „Z każdej Góry schodzę jak Mojżesz z Synaju”, pisze pięknie taternik, alpinista, himalaista i ksiądz w jednej osobie, Roman E. Rogowski. Zew gór, ich tajemnica, metafizyka… i nasza nań atawistyczna odpowiedź. I stworzył Bóg góry, byśmy się po nich pięli niczym po drabinie Jakubowej. Tłumy wspinaczy, wchodzących i schodzących, przy ładnej pogodzie na Matterhornie (4478 m n.p.m.), który od połowy XIX wieku, kiedy na dobre zaczęła się „walka o szczyt”, pochłonął ponad sześćset istnień, z pierwszymi zdobywcami na czele. Słynny himalajski „pożeracz ludzi”, Nanga Parbat (8125 m n.p.m.), ze swoją napawającą grozą najwyższą na świecie, czteroipółkilometrową, południową ścianą Rupal, „ujarzmioną” dopiero w 1970 roku przez braci Messnerów, a w 1985 roku pokonaną zupełnie nową drogą przez zespół Jerzego Kukuczki – może się dla porównania pochwalić „zaledwie” setką ofiar. Ale coraz większy ścisk i tłok na Matce Gór i „trzecim biegunie ziemi”, Mount Evereście (8848 m n.p.m.), coraz głośniejszy rejwach i piknik, coraz większy śmietnik w bazach podszczytowych, coraz wyższa opłata za wejście w święte śniegi i zarezerwowane dla Bogów szczyty, w obszary mitu, nierzadko po śmierć, cały tez biznes, przemysł i buchalteria każą się zastanowić nad kierunkiem dalszej jazdy, nad sytuacją człowieka w górach olbrzymich, górach nieludzkich, groźnych. Zwłaszcza że te zdają się niczego od nas, intruzów – poza świętym spokojem – nie oczekiwać. Same w sobie są jakby – po nietzscheańsku – poza dobrem i złem, co adekwatnie, bardziej inteligentnie niż emocjonalnie, niemal cynicznie, ujęła blisko sto lat temu znakomita poetka i żona taternika, Maria Pawlikowska:


Jak ciche są te góry, gdy leżą pod śniegiem,

zaszyte w biały całun kosówkowym ściegiem!

Choć nieżywe na pozór, są tylko w letargu.

Czasem wstrząsną się, z piersi zrzucą stosy piargów

i przeciągną się we śnie.

Wówczas jak garść liści

spadają z nich najlepsi, najpierwsi turyści…

Towarzysze ich potem zaszywają w płótno

i niosą ku nizinom ścieżką bladą, smutną…


Zimny obraz Pawlikowskiej to niemal powtórzenie tragedii Mieczysława Karłowicza pod Małym Kościelcem 8 lutego 1909 roku, o której było w Polsce głośno. Tak głośno, że z jednej strony przyspieszyło to powstanie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego pod Mariuszem Zaruskim w październiku tegoż roku, z drugiej na zawsze zapadło w pamięć osiemnastoletniej panny Kossak z Krakowa, która już niebawem poślubi kolejno: huzara, taternika, lotnika… Pewnie musiała czytać wstrząsająco bezsilną relację Zaruskiego z jedynej w swoim rodzaju „nocy z Karłowiczem”…

Za śladami nart dalej dążymy w górę ku Kościelcowi. Droga i tu z wielką rozwagą wybrana. […] Na grani odsłania się widok straszny: ślady nart idące po zboczu gubią się w bruzdach i pokruszonych bryłach śniegu już spadłej ogromnej lawiny… Z drugiego końca już nie wychodzą! Naga i bezduszna prawda: to jego mogiła! Staszkowi [Gąsienicy Byrcynowi] poleciłem 12 ludzi sprowadzić […]

Słucham… może dźwięk jaki stąd doleci? może ktoś z głębi zacznie kołatać?

Na śniegu się kładłem, przykładałem ucho do śniegu, nasłuchiwałem, chodziłem po tej nieszczęsnej mogile, szukałem w niej kijem do nart; gdy czułem dotknięciem coś w śniegu obcego, kopałem przyniesioną łopatą… Nic! głucho i pusto. Straszliwe jak śmierć sama milczenie!

Jedna z najcudowniejszych, jakie widziałem, i najsmutniejszych zarazem mroźnych nocy tatrzańskich […], wokół góry w oślepiającym blasku księżyca stały olbrzymie i nieczułe na owe tragedie, które tam na dole się dzieją.


Ciało Karłowicza, z niemałym trudem, odkopano jednak, pieczołowicie zniesiono do Kuźnic i poddano długiej, fachowej, acz bezskutecznej reanimacji. Ostatnie zdjęcia (aparat ocalał) wywołano, a przerwaną przez śmierć kompozycję, poemat symfoniczny Epizod na maskaradzie, dokończył, zinstrumentował i wykonał z orkiestrą Filharmonii Warszawskiej Grzegorz Fitelberg. Mieczysław Karłowicz – jak Pan Bóg przykazał – spoczął z honorami należnymi największemu po Chopinie kompozytorowi polskiemu 16 lutego 1909 roku w grobie rodzinnym na Powązkach.

Piękny, kształtny Kościelec (2158 m n.p.m.) nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, do odwiedzania którego zachęcał w paru artykułach młodziutki Karłowicz, w przyszłości wyborny i wrażliwy taternik, właściwie w całej tej historii nie zawinił. Złośliwa, mordercza lawina zeszła blisko dwa kilometry wcześniej z północnych, nie zanadto stromych zboczy Małego Kościelca, który w tym miejscu spada do wysokości 1576 metrów. Można by rzec, że najgłośniejsza tragedia tatrzańska rozegrała się na „śmiesznej” w porównaniu z Alpami, Pamirem, Karakorum i Himalajami, spacerowej, turystycznej wysokości tysiąca pięciuset metrów (dziś stoi tam kamień Karłowicza z tajemniczą swastyką), znacznie poniżej progu Czarnego Stawu pod Kościelcem (1620 m n.p.m.).

Jak z tego widać, nawet małe, łatwe i śmieszne góry bywają przy całym swym pięknie groźne i nieobliczalne. Nie pomogła znana przyjaciołom roztropność kompozytora w górach, co w całej pełni potwierdzi, analizując dokładnie choćby ostatnie ślady nart, Mariusz Zaruski. Widać góry, jak w „nieczułym” wierszu Pawlikowskiej, wzięły głęboki oddech i strąciły z siebie, miłosiernie owijając w całun, trzydziestodwuletniego autora Odwiecznych pieśniSmutnej opowieści. To dziwne, ale ostatnie zdjęcie zrobione nowym aparatem w drodze, tuż za Skupniów Upłazem, na Karczmisku, przedstawiające zdeformowane, przygięte ciężkim śniegiem młode świerki, zawsze sprawiało na mnie przygnębiające wrażenie – czegoś groźnie zaczajonego w mglistym tle poza prawą ramką kadru.

Śmierć Karłowicza – paradoksalna, bezsensowna – miała jednak swój patos i oprawę. Śmierć Mallory’ego piętnaście lat później i, bagatelka, siedem tysięcy metrów wyżej, przez całe dziesięciolecia zapładniała wyobraźnię wspinaczy, dziennikarzy, poetów, nie mówiąc już o podstawowej zagadce: był jednak czy nie był na szczycie?

Tak, George Herbert Leigh Mallory to był Ktoś; żadnego stroju kosmitów, żadnych puchów, wspomagaczy tlenu, pułku Szerpów-tragarzy, krótkofalówek, komórek, kamer filmowych. Żadnej celebry i cyrku. Naturalność i prostota. Surowość wojskowego, oficera armii brytyjskiej, i sznyt dżentelmena. Solidne buty do skały i lodu, wzmocnione hufnalami, owijacze na spodnie, pas, wojskowa wełniana kurtka lub po prostu marynarka, koszula, długi szal do zakutania się à la Mały Książę, plecak, taki na lekko, aparat fotograficzny, lornetka do wypatrywania przejść w dziewiczym terenie i ścigania wzrokiem towarzyszy na grani. W zależności od potrzeb i pogody – czapka lub kaptur. I jeszcze zdjęcie żony, matki jego trojga dzieci, w wodoszczelnym pergaminie do zagrzebania w śniegu na dachu świata. Siedemdziesiąt pięć lat później, w 1999 roku spektakularna ekspedycja poszukująca Nova nie znalazła jej zresztą przy zwłokach Mallory’ego, co zrodziło nowe domysły i spekulacje…

George Mallory stanie jednak – in effigie – na Evereście, tyle że po przeszło siedemdziesięciu latach. W bezwietrzny i słoneczny poranek 14 maja 1995 roku wnuk legendarnego wspinacza, George Mallory II, „kończąc rodzinny interes”, jak sam to nazwie, uklęknąwszy, zakopie w zbitym firnie słynną fotografię dziadka w wojskowej kurtce z żoną Ruth. Oboje patrzą z niej na nas, prosto w oczy, spokojnie, pogodnie i zdecydowanie.

[…]

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.