07–08/2018

Radosław Wiśniewski

Trzecie widzenie znad szkierów

Poranny prom z Visby obrócił się wokół własnej osi na środku zatoki. Zostawił w szkierze wir spienionej wody, wyrzucił z siebie w szybkim tempie ludzi do przeszklonego, parterowego budynku przystani promowej w Nynashamn. Pakistańczyk po przelocie pierwszej fali wyokrętowanych odczekał jak zwykle swoje piętnaście minut, po czym zamknął bufet i kiosk do czasu, kiedy przypłynie kolejny prom z Visby. Sam na przystani był bez szans. Wprawdzie równolegle cumował polski prom, z nieodspawanym herbem Visby na dziobie i portem macierzystym Nassau na rufie, ten sam, którym przypłynąłeś kilka tygodni temu, ale ludzie wysiadający z tego promu szybko mijali kolejne bramki, barierki, drzwi, wsiadali do najczęściej już na nich czekających busów, używanych volkswagenów, skod i mercedesów, żeby czym prędzej odjechać w stronę tymczasowych miejsc pracy. To się nazywa słuszna realizacja praw naszych ze wszech miar uzasadnionych, zupełnie inaczej niż gdy jakiś brudas próbuje na stałe zamieszkać w Polsce, co się nazywa hybrydową inwazją, atakiem islamu, najazdem bydła. Bo co innego, gdy my naszym, a co innego, kiedy inni nam, zaprawdę. Jak zatem powiedziałem − przystań opustoszała, tylko na wysokości kas stał niewątpliwy rodak w wytartym, lekko przepoconym podkoszulku z emblematem amerykańskiego uniwersytetu, być może Georgetown, może Yale. Pokaźny brzuch wystawał spod podkoszulka. Na ramiona rodak narzucił kurtkę dżinsową, dekatyzowaną i takież same miał spodnie dżinsowe, ciasno podpięte paskiem pod krzywizną brzucha. Raz, że wyżej by się nie dało, a dwa, że to cholernie niezdrowo tak opinać brzuch paskiem w pół jelita. Za plecami trzymał zawinięte w papier gerbery. Gerbery, jak wiadomo, są tradycyjnie kwiatami pogrzebowymi, zatem patrzyłeś na niego urzeczony i oczekiwałeś, że z promu, który właśnie przypłynął z Polski, wyjedzie na kółkach jakaś trumna. Czekałeś na rozwiązanie tej niezwykłej sytuacji, a jednak korytarz prowadzący w stronę nabrzeża, przy którym cumował prom z Polski, długo pozostawał pusty i ciemny. Rodak coraz bardziej nerwowo miął owe gerbery w papier opakowane i przestępował z nogi na nogę, jakby mu się chciało. Może przed spotkaniem ważnym nie oddał zawczasu honorowo moczu, nie przewidział też długiego oczekiwania, a zarazem z nadchodzących chwil nie chciał rodak nic uronić. I zrazu cicho, a potem coraz głośniej i głośniej słychać było terkot kółek walizki, jedno jej kółko ewidentnie turkotało nieco inaczej niż drugie i dźwięk co jakiś czas się urywał, gdy torba na kółkach zapewne przewracała się na bok w wyniku pośpiechu, w jakim była ciągniona, oraz niewspółmierności oporu stawianego przez oba kółka. Z akwariowej poświaty przeszklonych korytarzy pomału wyłaniała się postać płci żeńskiej, o czym świadczyły luźne i dosyć długie, strąkowate, przetłuszczone włosy, czerwona szminka nałożona na bladoróżową, szeroką twarz w okolicach ust oraz zarysowujące się pod ubraniem pokaźnych rozmiarów piersi. Spod podkoszulka, znaczonego spranymi znakami jednej z drużyn NBA, wystawał figlarny, acz spory wałeczek sadła, twarz szeroka powyżej, jasnoróżowa, gdzieniegdzie tylko upstrzona trądzikowymi pąklami, lekko lśniła od potu w bocznym dziennym świetle wpadającym przez okna. Coś trzymała w prawej dłoni, chowając to za plecami, tak jak ten tutaj samczyk rasy polskiej trzymał kurczowo z tyłu gerbery, mimo że wystawały mu raz z jednej raz drugiej strony w wyniku nerwowego przestępowania z nogi na nogę. I nagle stało się. A stało się szybciej, niż mogłeś się spodziewać. Otworzyły się ostatnie szklane drzwi dzielące tych dwoje zmierzających ku sobie, uśmiechniętych i w uśmiechu wystawiających obopólnie kompletne, chociaż nierówne jak polski płot uzębienie. Ich zetknięcie było jak zderzenie hadronów po długiej podróży przez czeluście cyklotronu. W tej samej sekundzie on wystawił przed siebie bukiet nagrobnych gerberów w papier zawiniętych, a ona ku niemu wystrzeliła prawą rękę z czteropakiem „Tyskiego” w puszce. Przejęcie darów nastąpiło szybko i bez słowa, podobnie jak bez plaśnięcia, chociaż prosiłoby się o nie, przylgnęli do siebie na jedną śliską, spoconą chwilę. Przyciągnęli się lewymi rękami, w prawych tkwiły bowiem przejęte w locie niemal dary. Wyglądali jak para ogrów czy może raczej włochatych postaci widywanych w książkach o łowiecko-zbierackich początkach ludzkości, gdy panowały dość proste i fundamentalne formy wymiany, w której samiec ofiarowywał samicy w zamian za seks i możliwość podtrzymania swojego genotypu mięso mamuta. Im więcej miał tego mięsa do ofiarowania, tym większe miał szanse. Dokonało się. Polska. Mieszkasz w Polsce, mieszkasz w Po-po-po-po-po-polsce. Przemknęło ci to przez myśl i zamknąłeś oczy, aby tych dwoje zatrzymać w biegu, utrwalić dla przyszłych pokoleń. Znak, że pieśni powrotu to czas. Pleśni powrotu to czas. Z tego nie da się wyjść, trzasnąć drzwiami. Poczułeś w jednej chwili, jak twardnieje skóra, pąklowieją kończyny, jak wyłazi z ciebie ukryty przez kilka tygodni waran albo inny jaszczur, jak stajesz się tym jaszczurem, jak, och otworzyły się oczy niebieskie, widzisz siebie, marynarza w Azji, a zarazem trzyletniego, pięcioletniego chłopca na warszawskim podwórku. Nie możesz tego objąć szlifowanym, jaszczurczym rozumem.

Zatem dlaczego wraca, pytają się cienie, miraże na ścianach pieczary, czy tam wszystko będzie bardziej rzeczywiste, bardziej kamienne niż plaża na północnym cyplu wyspy Bergmanna? Decyzja jest dramatyczna, pożałujesz jej gorzko, wiesz o tym i niczemu się nie dziwisz, obracając pod zamkniętymi powiekami, na dnie zmęczonych niedospanych oczu hologram dwóch stopionych w jedno spocone ciało polskich ogrów. W zasadzie już wróciłeś w tamtej chwili, gruda, ciężka klucha zawisła w gardle i w jednej chwili już byłeś na miejscu. Oto budynek biblioteki gminnej w Długołęce koło Wrocławia o urodzie lepianki z przedmieść Teheranu. Siedziałeś w czytelni i wertowałeś podręcznik Obsługa konsumenta gastronomicznego, ostatnie wypożyczenie – lipiec, osiem lat temu. Za plecami słyszysz, jak bibliotekarka jedna do drugiej mówi, że trzeba jeszcze kwiaty kupić, bo na śmierć zapomniała, że dzisiaj urodziny Pani Wójt, i że zapomniała, jakie Pani Wójt lubi najbardziej kwiaty, że zadzwoni do dyrektora Gminnego Ośrodka Kultury, to on będzie wiedział. Tymczasem spojrzenie pada na stronę osiemdziesiątą trzecią podręcznika, gdzie ku pokrzepieniu serc obok typów bufetów wszelkich, w tym najbardziej znanego w całym świecie bufetu szwedzkiego, wymienione są systemy bufetowe francuski, czeski, mieszany oraz jako oryginalny wkład nasz w kulturę i rozwój cywilizacji europejskiej pojawia się jeszcze jeden system obsługi konsumenta gastronomicznego – system okienkowy, w nawiasie – polski. I czytasz, iż: „konsument po wejściu do baru zapoznaje się z jadłospisem i podanymi tam cenami, dokonuje wyboru, a następnie podchodzi do kasy, gdzie nabywa bon odpowiedniej wartości, w zamian za który otrzymuje potrawy”. Wielka szkoda, że zabrakło przy opisie stosownej ilustracji, najlepiej dźwiękowej, zapachowej i wizualnej, pod postacią materiału multimedialnego z baru „Górnik” w Krakowie, tego obok kliniki onkologicznej, znanego także wśród studentów pod magiczną nazwą „pinioncenajpirw”, gdyż żwawa bufetowa miała w zwyczaju chwytać klienta za talerz z zupą i trzymać mocno, aby nie odszedł od kasy nie zapłaciwszy najpierw, sycząc mu przez zaciśnięte zęby teatralnym, gromkim szeptem:

− A dzie, a dzie, a dzie idzie?! Pinionce najpirw!

Tymczasem za plecami słyszysz, że już ustalono, że dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury kupił dużą wiązankę gerberów i idzie razem z dyrektorką szkoły, więc dyrektorka biblioteki może się podłączyć, nie będzie obciachu, jak wejdą na sesję rady gminy, nawet ładnie się skomponuje, facet z kwiatami i dwie panie dyrektorki po bokach.

− Jeszcze nie zapomnijcie babsztyla pod kolana ująć jak suwerena, gdyż ona jest dla was, kurwa, suwerenem, a wy jeno jej lennikami psimi jesteście, więc na kolana psy, pieski… – odwarkujesz znad książki, chociaż najwyraźniej nikt cię nie słyszy, nie ma ciebie tam tak bardzo, jak myślałeś, bo to tylko maligna zmęczonego umysłu, efekt braku snu tej ostatniej nocy. A może poranny zjazd do przystani promu, rześkie powietrze, drętwe chłodem, który się już nie cofnie, wycisnęło z ciebie resztki samokontroli i samoświadomości. Nie ma ciebie tam, a zarazem możesz być wszędzie, ale nie do końca, zawieszony pomiędzy wcieleniami, niekompletny, ale obecny.


[dalszy ciąg opowieści do przeczytania w numerze]
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.