10/2018

Magdalena Boczkowska

Tylko spokój ducha jest wieczny

Druga powieść Natalii Fiedorczuk – laureatki Paszportu „Polityki” – znacznie różni się od nagradzanych Jak pokochać centra handlowe, choćby zamkniętą, klasyczną fabułą, która jest, mówiąc najprościej, swoistą wersją herstory. To zatem historia o kobiecie, która sama definiuje siebie następująco: „To tylko ja – kobieta przed czterdziestką w niezgrabnej kurtce, butach do wspinaczki i z plecakiem. To tylko ja – jedno małżeństwo, jedno dziecko i trzy obumarłe płody później. To tylko ja – to na jej widok chwiał się i bełkotał przystojny Niemiec, człowiek, na którego przypadkiem i nieintencjonalnie wylała całą zawartość siebie, z której on później otrząsnął się niby mokry pies po wyjściu z Wisły. Co za idiotka”.

Ulga, bo taki krótki i prosty tytuł nosi omawiana proza, składa się z dwóch części poprzedzonych prologiem i zakończonych epilogiem, na podstawie których łatwo zrekonstruować życie głównej bohaterki Karoliny. Dziewczyna wyrwała się z domu na stypendium do Niemiec, ale wolność nie trwała długo, wkrótce upomniała się o nią zgnuśniała Polska. Po śmierci babki wróciła wspomóc matkę Weronikę – kobietę, która potrafiła odejść od brutalnego męża, ale nie potrafiła w tej decyzji znaleźć prawdziwej ulgi, ciągle jej poszukując, pogrążyła się w lekomanii. Karolina wróciła zatem nie tylko do chorej matki, ale i do szarej, brudnej, nudnej, konserwatywnej i stereotypowej, pełnej hipokryzji i skostniałych zasad Polski, porzucając i marzenia o lepszej przyszłości, i niedawno poznanego Niemca Johana, którego tchórzliwe „chciałbym cię znać” zamienia się w odrzucenie, zerwanie związku, którego nigdy nie było. W końcu kobieta sama wpada w los, od którego tak bardzo chciała uciec. Wychodzi za mąż za poznanego w pociągu Marcina, rodzi syna Janka, robi zakupy, sprząta, prasuje koszule, pracuje. Bez zastrzeżeń akceptuje rzeczywistość. Gdy w końcu nabiera odwagi, by się przeciwstawić, i staje w obronie maltretowanej przez męża sąsiadki Alicji, kończy się to dla niej wręcz absurdalnie. Myśli, że pomoże jej religia, od której dawno już odeszła. I co słyszy w kościele? „– Szukaj ukojenia. Ono jest w tobie. – Co mam robić? – Szukaj ulgi”. Jak? Nie wiadomo.

Małżeństwo jawi się w powieści jako represyjna instytucja, w której współmałżonek wyznacza pracę zadaniowo – uprasuj mi koszulę, ugotuj obiad, wynieś śmieci, odbierz dziecko z przedszkola itp., itd. Przynieś, podaj, pozamiataj. Wpadamy w marazm, grzęźniemy w pozorach, bo przecież świat nie może dowiedzieć się o naszej porażce – na Facebooku wszystko musi być idealne, na Instagram wrzuca się tylko piękne zdjęcia, z rodziną jak z żurnala. Z tego letargu może nas obudzić tylko silny wstrząs – jak w przypadku Karoliny, albo skowyt nad naszym „chochołowym” życiem. Tylko czy możliwa jest ulga po niespełnionych marzeniach i życiu wcale nie takim, jakie byśmy chcieli mieć? Kolejny raz Fiedorczuk udowadnia więc, że najlepsza jest wtedy, gdy pokazuje ciemniejsze strony życia, gdy ukazuje mrok, w którym pogrążają się jej bohaterki. Bohaterki, bo lepsza jest także w portretowaniu kobiet, mężczyźni w jej książkach są raczej jednowymiarowi. W Uldze mamy Johana, który boi się stracić to, co ma, i nie podejmuje ryzyka zmiany („chcę cię poznać” zamienia na „chciałbym cię znać”); Marcina, który kocha swoją żonę, ale zupełnie nie potrafi jej zrozumieć i chyba nie do końca akceptuje taką, jaka naprawdę jest, i Jacka – w chinosach i koszulce Ralpha Laurena – który pod płaszczykiem ogłady skrywa prawdziwą twarz oprawcy żony i gwałciciela.

Karolina jest nieco podobna do Lucyny z Jak pokochać centra handlowe. Obie mają wrażenie, że ich dotychczasowe życie to kartonowa dekoracja, że poskładały siebie tak, jak składa się meble rodem z IKEi. Że same stają się tylko elementem wyposażenia. Wpadają w to, przed czym uciekały, w świat swych rodziców, dziadków. Boazeria na ścianach została zastąpiona stylem skandynawskim, szklanki z duralexu – kubkami ze Starbucksa, paprotki – kaktusami tudzież modną ostatnio monsterą. Przaśną polskość, katolickość rodem z Lichenia można pokryć filtrem Instagrama, udając „zachodnią normalność”, ale spod powierzchni i tak wyziera to, co swojskie, wpychając największych nawet outsiderów w dom z ogródkiem, kredyt, pieluchy i zakupy w hipermarkecie. Portretując pokolenie trzydziestolatków, Fiedorczuk każe czytelnikom przeglądać się w zwierciadle i stawia ważne, ale nieco nas uwierające pytania: jak nadać sens naszemu życiu? Dlaczego utraciliśmy czyjąś miłość? Dlaczego zakochujemy się w tych, a nie innych osobach? Co (i czy w ogóle coś) warto poświęcić, goniąc za marzeniem? W imię czego rezygnować z marzeń? I kiedy jesteśmy gotowi podnieść swój skowyt nad losem?

Bohaterowie Ulgi szukają więc ulgi za wszelką cenę – w unikaniu odpowiedzialności, w używkach, alkoholu, w lekach, w religii. Karolina, idąc za radą innych, próbuje „opisać siebie, zanim zrobią to inni”, ale im bardziej próbuje, tym bardziej się od siebie oddala. Zaczyna wierzyć, że gdy kobieta staje się dorosła, wraz z pierwszym mieszkaniem na kredyt, pierwszą nieprzespaną z powodu płaczu dziecka nocą, pierwszą zmarszczką i siwym włosem, traci prawo do marzeń i do ich realizacji. O takich osobach mówi się wydmuszki – szablonowo „odbębniają” swoje życie, tylko czasem, w skrytości nocy, zastanawiają się, jak sprawić, by powtarzalność codzienności nie stała się rutyną – „dopiero późno nocą / przy szczelnie zasłoniętych oknach / gryziemy z bólu ręce umieramy z miłości”, pisała niegdyś Małgorzata Hillar.
Powieść jest jednak także wstrząsającą diagnozą rzeczywistości, fragmenty opisujące na przykład, jak traktowane są w szpitalu kobiety, które właśnie poroniły, mogłaby napisać sama Justyna Kopińska:

[…] ordynator – w okularach, średnim wieku i ze sporym krzyżykiem, zawieszonym na złotym łańcuszku wystającym spod koszuli – wpatrzony w kartę, zadał jej pytanie:

– Czy poronienie wywołane było niedozwolonym środkiem medycznym?

– Co takiego? – odpowiedziała słabo. – Pan chyba żartuje.

– Wszystkie tak mówią. – Ordynator odwrócił się w stronę starszej położnej i młodego, przystojnego lekarza. – Za długo szła paczka z zagranicy, a potem mamy zagrożenie życia. A może teściowa ma ar-tre-tyzm? – Młody lekarz zachichotał nerwowo. Położna poprawiła okulary i spojrzała Karolinie prosto w twarz.

– Nie rozumiem, o czym pan mówi. – Karolina się wzbraniała i aż uniosła na łokciach.

– To rutynowe pytanie, szanowna pani. Czyli nie. – Odhaczył coś w formularzu, mocno naciskając długopisem.

– Nie trzeba wzywać niebieskich – powiedziała siostra, wydymając usta. – To dobrze, i tak mamy młyn. Ale wyglądało nieciekawie, normalnie świniobicie. Było przetaczanie.

Podeszli do następnego łóżka. Karolina została tak, z uniesionym tułowiem, w niedowierzaniu, po chwili opadła na materac i skuliła się na boku, nakrywając głowę kołdrą. Wciąż bolało […].


Piekło kobiet trwa i będzie trwać, bo w patriarchalnym świecie nie ma dla nich miejsca, to nie jest rzeczywistość dla nich, to nie jest normalność, w XXI wieku w środku cywilizowanego świata kobiety musiały wyjść na ulicę, by walczyć o siebie. Ulga to lektura piekielnie trudna, bolesna, uwierająca jak za ciasne buty. Fiedorczuk łapie czytelnika za gardło, potrząsa nim i mówi, zobacz – tak wygląda twój świat. Ulga, którą można odczuwać po zakończeniu powieści, jest więc złudna. Bo to nie tylko literatura. To nasze tu i teraz.

Natalia Fiedorczuk: Ulga.
Wielka Litera,
Warszawa 2018, s. 272.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.