05/2019

Marek Łukaszewicz

Vir deformis, czyli człowiek ułomny

Jedne poglądy zastępują inne, a my wciąż doskonalimy nasze wyobrażenie o rzeczywistości. Budujemy, reagujemy, dążąc do celu. Jesteśmy w stanie ustawicznej metamorfozy. To zmienia nas, a czasem i świat. Zauważyłem, że jedni mają skończoną formę i szczycą się nią, niczym motyl, doskonałym, choć krótkotrwałym powabem. Inni w swojej szpetocie zmieniają swoje wnętrze i pozostają nieodgadnieni dla otoczenia, które widzi w nich zaledwie brzydką powierzchowność. Pewien byt larwalny, wbrew prawom natury, miał w sobie taką moc, że nawet piękno go pożądało, a on odwzajemniał to pierwotne uczucie.


Byłem zwykłym szewcem, który rozmawiał z Bogiem. Stwórca, nie zważając na moją upośledzoną powierzchowność, obiecał mi, że poznam naturę duchowego światła. W dzieciństwie jakimś zrządzeniem losu, pomimo mojego niskiego pochodzenia, pewien ksiądz uczył mnie sentencji łacińskich. A ja coraz bardziej pragnąłem rozumieć i kochać. Rozmowy z księdzem, a później, gdy umarł, z Bogiem dawały mi rozumienie. Miłość przepełniała moje jestestwo. Jednakowoż miałem w sobie coś, co może jest, a może nie jest, grzechem – zawsze pożądałem kobiet.


Szedłem zatłoczoną ulicą. Ludzie uśmiechali się na mój widok. Niektórzy z trudem powstrzymywali śmiech pomieszany z odrazą. Czułem się nieswojo, doskonale znając przyczynę tego zachowania. Wiedziałem jedno – nie byłem taki jak inni. Co do mojej powierzchowności nie miałem złudzeń – byłem najokropniejszym potworem, jakiego nosiła ziemia. Nie ukrywam, byłem sam ze sobą szczęśliwy. Moje ciało, choć niezwykle szpetne, służyło mi w pełnym zdrowiu. Ale nawet ci najbardziej schorowani, trędowaci czy gruźlicy, uważali się za lepszych ode mnie. Niech i tak będzie.

Nagle niezwykle piękna kobieta uśmiechnęła się do mnie. Dotychczas śmiech kojarzył mi się z obelżywą radością, jakiej ludzie doznawali na mój widok. Tym razem jednak byłem podekscytowany. Kobieta uśmiechała się przyjaźnie. Po chwili odezwała się do mnie:

– Chodźmy porozmawiać – rzekła ciepłym, niskim głosem.

Zdumiony, poszedłem za nią. Widać było, że nie jestem bogaty, a mimo to pomyślałem, że może ktoś chce mnie ograbić. Uśmiechnąłem się z powodu niedorzeczności moich myśli.

– Pewnie snujesz domysły, czego od ciebie oczekuję – szepnęła.

– Nie wiem, pani. Moje serce raduje się i trwoży zarazem.

Skręciliśmy w bramę przyozdobioną rzygaczami. Weszliśmy po schodach. Kobieta zapukała i po chwili drzwi otworzyły się bezszelestnie. W drzwiach stał starzec bardziej pomarszczony niż stulatek. Mimo to poruszał się całkiem sprawnie.

Poszliśmy do wielkiego salonu i usiedliśmy za stołem pokrytym zielonym atłasem. Starzec podał miód. Spróbowałem. Trójniak smakował wyśmienicie. Zapomniałem o swojej ułomności. Gdy byłem już lekko pijany, oczy dosłownie zaczęły wychodzić mi z orbit na widok tajemniczej damy. Starałem się ukryć swoje pożądanie, lecz wypieki na twarzy i wzrok wlepiony w dekolt zielonej sukni obnażały moje intencje. Nigdy jeszcze nie byłem z kobietą, a już czułem się strasznie winny. Wtem, zamiast kary, której oczekiwałem, dobiegł mnie, jakby z oddali, aksamitny głos:

– Na dziś masz już dosyć. Przyjdź jutro o tej samej porze. Tylko zapamiętaj drogę do mego domu.

„Winny, winny!” Natrętne myśli tłoczyły mi się w głowie.

Gdy znalazłem się na zewnątrz, spojrzałem raz jeszcze na rzygacze. Były szkaradne. Ale czy sam nie przypominałem maszkary?

– Boże, jakże kocham życie! Jak pogodzić miłość cielesną z miłością doskonałą, miłością ducha? Szczególnie przy takiej przeklętej cielesnej powłoce, jak moja.

Nagle ocknąłem się przed drzwiami do mojej izby. Przeraziłem się. Czy będę w stanie jutro odnaleźć drogę do mieszkania tajemniczej damy?

Następnego dnia błąkałem się po ulicach Krakowa. Jednak nie potrafiłem przypomnieć sobie drogi do pani w zielonej sukni. Zdesperowany, miałem już zaniechać poszukiwań, kiedy nagle osaczyła mnie grupa rozbawionych żaków. Młodzież była już lekko pijana.

Vae victis! – krzyknął jeden z nich, co oznaczało tyle, co „nieszczęście pokonanym”.

Salwa śmiechu znów uderzyła we mnie. Zawsze zazdrościłem uczonym ich wiedzy, a studentom ich poczucia przynależności do wspólnoty, więc powiedziałem:

– Zazdroszczę wam tego, że nie jesteście sami w życiu.

Śmiech ucichł. Jeden z żaków rzekł:

Vae sol.

Po czym dodał:

– „Nieszczęście samotnym”, to tyle oznacza. Może się jeszcze spotkamy.

Snułem się ulicami, nie patrząc, dokąd niosą mnie nogi. Nagle zaczął padać deszcz. Coraz mocniej i mocniej. Byłem już przemoknięty, kiedy lunęła na mnie struga wody. Spojrzałem w górę. To był rzygacz na dachu domu tajemniczej damy. Odetchnąłem z ulgą.

Woda dosłownie płynęła korytarzem, gdy zapukałem do drzwi. Otworzył stary służący i po chwili pojawiła się również dama. W ręku trzymała nowe ubranie:

– Idź, wykąp się i przebierz – rzekła.

Nie tylko nie wyrzucono mnie za drzwi, co już napawało mnie radością, ale jeszcze ofiarowano mi nowe ubranie. Wszedłem do łaźni. W rogu stała drewniana balia wypełniona parującą wodą. Zdziwiłem się na myśl o tym, że miałem się wykąpać. Rozebrałem się i zanurzyłem w wodzie. Gdy obmyłem ciało, poczułem rozkosz. Wytarłem się lnianym płótnem. Ubrałem się – szaty leżały na mnie tak, jakby były szyte na miarę. Nieśmiało wyszedłem z łaźni.

– Wejdź do komnaty – powiedziała kobieta.

Poczułem zapach perfum. Miałem nadzieję, że może dla mnie tak pięknie pachnie, ale szybko odrzuciłem tę myśl jako niedorzeczną. Pomyślałem, że być może zjawi się jakiś znamienity gość. Jak się później okazało, miałem rację. Ciągle dręczyło mnie pytanie, czego oczekiwała ode mnie dama. Czułem się jak wędrowny błazen. Może miałem rozbawić kogoś swoim wyglądem?

Zaledwie usiadłem, kiedy obcy mężczyzna cicho wszedł do salonu. Przywitał się z nami lekkim skinieniem głowy, po czym wygłosił kilka mądrości, które na zawsze zapadły mi w pamięć. Brzmiały one tak:

– Mistrzostwo jest także stanem umysłu, który arbitralnie uznaje, że może już nauczać innych. Wówczas może się zdarzyć, że to, co w sobie tłumimy, jakiś pokład wiedzy, wypłynie do świadomości. Wówczas nie powinniśmy jednak zamykać się na świat, by nasz potencjał nie obumarł bez ożywiającej wymiany doświadczeń. Dojrzałością nazywam zaś szacunek dla człowieka, który zmierza ku temu, by się stać godnym szacunku.

– Czy i ja posiadam w sobie jakąś wiedzę, skoro tak niewiele wiem? – spytałem.

– Już zyskujesz szacunek w moich oczach – rzekł nieznajomy.

Nadeszła bardziej oficjalna część przyjęcia. Piliśmy i dyskutowaliśmy na tematy, o których przedtem zaledwie słyszałem. Nieznajomy nazywał się Andrzej z Wiślicy i właśnie przybył z Konstancji, gdzie dwa lata wcześniej spalono na stosie Jana Husa. Jego ostatnie słowa, na widok nabożnej kobiety, która podkładała chrust pod jego stosem, brzmiały: „O, święta naiwności!”.

Gdy usłyszałem tę historię, powiedziałem:

– W ogniu można spłonąć, ale też uszlachetnić swoją duszę.

Poczułem wstyd, jakbym to ja był tym, kto podpalił stos tamtego mędrca.

Zaczerwieniłem się, spoglądając na damę. Ona zaś powiedziała:

– W tobie płonie ogień. Widać to w twych oczach. Dlatego tu jesteś.

Największym szczęściem jest miłość. Tyle zrozumiałem z nauk mistrza Andrzeja. Zawsze myślałem, że wiedza decyduje o wartości człowieka. Tymczasem jest ona narzędziem, z którego można zrobić zarówno dobry, jak i zły użytek.

– Nad czym tak dumasz? – spytała dama.

Ocknąłem się ze swoich myśli. Nagle obecni stali się realni. Odpłynęli, gdy myślałem i myśli stały się moją realnością. Teraz znów wróciłem, wzbogacony o przemyślenia.

– Chyba można pływać nie tylko po Wiśle, ale także w myślach – powiedziałem nieśmiało.

– Kto cię szkolił? – spytał Andrzej z Wiślicy.

– Patrzę, myślę i zapamiętuję różne mądrości, zasłyszane od ludzi. Poza tym wiele przekazał mi ksiądz, który nauczał mnie w dzieciństwie – odparłem.

– Co myślisz o Janie Husie? – spytał nagle Andrzej z Wiślicy.

– Zginął człowiek. Słyszałem, że był dobry i że był wielkim uczonym. A tamta kobieta od stosu… Zapewne myślała, że… – zacząłem, ale przerwała mi tajemnicza dama:

– Zamilcz, źli pójdą na potępienie.

– Ale potępienie to zło, które wynika ze złej intencji – dodałem natchniony.

– Kara i nagroda to wymierzanie sprawiedliwości – stwierdziła dama apodyktycznym tonem.

Nagle uświadomiłem sobie, że prowokuję konflikt, którego nikt by tu nie chciał. Powiedziałem:

– Nie wiem, czy kochać całym jestestwem nie jest bluźnierstwem. Może powinniśmy czuć tylko Boską miłość?

– O czym ty mówisz? – zaniepokoił się Andrzej z Wiślicy.

– Bo gdy kocham, to chcę mieć. Taka jest moja ułomna natura – powiedziałem z lekkim strachem.

Rozeszliśmy się. Szedłem pogrążony w zadumie, gdy nagle usłyszałem przenikliwy krzyk:

– O, bogacz!

Nie zdążyłem obejrzeć się, by ocenić, skąd dobiega ten głos. Poczułem nieznośny ból od ciosu w głowę. Zapadłem w przepaść niebytu.

Obudziłem się w piekle. Sam Lucyfer uśmiechnął się do mnie i rzekł:

– Witaj w moich skromnych progach! Widzisz, to tylko ludzka wyobraźnia deformuje mnie i oszpeca. W rzeczywistości nie skrzywdziłbym nawet grzesznika.

Diabeł zaśmiał się donośnie. Wówczas z oddali usłyszałem pieśń, która, jak się okazało, była elementem dziwnej liturgii – obrzędu, jakiego nigdy nie zapomnę. Odbywała się ona po łacinie, ale po chwili ta sama pieśń zabrzmiała po polsku:

Homine potente, opertus paupertatis, wszechmocny człowiek, w biedę odziany…

Po skończonej mszy Lucyfer wręczył mi kielich:

– Napij się – rzekł.

Nagle poczułem, że się topię. Ktoś mną targał. Otworzyłem oczy, znów czując ból po ciosie w głowę. Zachłystywałem się wodą. Strażnicy wyciągali mnie z Wisły za ręce. Byłem prawie nagi.

– Kim jesteś? – spytał gwardzista.

– Ograbionym biedakiem – do mojej świadomości docierał fakt, że diabeł istniał tylko w moim śnie.

– Śpiewałeś dziwną liturgię po łacinie. Wzywałeś imię szatana. Musimy to wyjaśnić.

Gwardziści przykryli mnie kocem i przeprowadzili przez miasto w kierunku aresztu. Ludzie to śmiali się, to współczująco kiwali głowami. W końcu trafiłem do lochu, którego wspomnienie zachowałem do dziś.

Są rzeczy mniej lub bardziej oddalone od naszej osobowości. Czasem błądzić to znajdować, a czasem błądzić to gubić. Ważne, by wrócić i poskładać się w całość. Większość ludzi się zagubiła, więc pomóżmy sobie, my, sieroty, odnaleźć Boga w nas samych. To rola każdego z nas, by pomagać bliźniemu odnaleźć siebie. Ten, kto odnajdzie siebie, będzie widział więcej. Ten, kto się zagubi, zamąci wzrok nie tylko sobie, ale i innym. W interesie ludzi leży, byśmy się odnaleźli. Wierzę, że człowiek, który żyje w zgodzie z czystszą częścią natury, jest lepszy niż miotający się zagubiony strzęp, jakim najczęściej jesteśmy, zanim odnajdziemy pełnię.


Usłyszałem przez sen, jak drzwi do mojej celi nieprzyjemnie zaskrzypiały. W asyście strażnika wszedł inkwizytor. Obudziłem się i poczułem przerażenie. Podniosłem się i z szacunkiem ukłoniłem przed dostojnikiem.

– Widzę, że masz dworskie maniery, choć z tego, co wiemy, twoja matka była zwykłą mieszczką. Do niedawna nie doszliśmy tego, kim był twój ojciec. Twoja matka przy ostatnim namaszczeniu powiedziała, że nie może tego zdradzić. Wyjawiła jednak wiele innych informacji – rzekł inkwizytor. – Dowiedzieliśmy się, że otrzymała dużo złota, które ukryła. Zdradziła nam tę tajemnicę. Mamy to złoto. Do tej pory zostawiliśmy cię samemu sobie, bo i co nam po zwykłym śmiertelniku i po co zwykłemu śmiertelnikowi tyle złota. Jednak niedawno zgłosił się do nas twój ojciec. To jest bardzo ważna osoba. Zwracamy ci nie tylko wolność, ale i złoto. Żyj odtąd w szczęściu i błogosław naszego Stwórcę za łaski, którymi cię obdarował.

Zaniemówiłem. Pokłoniłem się znów, nie będąc pewnym, czy śnię. Ale nie, wszystko było realne: i inkwizytor, i strażnik, i ja.

– Dziękuję, Wasza Ekscelencjo. Czy to oznacza…?

– Nie musisz dziękować. Nasz człowiek zaprowadzi cię do nowego mieszkania. Przygotuj się na spotkanie z kimś, kto wiele dla nas znaczy.

Czułem się niekomfortowo jako pan. Nigdy nie lubiłem wywyższania się innych, a teraz sam byłem wywyższony. Cóż, moja powierzchowność nie uległa zmianie, dusza też pozostała ta sama. Dusza upokorzona przez niełatwe życie.

– Panie, idzie gość – rzekł mój nowy służący.

Nie odpowiedziałem. Nie byłem przyzwyczajony do posiadania czegokolwiek, nie mówiąc już o innym człowieku.

– Witaj, synu. Jestem Borzywoj – nieznany wielmoża uścisnął mi dłoń i objął mnie ramionami. Łzy napłynęły mi do oczu, lecz ciągle nie byłem pewny, czy to sen, czy jawa. Przyjrzałem się jednak uważnie rysom gościa. O ile można mnie porównać do kogokolwiek, to chyba odnalazłem niejakie podobieństwo. Miłość mieszała się z trwogą, która spowodowała, że nieco się wycofałem. Nabrałem dystansu.

– Przepraszam – rzekł ojciec.

Nie chciałem udawać wzruszenia, za co mocno się ganiłem.

Ojciec spojrzał na mnie i wyjął zza pasa mieszek. W jego ręku zabłysnął klejnot, pierścień z herbem, który z namaszczeniem nałożył mi na palec.

– Dziękuję – rzekłem zaniepokojony i zmieszany zarazem.

– Wiedz, że należysz do dynastii pochodzącej z czeskich Przemyślidów. Nie chcę cię do niczego nakłaniać, ale może czas, byś znalazł sobie żonę.

– Z moim wyglądem? – prawie zapłakałem.

– Bogactwo i pochodzenie uczynią cię atrakcyjnym – powiedział dobrotliwie Borzywoj.

– Wykształcę cię na prawdziwego rycerza – zaśmiał się ojciec, a ja przeraziłem się nie na żarty.

Świat widziany z punktu widzenia wielmoży. Tego nigdy nie przewidywałem. I tym razem mój Bóg do mnie przemówił, jak zawsze w chwilach, które były naj­istotniejsze w moim życiu:

– Widzisz, już stałeś się bogaczem i rycerzem. Lecz nie o takim bogactwie wcześniej ci mówiłem. Przeżyjesz przygody i rozterki, które cię wzbogacą. Pozostaniesz jednak posłuszny swoim popędom. Żądam jednak od ciebie, byś stał się rycerzem ducha.

– Teodorze, co się dzieje? – spytał Borzywoj.

– Nie wiem, chyba…

– Nic nie musisz mówić, sam widzę. Zawsze sądziłem, że Bóg nie miesza się do ziemskich spraw. A tutaj zobaczyłem wokół ciebie wielkie światło.

– Ojcze, chcę się uczyć.

– I tak się stanie. Pójdziesz na Uniwersytet i zostaniesz uczonym.

Następnego dnia znalazłem się w murach Uczelni. Spotkałem grupę żaków. Jeden z nich, ten sam siłacz, który pchnął mnie kiedyś, zapytał:

– Witaj, tym razem chciałbym zadać ci tylko jedno pytanie: czy nazwa „but” istnieje realnie?

To mnie zastanowiło. Poczułem się w swoim żywiole. Odpowiedziałem:

– Buty istnieją realnie, nawet jeśli ich nie nazwiemy. A nazwa „but” też może istnieć, ot, choćby na papierze.

Żacy spojrzeli na mnie przenikliwie i złośliwe uśmieszki zniknęły z kącików ich ust.

– Czy wiedziałeś coś o uniwersaliach i rzeczach jednostkowych?

– Nie, ale szkolił mnie szewc. Kto jak kto, ale ja wiem, co to jest but realny i jak on powstaje. Nazwa tylko zapowiada o realności rzeczy, a gdy szewc mówi do mnie: „Uszyj buty!”, to już je widzę, choć rzeczy jeszcze nie ma – powiedziałem, a koledzy uśmiechnęli się.

Czas mijał, a ja z wielką pilnością uczyłem się filozofii. Nie śmiałem nawet myśleć o damie w zieleni, która, jak powiedział mi stary sługa, musiała opuścić Kraków.


Jak zauważyłem, życie żaka to nie tylko zdobywanie skarbu, jakim jest wiedza. Któregoś dnia koledzy otoczyli mnie i śmiejąc się, powiedzieli:

– Tymczasem chodźmy do karczmy.

Znów się wystraszyłem.

Nie przepadałem za nadmiernym piciem.

W głowie huczało mi od nadmiaru wypitego piwa. Maciej z Gąbina, ten siłacz, nagle rzekł:

Tempus edax rerum, czas niszczy wszystko – po czym osunął się na podłogę.

Inni kompani byli w podobnym stanie już od jakiegoś czasu. Wezwałem karczmarza, zapłaciłem kilka groszy i słudzy zanieśli ich do mojej kamienicy. Rano wszyscy byliśmy już na nogach.

– Dziękujemy! Jak pięknie żyjesz! Opowiedz nam o sobie.

Musiałem opowiedzieć historię swego życia. Kompani kiwali głowami ze zrozumieniem. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem. To była dama w zieleni.

– Dzień dobry – wyszeptałem zmieszany. Moje oczy błyszczały.

Dama weszła do pokoju i dopiero wówczas zobaczyła moich kompanów. Oni również nie wykazali swojej zwykłej zadziorności, tylko nisko się pokłonili.

– Nie będę wam przeszkadzać – dama była równie zaskoczona, jak i ja. Po chwili wyszła, zostawiając mnie w stanie odurzenia falą miłości, która nagle spłynęła na mnie.

Nawet nie zdążyłem zapytać, czy mogę ją odwiedzić. Ponieważ zataiłem fakt, że poznałem tajemniczą damę, to zaskoczenie kompanów było absolutne.

– Nie wiedzieliśmy, że znasz tak piękną kobietę. Jestem pełen podziwu – rzekł Maciej z Gąbina.

Ja jednak czułem się rozczarowany i niezadowolony. Goście przeszkodzili mi w spotkaniu z damą w zieleni. Ale cóż, czasu się nie da cofnąć, chyba że postanowi tak sam Bóg.

Koledzy rozeszli się, a ja pozostałem sam na sam ze swoimi myślami. Dlaczego dama pojawiła się u mnie? Od kiedy wiedziała o moim pochodzeniu? Czy miałem u niej choć cień szansy? Niczego nie byłem pewny. W drodze do jej kamienicy krok mój był szybki, a serce biło coraz mocniej. Gdy dotarłem do bramy z rzygaczami, byłem już rozpalony do czerwoności. Wspiąłem się po schodach i zapukałem.

– To ty! – dama uśmiechnęła się promiennie.

Po drodze ułożyłem pieśń, którą jej zaśpiewałem, przełamując tym własną nieśmiałość:

Mróz ściął ziemię, pokrył szronem,

Lot sikorki cieszy niebo.

Zieleń oczu mojej damy

Nawet kwiat chce wielbić ciebie.

Na witrażu cuda niebios:

Ktoś wyrzeźbił płatki śniegu.

Chcę nieśmiałość swoją przemóc

I zatrzymać gwiazdy w biegu.

Stanąłem i czekałem. Ona powoli podeszła i pocałowała mnie w rozgrzany policzek. O mało nie zemdlałem. Idąc na uczelnię, śpiewałem i tańczyłem, tak wielkie było moje szczęście. Ludzie śmiali się, a ja miałem wrażenie, że wszyscy domyślają się przyczyny mej radości. Kobieta mnie pocałowała.

Gdy byłem na Uczelni, koledzy otoczyli mnie i zaśpiewali w taki sposób, bym poczuł się jak najbardziej upokorzony:

Vir deformis caritate plenus, vir deformis in caritate, vir deformis caritate plenus.

Zostałem zmiażdżony tymi słowami. Słowa te znaczyły tyle, co „brzydal przepełniony miłością”. Widząc moje łzy, Maciej z Gąbina powiedział:

– Mamy 15 października i to są beania, twoje żakowskie otrzęsiny. Wszyscy to przechodzili.

Nagle koledzy założyli mi koronę na głowę i zaintonowali żakowską pieśń, Breve regnum:

Do krótkiej władzy jest podniesione

To, co nisko położone,

Co wyniosłe, jest strącone.

Szybko mija zmienny czas.

Działaj z werwą i ochotą,

Bystrość żaka twoją cnotą,

Młodość życia jest przed tobą,

Niech do pracy wiedzie nas.

Z Krakowa, z stolicy,

Niczym lilia pięknolicy,

Wśród tysięcy wyszukany,

Na pierwszego już wybrany,

W osiem dni włodarzem był,

Wzmacniał władzę ile sił,

Niczym król w pałacu żył,


Czas go rózgą wkrótce zbił.

W czasie, gdy panował,

Naukę zaniedbał,

Do lekcji się nie szykował,


Cały tydzień minął w mig.

Tak więc zostałem królem. Mogłem rządzić, przynajmniej przez kilka dni. Cóż to takiego władza? Przemija jak wszystko na tej ziemi. Człowiek przemija, władza przemija. Nie potrafiłem nigdy zrozumieć, dlaczego ludzie tak łakną władzy. Władza wiąże się z przymusem. Zaszczyty – z próżnością. Kiedy do szczęścia wystarczy tak niewiele. Chciałem zrozumieć, dlaczego Bóg stworzył człowieka takiego, jakim jest. Człowiek dąży do panowania. Nawet, gdy panuje nad drugim człowiekiem, czasami nie panuje nad sobą. Wiedziałem coś o tym. Mój wzrok często błąkał się po dekoltach kobiet. Teraz byłem zakochany, pragnąłem tylko jej przychylności. Ganiłem się za to, gdy pomyślałem, że i uroda przeminie. Może później odnajdziemy się w niebie? Znów otrzeźwiałem… Przecież jeszcze nic się nie wydarzyło, a już nawiązywałem do tego, by być z nią na zawsze. Nagle usłyszałem zgiełk świata zewnętrznego. Siedziałem tak na tronie i tłum żaków radośnie chylił przede mną czoła.

– Czekamy na twoją decyzję, królu.

– Chodźmy odziać i nakarmić przynajmniej jednego biedaka – zawyrokowałem.

– Twoja decyzja jest dziś prawem – odparli żacy i korowód ruszył w miasto.

Znaleźliśmy wystraszonego i zaszytego w zaułku biedaka. Nie zważając na jego protesty, zdjęliśmy z niego ubranie. Znalazła się i nowa odzież. Podarowaliśmy mu pieczonego zająca. Jadł łapczywie, wypluwając ogryzione kości na bruk. Gdy był już syty, zażądał piwa. Zaspokoiwszy pragnienie, uśmiechnął się z zadowoleniem. Wówczas, powodowany mizerykordią, powiedziałem, że i jemu, temu biedakowi, możemy spełnić jedno życzenie. Bez namysłu wykrzyczał:

– Oskarżam szczury o to, że mnie pogryzły, choć nic złego im nie zrobiłem!

Tak więc przywołaliśmy oskarżonych. Na nasze zawołanie zjawił się tylko jeden szczur, ale przemknął szybko i już go nie było.

– To tylko zwierzęta, więc nie możemy ich zbytnio karać – stwierdził ich obrońca, Maciej z Gąbina.

– One czczą szatana. Widziałem to w ich oczach, gdy się od nich opędzałem. Najlepiej spalić je na stosie – powiedział biedak.

Pożałowałem, że oddałem na chwilę swoją kilkudniową władzę. Ponieważ jednak nie udało nam się złapać żadnego szczura, to spaliliśmy kilka kukiełek gryzoni. Dobrze, że nie paliliśmy ludzi…

Przyszedł drugi dzień mojej władzy. Pomyślałem o wielkim człowieku – Janie Husie. Chociaż wiedziałem, że zachował się godnie, to spotkał się z nią – ze Śmiercią. Zastanawiałem się, dlaczego Śmierć była kobietą. Zazwyczaj kobiety nie zabijały. Raczej dawały życie. Kiedy zaspany wstawałem z łóżka, dały się słyszeć krzyki. Ktoś najwidoczniej chciał kogoś ostrzec. Wyjrzałem przez okno. Na dziedzińcu pojawiła się straż miejska. Za nią szedł inkwizytor. Poczułem strach. Ubrałem się w mig, by godnie przejść przez miasto. Otworzyłem drzwi.

– Witaj, mój młody przyjacielu – inkwizytor uśmiechnął się, obnażając pożółkłe zęby.

– Cóż tu sprowadza Waszą Dostojność? – zapytałem zdezorientowany.

– Powiem krótko. Twój ojciec był z wizytą u króla Niemiec, Zygmunta Luksemburczyka. Jan XXIII w wyniku intrygi musiał oddać królowi Niemiec jakieś bardzo ważne pismo. Okazało się, że dokument ten dotyczy twojej osoby. Masz być otoczony szczególnymi względami. Bezzwłocznie udamy się na spotkanie. Uczelnia poczeka.

Widząc moje zaniepokojenie, inkwizytor rzekł:

– Nie musisz się niczego obawiać. Żacy zostali powiadomieni i już obierają następnego króla. Gdy wrócisz, będziesz mógł kontynuować studia.

Wsiedliśmy do kolebki. Konie ruszyły, a ja zamyśliłem się nad zmiennością losu. Miałem, jak się domyślałem, spędzić dłuższy czas w towarzystwie tego ponuraka, który silił się na uprzejmość.

Już minęliśmy bramę miasta. Przyglądałem się uważnie okolicom. Gdy jechaliśmy wśród pól, zaciekawiło mnie ścielenie lnu w ten piękny, jesienny poranek.

Wówczas inkwizytor pochylił się nade mną i uśmiech wykrzywił mu twarz. Przeraziłem się nieco. Wtedy usłyszałem słowa:

– Moim największym marzeniem jest palenie. Tak już mam. Lubię stosy i, ogólnie, lubię ogień.

Gdy zobaczył, jak pot wystąpił na moje czoło, pogładził się nerwowo po łysej głowie i powiedział:

– Nie martw się, według mnie ludzie dzielą się na tych, których dusze potrzebują zbawiennego ognia, i tych, których życie już oczyściło. Ty należysz do tej drugiej grupy… Tak więc dla mnie jesteś już oczyszczony.

Nagle przypomniała mi się dama w zieleni i spotkanie z Andrzejem z Wiślicy. Nie bacząc na drażliwość tematu, zapytałem:

– A jak to było z Janem Husem?

– Historię znasz. Zadarł ze wszystkimi. Sprzeciwił się świętemu prawu do posiadania. Marzyła mu się uboga duchowość, kiedy, jak wiesz, duch szlachetny winien być odziany w dostojne szaty.

– Kiedy, według mojej wiedzy, Hus był czysty – nalegałem.

– Czasem polityka sprowadza na stos tych, którzy winni raczej go podpalać, niż na nim płonąć – dodał poirytowany inkwizytor.

Popadłem w zadumę i przysnąłem. We śnie zobaczyłem stos, który z dużym wysiłkiem został przygotowany przez inkwizytora. Później, w towarzystwie kata, wyruszył on na poszukiwanie swojej ofiary. Długo błądzili, bo wszyscy ludzie byli już oczyszczeni. Szli od wioski do wioski. Nagle zirytowany kat spojrzał dziwnym wzrokiem na inkwizytora. Ten się wystraszył. Dopiero wówczas spostrzegłem, że kat był Śmiercią ukrytą pod kapturem. W jednym ręku Śmierć trzymała kosę. Nagle chwyciła drugą ręką inkwizytora. Pomimo jego protestów, zaprowadziła go na stos i tam przywiązała do pala. Wówczas ta sama bogobojna kobieta, która przyczyniła się do zguby Jana Husa, zapaliła ogień i zaczęła się śmiać. Śmiała się donośnie, a Śmierć pobrzękiwała kosą, ostrząc ją o kamień. Nagle usłyszałem słowa inkwizytora, dobiegające jakby z innego wymiaru:

– Cierpienie uszlachetnia.

Obudziłem się i zobaczyłem, jak uśmiechnięty inkwizytor pochłania pieczonego kuraka, popijając każdy kęs piwem. Uspokoiłem się, zrozumiałem bowiem, że historia tworzy się niezależnie od naszych życzeń. Wbrew sobie pożałowałem czasów, kiedy byłem zwykłym szewcem pogardzanym za swoją powierzchowność.

[dalszy ciąg można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.