03/2019

Miłosz Waligórski

Węgry

pamięci Lajosa Grendela (1948–2018)


Powiedzieć, że Węgry są samotną wyspą, to nic nie powiedzieć. Węgry są morzem.

Gdyby na chwilę – o, paradoksie! – umorzyć czas, i tych, bagatela, dziesięć milionów lat wymazać z pamięci, ujrzeć by można, jak basen Karpat znów wypełnia woda. Czarny gumowy korek zatyka odpływ gdzieś przy Cisie, w Tiszasziget albo w Gyálarét, a z kranu płynie deszczówka. Budapeszt, Győr, Miszkolc, Nyíregyháza, Debreczyn, Kecskemét, Szeged i Pecz giną w słodkowodnym odmęcie – tak w Młodzieńczych latach Krúdyego, mijając się z powołaniem, utonął w Popradzie skromny ministrant o nieskromnej ksywce „papież Grzegorz”. I tylko góry – węgierskie góry, z których drą łacha Rumuni i dookolni Słowianie (nawet ci z Wojwodiny), góry Mecsek i Villány, Zempléni i Bakony, Bükk i Mátra, z najwyższym punktem kraju, szczytem Niebieskawym (Kékestető, aż 1014 m n.p.m.!), bo nie nieba, lecz niebka dotyka – więc tylko góry panują nad okolicą z godnością Miklósa Horthyego, admirała bez floty w państwie bez morza i regenta w królestwie pozbawionym króla. Wierzchołki tworzą wyspy, między którymi przy ładnej pogodzie kursują promy skojarzeń i tratwy z rozbitkami zdań, a Sindbad żeglarz, wychowanek gimnazjum niższego w Podolińcu, odprowadza wzrokiem piękne Słowaczki i spławia łagodnych Słowaków.

Co teraz będzie, jeśli na palimpsest węgierskości rzeczywiście składają się puszta, Dunaj, Cisa i Budapeszt? Węgierskość się spłaszczy, może nawet zamarznie (bo taki ostatnio mamy klimat), tworząc idealną ślizgawkę dla marzeń o nieosiągalnym, płaszczyznę snucia wróżb i wizji. Wtedy wyrąbiemy przerębel, zarzucimy wędkę – w usta wsuniemy papierocha, bo zza firany dymu lepiej widać tamten świat – z drugiej ręki weźmiemy cytaty. Naszą perspektywę zamknie półkolem łuk Karpat, tysiąc i jedną noc świetlną oddalony od Pesztu, mały jak litera na skrzydle rusałki ceik. Zaczniemy roztrząsać, co by było gdyby. Jak wyglądałyby Węgry, jeśli śluzy dziejów działałyby inaczej. W duchu zaczniemy regulować przyrodę: stawiać zapory, wywoływać burze i powściągać zawieje. Oddamy się bezpłodnej zadumie, bo morze musi być bezpłodne. „Dupa pustyni morskiej” (anus deserti maris) jest przecież płaska i blada. To, co przyjmie w siebie, nic już nie urodzi. Wie o tym każdy, kto czytał Ádáma Bodora, László Krasznahorkaiego czy Andrása Csernę-Szabó, piewców czarnych niedziel, weducistów dna Kotliny Karpackiej. („Weducistów”, bo w ich szaleństwie jednak jest metoda).

Przy lekturze trzeciego z nich, najmłodszego, a więc i najbardziej dziarskiego, rzuca się w oczy pewna trafiona w czuły punkt myśl. Trudno oprzeć się przytoczeniu:

[…] bo tylko prawdziwy geniusz może sobie pozwolić na zaprzepaszczenie, całkowite roztrwonienie swojego daru, wszak Szentes to miasto wiecznego potencjału, miasto spraw niespełnionych, nieziszczonych, poniechanych, gdzie czyjś nawet najmniejszy sukces jest jedynie dowodem na to, że być może tego kogoś wcale nie stać na tak wiele, jak myśleliśmy…

(Największy metafizyczny poeta barokowy w Szentes [1998], przeł. Maciej Sagata)


Na Węgrzech, a zwłaszcza na węgierskiej prowincji, której sercem – sercem pozawałowym, dodajmy – jest wiejska knajpa lub małomiasteczkowa cukiernia, energia potencjalna całkowicie wyparła energię kinetyczną. Mówiąc prościej: rozkmina zastąpiła rozruch, a słowa czyny. Rezonerskie monologi na każdy temat, dodatkowo drażnione przez odziedziczonego po przodkach tasiemca chybionych wyborów politycznych i światopoglądowych; wspomnienia niebyłych awantur i wyssanych z palca historii; wypowiedzi w sprawie centrów wszechświata, gdzie urabia się prawdziwa historia, a nie anegdota o mocy wygasłego wulkanu Somló (431 m n.p.m.); dzielenie skóry na niedźwiedziu, który uciekł do Polski przez „szeroką granicę” (tak w piosence „Próżno czekasz, Warszawo” László Bódi lekceważąco nazywa Słowację) – to wszystko mieści się w butli z etykietą: „tryb przypuszczający, nie otwierać!”. Otwarcie wywołałoby eksplozję, proces fizyczny, zmianę zewnętrzną. Wstrząsnęłoby bierną zawiesiną. A przecież potencjał trzeba chomikować, inaczej przestaje być sobą, marnuje się. Nic nie robić, ale móc robić – oto treść życia w tych długościach i szerokościach geograficznych, w klimacie umiarkowanego banału. W wodach „może”.

Gyula Krúdy (1878–1933) vel Sindbad wierzył w potęgę nudy. Widział w niej krewną pustki, której życie nie lubi, więc samo wypełnia ją konfabulacjami. „Kochał wszystko, co było kłamstwem, iluzją, grą wyobraźni, powieścią” (Komunikat), łgał „jak każdy żywy człowiek” (Czyściec), a jednak wyjątkowo i niepowtarzalnie, w przeciwnym razie nie czytalibyśmy z wypiekami na twarzy jego soczystych kawałków. Sindbad mógł wcielić się w każdą rolę: być linoskoczkiem, wieczną lampką w bazylice Sacré‑Cœur, organistą w książęcym pałacu, spowiednikiem u jezuitów, zawołanym ginekologiem w stolicy, zabijaką, porywaczem, przelotnym kochankiem, przykładnym ojcem rodziny, wielką literą w modlitwie oczarowanych nim stu siedmiu kobiet. Mógł i był nimi wszystkimi.

Miotał się w gorączce dziwkarza epickiego i lirycznego, horror vacui wypychał spektakularnym obżarstwem, prowadził sybaryckie, wystawne życie, popadał w poriomanię – w cyklu o Sindbadzie słowo „pociąg” pojawia się… sto siedem razy! – kolej zastępowała mu kobiety, a kobiety kolej. Mimo pozorów hedonki szarpał się jednak ze sobą, buzował od skrajnych uczuć i dylematów godnych najżarliwszych bohaterów europejskiego modernizmu, Andreja Lutišiča z powieści Kotlín (1901) Svetozára Hurbana-Vajanskiego czy Franza Müllera z Próchna (1903) Wacława Berenta. Zresztą, tak jak oni zginął śmiercią samobójczą, co wcale nie położyło kresu jego przygodom. Po śmierci dalej podróżował, dalej odwiedzał, czy raczej: nawiedzał, byłe kochanki i prowadził z nimi zdobne w secesyjne ornamenty, choć w istocie jałowe rozmowy o nieodwracalności uszkodzeń duszy i ciała, które powoduje czas.

Ale najczęściej wspominał. Po bezskutecznym odkrywaniu nowych lądów zwinął żagle i dał się unieść nurtowi reminiscencji, gdyż pokuśna to pani. Dla niej dziesiątki razy odwiedzał miasteczko pod Tatrami, które kiedyś „sto tysięcy mil od Pesztu” (Tajemnica Sindbada) przycupnęło w dolinie Popradu, by zapaść w nieprzemijający sen. „Niebieskość gór przypomina [tam] barwę Adriatyku, widzianego z okien pociągu zbliżającego się do Triestu późnojesiennym popołudniem” (Pierwsza podróż). Góry, morze, Rzym, Krym, repertuar rozpięty między wszędzie a nigdzie. Podoliniec Krúdyego mości się bowiem w gnieździe mitu, w amorficznej czasoprzestrzeni. Jest tam, dokąd – pociągiem, bryczką, dorożką czy na saniach; zawsze w nocy – jedzie Sindbad; jedzie, aby nie zaznać spokoju.

Czytam te opowiadania na chybił trafił (napisał ich ponoć trzy tysiące!) i mimo metamorfoz, jakich doświadcza ich bohater – od ożaglonego pędziwiatra do cynika bez złudzeń – co rusz widzę, jak przebija przez nie jedna najważniejsza myśl, teza, że prowincja nie jest kwestią geografii, a sprawą ducha i umysłu, stanem chronicznego „niedo”. Nostalgiczne piękno wiecznych powrotów tego „węgierskiego Prousta”, „króla cyganerii”, „czarodzieja słów” itd. przekonują mnie też o tym, że niespełnienie może być siłą, jeśli nie naszą osobistą, to siłą literatury. – Po co ja tu właściwie przyjechałem? – pyta się w Portrecie małomiasteczkowej damy, a potem zamiast odpowiedzi drobiazgowo opisuje portrety mieszkańców wystawione w witrynie sklepu korzennego. W końcu sam wchodzi do atelier fotografa i każe sobie zrobić zdjęcie.

Po to jeździ w kółko po węgierskich i słowackich wygnajewach.
I jeszcze po to, żeby słuchać. Na przykład muzyki śródgórskiego śniegu:

Śnieg w Karpatach ma swój dźwięk. Prószy szeptem północnego wiatru, co wiruje wokół wież na pustkowiu. W głębi iglastego lasu w dnie nieprzejrzanej doliny leży kobieta olbrzym i cicho oddycha we śnie: właśnie tak brzmi śnieg w Karpatach, kiedy wielkie jak pięść płatki opadają na ziemię.

(Tajemnica Sindbada, 1911)


Repertuar dźwięków w tych opowiadaniach jest rozległy jak przestrzeń między lakodalmas zene, czyli węgierskim discopolo, a awangardą Györgya Kurtága. Gdzie indziej (Ostatnie dni starej gospody) Sindbad – a może tylko Krúdy – słucha cymbałów Cygana zamurowanego w gospodzie Zielone Drzewo, który, uwięziony w ścianie, z nudów wygrywał chwytające za serce melodie, nawet jeśli w szynku nie było żadnego gościa; grał tak przez dziesiątki lat, póki wieść o nim nie rozeszła się po świecie, póki w miasteczku nie zjawił się bogaty Anglik, nie kupił Zielonego Drzewa i nie zburzył go, szukając rozwiązania zagadki, ale w gruzach znalazł jedynie zdruzgotany instrument, przeżarte rdzą pozrywane struny, rzecz bez wartości. Wziął ją ze sobą, wywiózł na Zachód, a gospoda już nigdy nie powstała z popiołów. Tajemnica przestała być tajemnicą, jej niepochwytną urodę obrócił wniwecz czyn.

Na marzec 2019 roku PIW zapowiada publikację pierwszego od ponad trzydziestu lat, a drugiego w ogóle zbioru nowel Krúdyego po polsku. Ten wcześniejszy, wydany jako paperback w 1988 roku przez specjalizujący się dziś w tematyce żeglarskiej Alma‑Press, zawierał raptem dziewiętnaście – z dziesiątek poświęconych Sindbadowi – opowiadań, a Aleksander Nawrocki przetłumaczył go w rekordowym tempie trzech miesięcy, co budzi tyle podziw, ile podejrzenie o tak zwany przekład kolanowy. Dlatego, czekając na Miasto uśpionych kobiet, już teraz niecierpliwie przebieram palcami po klawiaturze. Obawiam się więc, że niniejszego wypracowania nie zamknę, jak trzeba, tylko wyleję je z kąpielą, wysadzę w powietrze, skończę źle – nie jak płytką melancholią melancholijny Węgier, który w odpowiedniej chwili wyjmuje z kieszeni scyzoryk, otwiera nim butelkę i podtyka nam po nos, żebyśmy sobie powąchali, czym pachnie prawdziwe życie (W świętej pamięci czasach mojej młodości), lecz jak duchowo rozchełstany, postrzelony Słowianin, pewnie jakiś Rusek, który, gdy tylko sięgnie po pióro, sprowadza katastrofę.


Ultraświatło wypróbowano w Karpatach.

Robotnicy do malutkiego tunelu wtoczyli wagonik z ładunkiem skoncentrowanego ultraświatła i zwolnili elektryczny hamulec utrzymujący ultraświatło w jego nienormalnym stanie – i płomień zawył nad Europą, huragan zmiatał z powierzchni ziemi całe kraje, błyskawice rozszalały się w atmosferze, obnażyło się dno Atlantyku, a miliardy ton wody runęły na lądy i wyspy. Gigantyczne złomy granitu wyprysnęły z wyciem nad chmury, rozżarzyły się tam do niesłychanej temperatury i przekształciły się w najlżejsze gazy. Gazy umknęły w najwyższe warstwy atmosfery, gdzie połączyły się z eterem i na zawsze oderwały się od ziemi. Po Karpatach nie pozostało nawet ziarnko piasku. Karpaty przeniosły się bliżej gwiazd.

(Andriej Płatonow, Potomkowie słońca, 1922, przeł. Anita Tyszkowska)


6 stycznia 2019, Nowy Sad

Gyula Krúd: Miasto uśpionych kobiet,
przeł. Teresa Worowska,
Elżbieta Cygielska.
PIW,
Warszawa 2019, s. 352.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.