09/2019

Janusz Drzewucki

Wejście bez wyjścia

1. Dwie siły organizują świat wierszy składających się na zbiór Jerzego Kronholda Pali się moja panienko: siła pamięci i siła wyobraźni. Pamięć i wyobraźnia powodują, że poeta mówi i pisze, za sprawą wyobraźni i pamięci dokonuje się w poezji rekonstrukcja świata, który był i który jest; bo akcja liryczna wierszy tego twórcy rozgrywa się zarówno w czasie teraźniejszym, jak i przeszłym, a nawet zaprzeszłym: dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj. Co więcej, pamięć i wyobraźnia są ze sobą związane w sposób niemal organiczny, nie ma wyobraźni bez pamięci, nie ma pamięci bez wyobraźni. Wyobraźnia i pamięć pracują ze sobą, a raczej współpracują na zasadzie mechanizmu samozwrotnego. Pamięć inspiruje wyobraźnię, wyobraźnia pobudza pamięć.

Kronhold – współzałożyciel grupy poetyckiej Teraz, współtwórca Nowej Fali, rówieśnik Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego, Stanisława Barańczaka i Ryszarda Krynickiego – w tomiku Pali się moja panienko cofa się nie tylko do czasów młodości, gdy w podczas studiów polonistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim mieszkał w jednym pokoju w akademiku Żaczek z przyszłym autorem Innej bajkiNie skończonej krucjaty, ale także do czasów dzieciństwa, gdy jako dziesięciolatek znikał rodzicom z pola widzenia, urywał się z domu, żeby zobaczyć, co dzieje się na ulicy, za rogiem, na sąsiedniej ulicy, na rynku albo wręcz na drugim końcu miasta. Dopiero dzisiaj zdaje sobie sprawę – jak w rozbudowanym narracyjnie wierszu Acte gratuit – że w trakcie tych zabaw dziecięcych balansował całkiem nieświadomie na granicy bezpieczeństwa i niebezpieczeństwa, a nawet życia i śmierci. Cóż, w dzieciństwie człowiek jest ciekawy, a nawet nadmiernie ciekawy; nieprzypadkowo chyba dorośli przepowiadają dzieciom pół żartem, pół serio, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

W trakcie lektury wierszy zebranych pod okładką Pali się moja panienko – na której widnieje reprodukcja obrazu, a raczej dokładniej tyleż sielskiego, co tajemniczego, utrzymanego w jasnych, wręcz ostrych kolorach krajobrazu Henryka Wańka – poznajemy topografię rodzinnego miasta poety i jego okolic. Stacja udająca dworzec, kościół Dominikanów i kościół Jezusowy, klasztor Bonifratrów, pałac Kronenberga, kino na ulicy Królewskiej, ulica Bielska, ulica Hajduka oraz ulica Stalmacha, a poza tym Czarna Wisełka i Olza, Bobrówka, ponadto Zamarzki, Cierlick, Małołączniak, Tuł, Ciemniak, Czantoria. To oczywiście Cieszyn – miasto, którego widok popisowo naszkicował poeta przed laty w poemacie Paruzja w zbiorze Oda do ognia (1982), ale także w późniejszych zbiorach, takich jak Wiek brązu (2000), Epitafium dla Lucy (2012) Szlak jedwabny (2014) czy Skok w dal (2016). Podążając w ślad za poetą, przechodzimy przez poszczególne kręgi wtajemniczenia w tę magiczną, by nie powiedzieć zmitologizowaną w poetyckim słowie krainę.

Nie sposób nie zauważyć, że wiele z wierszy składających się na ten zbiór, a podzielonych na dwie części, Śmieszne historieBagatele, to utwory narracyjne, których akcja liryczna została całkiem precyzyjnie określona zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. W utworach tych poeta opowiada, właśnie tak – opowiada; jakby zamiast wiersza zamierzał napisać opowiadanie, ale jednak skończyło się na wierszu. To, co opowiada jest i do śmiechu, i do strachu czy wręcz do płaczu, opowiada wszak o najbliższych, o matce i ojcu, o siostrze, o tych, których już nie ma, opowiada o przeszłości, którą zapamiętał, jaka żyje w jego wyobraźni.

2. Książka nosi tytuł nawiązujący do filmu Miloša Formana Pali się moja panno (w czeskim oryginale Hoří, má panenko) z roku 1967 i chyba nieprzypadkowo odnajdujemy w lirykach Jerzego Kronholda klimat czeskiej prozy, zwłaszcza zaś klimat prozy Bohumila Hrabala, z tak charakterystyczną dla tego pisarza bezwarunkową i bezapelacyjną zgodą na człowieka takiego, jakim jest, z tym całym jego diabelstwem i anielstwem. W tym momencie nie potrafię oprzeć się, aby nie przytoczyć na marginesie tego, co w tych dniach powiedział mi najstarszy żyjący i tworzący w Polsce pisarz, z którym robię zakupy w tym samym sklepie przy ulicy Wiejskiej, nieopodal redakcji „Twórczości”, a powiedział mi, że na starość żałuje trochę, że nie jest pisarzem czeskim.

Jak się wcześniej rzekło, akcja liryczna wierszy Kronholda rozgrywa się przedwczoraj, wczoraj i dzisiaj, a więc w czasie jego dzieciństwa, młodości i wieku dojrzałego, czy mówiąc wprost – starości. No i nie tylko w Cieszynie, ale także przy ulicy Łobzowskiej w Krakowie, na ulicy Krochmalnej w Warszawie, pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie czy na skraju Jury Szwabskiej. Czas, jaki ogarnia świadomość podmiotu lirycznego, wydaje się pojęciem tyle bezwzględnym, co względnym. Oto „Napoleon wyrusza na Moskwę” (Konkluzje z lata), ktoś próbuje „zmylić pogoń / ocaleć przed transportem / do Treblinki” (Fart), bydlęce wagony jadą do Auschwitz (Acte gratuit), ojciec wraca z oflagu (Powrót), kolarz Jan Veselý wygrywa Wyścig Pokoju (Babskie szczochy), hokeiści miejscowego klubu, zapewne Piasta Cieszyn toczą boje o mistrzostwo Polski z CWKS Legią Warszawa i KTH Krynica, a na Václavském námésti w Pradze oblewa się benzyną i podpala student Jan Palach, na Placu Defilad w Warszawie zaś „zwykły szary człowiek” Piotr Szczęsny (Pali się moja panienko), rozpada się Czechosłowacja, panowie Václav Klaus i Vladimír Mečiar w willi Tugendhat podpisują umowę o „aksamitnym rozwodzie” w zaledwie trzy lata po „aksamitnej rewolucji” (Katastrofa), dochodzi do tragedii w Smoleńsku (Muzo z tobą rozmawiam), uchodźcy z Afryki koczują na wyspie Lam­pe­du­sa, trwa bombardowanie miasto Aleppo (Lato minęło).

Bohater liryczny tych wierszy, bo nie tylko podmiot, patrzy, ogląda, słucha, czyta: obrazy Giuseppe Arcimbolda, Henri Ma­tis­se’a i Pier­re’a Bon­narda oraz André Deraina, filmy z Gretą Gar­bo, balet Giselle Adolphe’a Adama, pieśni Franciszka Schuberta i piosenki Leonarda Cohena. Jego lektury zmieniają się wraz z upływem czasu. Najpierw baśnie braci Grimm, następnie Timur i jego drużyna oraz Dzieci kapitana Granta, później Pas cnoty Pitigrilli oraz Upiór w operze Gas­to­na Le­rouxa, aż wreszcie powieści Brunona Schul­za i Witolda Gombrowicza, zbiory wierszy Aleksandra Wata, Tadeusza Różewicza, Tadeusza Nowaka, Wisławy Szymborskiej, Stanisława Grochowiaka, których tytuły jednym tchem wymienia z premedytacją w wierszu Pierwszy semestr, gdzie pojawia się także wspomniany wcześniej poeta in spe Rafał W., czyli Wojaczek, z którym obaj „szukali poezji”, a także Jerzy Harasymowicz i jeszcze And, czyli Andrzej Bursa.

3. Równie dużo jak o świecie, w którym żył i żyje, który ogarnia zarówno pamięcią, jak i wyobraźnią, autor tych wierszy mówi o sobie. Jego liryczne ja zostało dobitnie skonkretyzowane, wprost: gdy wyznaje „zakochałem się w tobie” (To było tak), ale „nie spotkaliśmy się tak jak / marzyłem nie było / to nam dane” (Lato minęło), „znowu gram w ogień”, „przekupuję śmierć” (Palę buty), gdy stwierdza bezsilność, to wszystko, czego nie może i nie umie, a nie może i nie umie zwłaszcza „zapobiec tej i wszystkim / przyszłym / bardziej nieprzewidywalnym / katastrofom w tym / migotaniu przedsionków / na twój widok” (Późna godzina). Kiedyś, dawno temu, a może wcale nie tak dawno:


nie wiedziałem jeszcze

że są takie nieszczęścia

dla których ani słów

ani łez

ani nawet milczenia

nie starczy

(Milczenie)


Ale to było kiedyś. Teraz zdaje sobie sprawę, że nic nie jest proste ani oczywiste, ani zrozumiałe, już to w życiu, już to na świecie: „jasne że uczciwość jest / cnotą pożądaną ale nieuczciwość opowiada się lepiej” (Przeminęło z wiatrem). Dlatego właśnie poeta żartuje, kpi, a nawet szydzi z otaczającej go rzeczywistości, ale również z siebie. W jego wierszach ironia okazuje się równie istotna jak autoironia, życie – także jego życie – to raz „poleczka z przytupem”, raz „śmiech przez łzy” (Spitzweg). Ze zgrozą myśli zarówno o teraźniejszości, jak i o przyszłości, stawiając jak najbardziej retoryczne pytanie:

co stanie się, jeśli was zabraknie

mchy porosty

na tym i na tamtym świecie?

(Kto zmartwi się)


Jak w dzieciństwie przerażał go „prawdziwy Polak” wyzywający tego, kto mu się nie podoba, od „żydów” (Sąsiad), tak na starość przerażają go oni – szafujący tymi trzema słowami „bóg honor ojczyzna” (Oni z emfazą), których to słów nie powinno się przywoływać nadaremno, bo inaczej „ten endemiczny smród / pozostanie z nami / na wieki”, zwłaszcza że on – jeden z onych, właściwie każdy z onych – „gotów sam się wysadzić / wziąwszy Polskę do grobu” (Skrzat). Między denaturatem a absyntem (Na frasunek), między bogactwem a ubóstwem (To co najlepsze), między wyjściem a wejściem (Wyjdź, wejdź), „z wejściem bez wyjścia” (Inserat), między przypływem a odpływem (Wielu zaciąga kredyt), gdy nic zamienia się w nicość (Noc ciemna), poeta lamentuje w swoim ironicznym, autoironicznym stylu: „O! gdyby izby pamięci były izbami otrzeźwień” (O!). Żarty żartami, a przecież „kosa błyszczy / dni są policzone” (W trawie skakanka), a przecież jest już pod ręką młotek, którym za chwilę ktoś wbije „gwóźdź do trumny” (Pod ławką).

Jest, jak jest, na tym świecie, w tym życiu. Poeta godzi się na to, że jest, jak jest, ale jednak chciałby czegoś innego, czegoś więcej. Żywi nadzieję, że może być inaczej, kierując się nadzieją przekazywaną z pokolenia na pokolenia, rzuconą w jednym z wierszy mimochodem, bo w nawias: „(wszak / cuda bywają)” (Ślad). Jednego dnia nagle spotyka nas szczęście, na które w żaden sposób nie zasługujemy, którego się nie spodziewaliśmy; i nie chodzi o to, że skreślę właściwe liczby i wygram fortunę na loterii, lecz o to, że wybiję się ponad siebie samego i wówczas mogę

być inną osobą

zdobyć szczyt

zmienić świat

zamknąć drzwi za sobą

niekiedy to się udaje

miłość od pierwszego wejrzenia

śmierć bez bólu

(Fart)


To ja – którego znam i nie znam, to ja – którego jeszcze nie poznałem, to ja z zakończenia wiersza Acte gratuit, dokładnie zaś „ktoś inny / ja”; dobijający się do samego siebie „między bólem utraty a euforią odnalezienia” (Już wiem), „i tylko raz w życiu” (Inserat). Cóż, ten kto to powiedział: „Ja to ktoś inny”, dobrze wiedział, co mówi.

4. Jerzy Kronhold, jak na poetę przystało, zwraca się nie tylko do nas – do społeczeństwa czy też narodu, jak kto woli – ale także do swojej muzy, kimkolwiek ona jest, rzeczywista czy nierzeczywista. Rozmawia z nią o sprawach wielkich i małych, wysokich i niskich, ważnych i nieważnych, o wszystkim i o niczym, ale także „o bliskim końcu świata” (Muzo z tobą rozmawiam), dlatego coraz mniej żartem, a coraz bardziej serio bije na alarm w wygłosie wiersza tytułowego; już nie mówi, lecz krzyczy: „na cały głos na cały świat / pali się moja panienko!”. Wystarczy otworzyć gazetę, włączyć radio czy telewizor, zajrzeć do Internetu: pali się! Nie trzeba chyba dodawać, że nikt za nas tego pożaru nie ugasi. Nie mamy wyjścia.
Jerzy Kronhold: Pali się moja panienko
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2019, s. 88.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.