09/2019

Miłosz Waligórski

Wojwodina (Serbia – Słowacja)

W poniedziałek 4 marca 2019 roku ogłoszono dziesiątkę nominowanych do nagrody Anasoft litera, najważniejszego wyróżnienia literackiego w Słowacji, przyznawanego – jak czytamy w regulaminie – „za najlepszy wydany w minionym roku oryginalny słowacki utwór prozą lub przekład oryginalnego utworu prozą, napisanego przez obywatela Republiki Słowackiej”. Najpierw, bo już 2 września 2019 roku, jury wyłoni pięciu finalistów, a potem, 18 września, jeden szczęśliwiec zgarnie dziesięć tysięcy euro w czeku wielkości płyty pilśniowej.


Cytuję te statuty bratysławskie, ponieważ wśród książek wybranych z dwustu trzynastu zgłoszeń jest pozycja, która od razu podpada pod oczy. Jedenie (Jedzenie) Ivana Medešiego vel Dr. Šuksa, trzydziestosiedmiolatka z Serbii, który zadebiutował dawno temu w punkowym zinie „Keresturski pendrek” (Keresturska gumówka), a potem wydał zbiór opowiadań o składniołomnym tytule Chtoška od mňe dvoch ňenormalni (2007, Ktoś ze mnie dwóch nienormalny) i powieść pokoleniową Špaciri po spodku dunca (2011, Przechadzki po dnie słoika) – wymyka się konkursowej ordynacji, ponieważ a) jest przekładem, b) nie napisał jej obywatel Republiki Słowackiej.


„Jak to możliwe?!”, pytam, wrząc z oburzenia. Zanim jednak wyjaśnię, ustalmy granice i zasady gry. Przede wszystkim zero hejtu! Trochę co prawda wyzłośliwię się nad tą książką, ale obiecuję ściągać wodze. Po drugie: demarkacja i delimitacja. Pojawi się tu kilka egzotycznych nazw, którym należy się definicja. Na przykład „Rusini” – Medeši jest Rusinem wojwodińskim – zwani są oni także, w zależności od aury nazywającego, Rusnakami, Łemkami, Ukraińcami, Rutenami, východniarami, vichodňarami… Oj, ale gmatwanina.


Skąd się wzięli? Z Karpat Wschodnich. A dokładnie? Górne Węgry, Słowacja wschodnia, Ruś Podkarpacka, Karpacka, Zakarpacka, Karpato‑Ukraina, Ukraina Karpacka… Stop! Gdzie ich dwóch, tam trzy teorie. Cierpią na patologiczne skłócenie wewnętrzne. Wręcz z tego słyną. Przykład: jako grekokatolicy święta kościelne obchodzą według kalendarza juliańskiego, ale nie w parafii Ruski Kerestur. Tam uznano autorytet Grzegorza XII. Kiedy pytam „dlaczego?”, w odpowiedzi słyszę „ech…”. À propos, po jakiemu to westchnienie?


Językowo pokrewni są Ukraińcom, ale przez lata ulegli wpływowi języków węgierskiego, serbskiego i słowackiego. Uprawiać paprykę w Wojwodinie zaczęli w drugiej połowie XVIII wieku, a więc jeszcze przed zainstalowaniem tu fabryki etykiet „Narodowość”. Ci, którzy zamieszkali na terenie Serbii – obecnie jest ich około piętnastu tysięcy – wywodzą się z komitatów Zemplin i Ung, dzisiaj podzielonych między Słowację i Węgry, a znanych głównie za sprawą wojenek policji z Cyganami oraz dotacyjnych przekrętów w sektorze rolnictwa.


Na Nizinie Wschodniosłowackiej zostawili swoich ziomków. Z nich wywodzi się Maroš Volovár, sprawca całego zamieszania, czyli tłumacz zbioru opowiadań Medešiego. Ten zwolennik opcji vichodňarskiej, według której Rusini wojwodińscy to Słowacy wschodni, we wsi Petrikovce pod Trebišovem od lat redaguje fanzin „Vajčak”, prowadzi oficynę Valal i stowarzyszenie pod tą samą nazwą. Rok temu w pięknej szacie graficznej – z anatomicznymi ilustracjami Henry’ego V. Cartera (1831–1897) i przy użyciu starej czcionki The Fell Types – ogłosił przekład komputeropisu Jedzenia.


Co sprawiło, że Medeši, zamiast opublikować oryginał w Wojwodinie, zaciągnął się pod słowackie sztandary? Sam twierdzi, że nie chciał bździć sobie na własnym podwórku. W końcu od niedawna cieszy się wśród swoich reputacją poważnego ojca rodziny. Poza tym, bądźmy szczerzy, kto nie chciałby umiędzynarodowić kariery, nadać swojemu pisarstwu światowego rozgłosu? Przechadzki po dnie słoika nie wywołały echa, dlatego kolejną książkę Šux postanowił wydać w kraju kwitnącego czytelnictwa (Słowacy najwięcej w Europie, bo aż 2,1% budżetu domowego przeznaczają na książki).


Jest jeszcze druga, ciemna i wprost imperialna strona tego medalu. Nominacja do Anasoftu to próba wciągnięcia Rusinów wojwodińskich w orbitę słowackości!; matczyne objęcie syna, który uciekł z domu, ale zabrakło mu pieniędzy, więc wrócił z nadzieją na finansowe dowody miłości. Uplasowanie Medešiego w ścisłym finale nagrody to wetknięcie flagi słowackiej pośrodku Ruskiego Kerestura, na terytorium Serbii. Podbicie Baczki, aneksja bez kiwnięcia generalskim palcem. Tak, względy polityczno-światopoglądowe musiały odegrać tu jakąś rolę, bo książka – może nie sama w sobie, ale w moim odbiorze na pewno – jest dość słaba.


Mimo to spróbuję przyłączyć ją do Słowacji na mocy paktów innych niż wojskowe. W pierwszej kolejności pod lupę nasuwa mi się outsiderskość. Weźmy pierwszych z brzegu finalistów Anasoftu: Je mŕtvy (Nie żyje) Balli czy Matky a kamionisti (Matki i tirowcy) Ivany Dobrakovovej – mnóstwo u nich różnej maści wykolejeńców i rozbitków rekrutujących się z marginesu, a jak wiadomo, ludny margines jest gwarancją społeczeństwa otwartego. Im szerszy krąg wspólnych spraw, tym więcej przestrzeni poza jego granicami. W tym sensie literatura dopełnia obrazu Słowacji A.D. 2019. Bo przecież nie tylko piękną panią prezydentką i pięknym premierem gejem stoi słowacki liberalizm, ale i, co było do udowodnienia, sztuką.


Wśród bohaterów Šuksa też nie znajdziemy żadnego normalsa. Krištof, chłopiec z wielodzietnej pato-rodzinki; Žermén, narkomanka; Petrík, zgłaszający akces do klasy średniej były alkoholik; Capundrek, dziwak samotnik zamieszkały na gospodarstwie oddalonym od siedzib ludzkich; Mire, dypsomaniak bez rąk i nóg… Gabinet osobliwości. Aż prosi się o psychoanalizę. Wszakże, jakby nie patrzeć, ponad sto lat temu i Słowacja, i Wojwodina leżały w Austro-Węgrzech, a więc w ojczyźnie wielkiego konania, dekadencji i oszałamiającej literatury, której gmach wzniesiono na psychoanalizie właśnie, na tłumionej perwersji i spirytyzmie.


A spirytyzm – proszę docenić ten brawurowy ekwiwok – przy odrobinie dobrej duszy można sprowadzić do spirytualiów. Kiedy zapytałem panią profesor z Uniwersytetu Preszowskiego, skąd te monstrualne ilości alkoholu, od lat wchłaniane przez literaturę słowacką bez uszczerbku na zdrowiu (charta non erubescit!), odpowiedziała: „W literaturze słowackiej piło się już u Palárika, ale pewnie i wcześniej; tutaj alkohol zawsze był ważniejszy od kobiet”. W rzeczy samej. Nawet wyrywkowa lustracja wykazuje, że pod Tatrami fikcyjne trunki leją się strugami. Dość wymienić prozę Ivana Koleniča, Václava Kostelanskiego czy kultowe Opowiadanie alkoholowe Stanislava Rakúsa.


Obfity strumień wydzielin i nieczystości – przez krytyków słowackich z wdziękiem uznany za, cytuję, „funkcjonalny” – płynie również stronicami Jedzenia. Dr. Šux, w kitlu Thomasa Bernharda (odi profanum vulgus), chodaku Daniiła Charmsa (absurd) i trzewiku Artura Rimbauda (rozprężenie zmysłów), chce leczyć swoich współziomków terapią szokową, frontalnie uderza w nich niewybrednym naturalizmem, na próbę skatologii i koprofagii wystawia przebraną w stroje ludowe rusińską pruderię. W istocie wariuje odwieczny i dobrze już zadomowiony w kulturze temat „Rodzimy się między moczem a kałem”.


Między defekacją a refektarzem rozpina się skala, którą spójną treścią umieli wypełnić jedynie najwięksi. Ferreri w Wielkim żarciu czy Bataille w Historii oka rozpustę ujęli w ramy eschatologiczne („trzeba jeść, jeśli nie będziesz jadł, nie umrzesz”), a sybarycką bezmyślność przepletli zadumą spod znaku vanitas. Ich dzieła są jednocześnie zabawne, melancholijne i oczyszczające. U Medešiego jest tylko śmiesznie. Opowiadania iskrzą się humorem, raz są to zimne ognie, raz autentyczny gorący komizm. Wiele tu gagów w stylu Janusza Rudnickiego, homeryckich opisów kaca na zakręcie dziejowym i egzystencjalnej szamotaniny z klamką u drzwi od ubikacji.


Jedzenie od pierwszego zdania – czuć to po rytmie tej prozy, po jej oddechu – jest kompatybilne z wizerunkiem autora w mediach. Wesołek w stanie poimprezowym, nad intelektualne spekulacje przedkładający tanie wino, który jednak nareszcie się ożenił i spłodził dziecko, słowem: ustatkował się – co stało się źródłem tyle wielkiego szczęścia, ile frustracji. Dr. Šux kładzie na nie plaster literatury, więc summa summarum kuruje raczej siebie niż swoich krajanów. Przecież, wydany w dalekiej Słowacji, tom w Serbii nie jest i pewnie nigdy nie będzie do dostania.


Chciałbym napisać, że Charms, Bukowski, Burroughs i inni, chociaż o tym nie wiedzą, od dzisiaj nazywają się Ivan Medeši, ale, niestety, nie napiszę. Jest odwrotnie. Medeši tak gęsto zabudował się tymi autorami, że sam znikł – nie widać go zza przepierzenia z lektur. Jakby kompletnie porzucił lęk przed wpływem. Jedyny plus, że swoją rzecz osadził w bliskich sobie realiach. Akcja pięciu opowiadań rozgrywa się w Ruskim Keresturze, a jednego, tytułowego, w Nowym Sadzie. Ich zawartość nie rymuje się jednak z kompozycją. Pozbawione tradycyjnych spiętrzeń i zwrotów akcji same podkładają się pod redaktorski nóż, proszą się o skróty.


Jeśli literatura, która nic nie opisuje, jest – jak chciał Rimbaud – korelatem diabła, to Jedzenie rzeczywiście układa się w wersety iście szatańskie. Zapatrzeni w swoje smarki, w ciężkim stuporze trwający bohaterowie zmieniają się wówczas w gardzących nieoświeconym tłumem, upadłych aniołów, którym Sein, DaseinSeiende stopiło się w jedno, z powodu czego cierpią nadziemskie katusze, a skoro cierpią, to, wiadomo, piją; piją coraz więcej, w pomroczności jasnej ściągając na siebie burzę autodestrukcji, a na czytelnika białą gorączkę.


Nie jestem skatomantą, żebym umiał przewidzieć, jak potoczą się losy Dr. Šuksa i jego zapijaczonych, zaćpanych, robiących pod siebie bohaterów, ale ponieważ niedaleko pada słonina od słonia, przypuszczam, że zatoczą się do rowu i zasną snem bez snów. Według tekstu na skrzydełkach Jedzenie powinno przynieść wstrząsające doznania zmysłowo-trzewiowe, tymczasem przyniosło wzruszenie ramion. Roztkliwił mnie tylko jeden opis przyrody (sic!). Już chciałem zestawić go z opisami Haupta (Deszcz), Straszewicza (październikowy deszcz w Kociołku na Ziemowita) czy Leo Lipskiego (czarna burza w Niespokojnych), gdy nagle zdałem sobie sprawę, że nie ma do tego podstaw.


Albowiem – jak w Austerii Stryjkowskiego Apfel­grunowi odciął się Pritsch, krzywiąc przy tym w złośliwym uśmiechu wargi – aby móc coś z czymś porównać, to coś musi „mieć minimum klas”.


A tu go brak.


Nowy Sad, 26 kwietnia 2019 roku

Ivan Medeši: Jedenie
Vichodoslovenske združeňe Valal,
Petrikovce 2018, s. 224
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.