01/2019

Andrzej Mencwel

Wymowa Dwójcy

„Było, jak mówię” 1. Tak brzmi, zakończone kropką, pierwsze zdanie nowej powieści Wiesława Myśliwskiego. Kropkę tę odbieram jako bardziej stanowcze oznajmienie, niż byłby nim wykrzyknik. Ale zaraz zadaję sobie pytanie − kto „mówi” właściwie − bo wcale nie jest to jasne z początku ani po lekturze pierwszego rozdziału. Domyka się on czymś w rodzaju śledztwa, powinien zatem być możliwie jednoznaczny, ale nie jest. Co więcej − ta niewyraźność mówiącego staje się jego rozmyślną wielopostaciowością, ponawianą w całym utworze, po przeczytaniu którego mamy w tym względzie tylko nieco więcej jasności niż z początku. Musimy bowiem przyjąć, że tych, którzy tu mówią, jest co najmniej dwóch, a wewnątrz ich wypowiedzi pojawia się całe mnóstwo głosów różnych postaci, z różnych czasów i miejsc. Dominujący dwaj narratorzy są właściwie jednym, lecz rozdwojonym, w dwóch osobach do nas mówiącym. Zatem Dwójca, a choć nie święta, to dziełem pisarskim wysłowiona, więc i wysławiona.

Dwójcę tę zaczynamy sobie uobecniać pod koniec pierwszego rozdziału, czyli wspomnianego śledztwa, a składają ją narrator młody i narrator stary, obaj bezimienni i wypowiedziom swoim wtórujący. Ich imiona nie zostaną nigdy przywołane, więc przypuszczamy, że stanowią oni coś więcej niż osoby, mianowicie istoty, od samych osób ważniejsze. Jeden z nich jest młody i młodość swoją nieustannie w powieści aktualizuje, drugi zaś stary, poruszający się o lasce, przez którą, być może, ulega śmiertelnemu wypadkowi, więc mamy w nich, jak mi się zdaje, wcielenia Młodości i Starości. W trudnej do pojęcia, najwyraźniej fascynującej autora, zniewalającej esencji ich wzajemnych odniesień. Określonej na dodatek przez Cygankę, której przypadkowa wróżba przesądziła o długości życia młodego, przemienionego już w starego, którego życie zostało ukrócone.

Anegdota fabularna, a raczej jej rozmyślnie skąpy zawiązek, sugeruje, że do śmiertelnego wypadku starego przyczynił się młody, więc może Młodość chciała zabiec drogę Starości, nie dopuścić przeto, aby ona nastąpiła i przekroczyła termin przez wróżbę zapowiedziany. Nieprzypadkowo zatem Młody orzeka w pewnej chwili: „Zabiję swoją starość!”. Czasy nakładają się tu na siebie nieprzerwanie i przez siebie przebijają, „czas zamienia się z czasem…”, a nawet „płynie w przeciwne strony”, gdyż cała opowieść jest potokiem czasu, w którym ciągle musimy uprzytamniać sobie, kiedy dzieje się to, o czym właśnie się mówi, choć „mówi” się, „jak było”. Potok ten, na szczęście, nie jest rzeką w powodzi, również tu doświadczonej, i nie pochłania wszystkich możliwych odłamów i drobin czasowych, lecz tylko te, które mieszczą się w obrębie jednego dłuższego życia ludzkiego lub dwóch, najwyżej trzech pokoleń, gdyż najstarsze wspomnienia sięgają pierwszej wojny światowej. Bliżej czas ten obejmuje rodziców i dzieci, właściwie ojca i syna, a najściślej ramy życia autora tej powieści, Wiesława Myśliwskiego, który tym samym wchodzi w szczególną, gdyż wyraźnie osobistą, relację z całą tą opowieścią i jej narracyjną Dwójcą. I choć autobiografii fabularnej się wystrzega, to zmierza ku refleksyjnej, co poświadczają rozliczne glosy i gnomy, szczodrze przypisane wszystkim wypowiedziom.

W odróżnieniu od zwojów czasu, przestrzeń została plastycznie unaoczniona, ponieważ miejsce dziania się utworu wybito w jego tytule oraz okładkowej ikonie. Ponadto jest ono nieustannie w nim obecne jako owo topograficznie wskazane Ucho Igielne. Co prawda autor zdaje się sądzić, że „miejsca, jak wszystko, przemijają”, ale nie mogę zawierzyć tej jego sentencji, gdyż ten wyróżniony szczegół miasta, w którym czytelniczo przebywamy, jest może jedynym naprawdę trwałym elementem powieści. Rzekłbym nawet, że jest jej opoką, na której się wspieramy, gdy się zagubimy, o co w tym wieloczasie nietrudno. Czym jest Ucho Igielne, stosunkowo łatwo powiedzieć, o wiele trudniej wyrozumieć. Fizycznie jest pozostałością dawnej furty klasztornej, znajdującą się mniej więcej w połowie kamiennych schodów wiodących z miasta do „dawnej, dzikiej, zielonej doliny”, której oczywiście już nie ma, skoro jest dawna. Ma realnie kształt ucha igielnego, co znakomicie unaocznia nam reprodukcja obrazu Stanisława Baja na okładce książki, a jest też przejściem przewężonym tak, że mieszczą się w nim najwyżej „dwie szczupłe osoby lub jedna tęga”. Czy tym swoim kształtem sprzyja kontaktom międzyludzkim, czy też je utrudnia, nie wyrozumiałem, ale jest tak ważne w tym pejzażu, że właściwie wszystko się do niego sprowadza. Wszystko to, co dzieje się między ludźmi, zwłaszcza pomiędzy wysławioną Dwójcą.

Jednak i w kwestii miejsca, łudząco jednoznacznej, popadamy, dość symetrycznie, w niejaką dwoistość. Ucho Igielne, czyli owa furta, jest właściwie bramą, przez którą każdy musi przejść, a daje więcej niż tytuł powieści, bo jej motyw wiodący. Co do bram wiemy, że Wiesław Myśliwski jest na nie uczulony i nie raz pojawiają się one w jego utworach, a mnie szczególnie zapadły w pamięć bramy w Kamieniu na kamieniu, rzucone w pejzażu tak, że nie wiadomo było, skąd i dokąd prowadziły, co po trosze stawało się metonimią losów bohaterów powieści. Jednak bramne Ucho Igielne położone jest na długich, kamiennych schodach i to po tych schodach ciągle ktoś wchodzi lub schodzi, bo nie tylko prowadzą one do „dawnej, dzikiej, zielonej doliny”, ale i do całego „pogórzonego miasta”, z jego rynkiem, zamkiem, katedrą, liceum, synagogą, resztkami biednych domków żydowskich, czyli do wszystkich losów ludzkich, jakie tu kiedykolwiek zaistniały. Nawet do nowoczesnego hotelu, z którego bohater, już nie młody, ale jeszcze nie stary, lecz w sile wieku, przebiegle ucieka, jakby chciał uciec od tego wszystkiego, co mu w rodzinnym mieście zgotowano. Chciałby uciec, ale nie ucieknie, bo opowieść mu na to nie pozwoli. Za to trudy i barwy studenckiej wspinaczki do życia sprzed półwiecza zostaną nam w pamięci.

„Wchodzimy, schodzimy, ale czy to można nazwać przeznaczeniem?”. Nie jest to pytanie, na które uzyskujemy bezpośrednią odpowiedź, ponieważ autor nie udziela nam zapewnień i nie pozostawia też złudzeń. O kwestii przeznaczenia, jak o wielu innych w tej powieści, musimy sobie raczej pomyśleć, niż oczekiwać wróżbiarskiej przepowiedni. Wyczuwam wrażliwość Myśliwskiego i jestem skłonny sądzić, że niepewność takiego przeznaczenia i jego nieodpartość zarazem wskazują ślady niezliczonych istnień ludzkich, wtarte, wtłoczone i wgłębione w kamienne stopnie schodów od wieków przemierzane. Mamy w tej opowieści niemałą panoramę postaci: dziewczynę, raczej zjawiskową niż osobową, rodziców i krewniaków, kolegów szkolnych i współspaczy studenckich, milicjantów i oficjeli dawnego reżimu, byłych ludzi minionej epoki, a także księdza, co lubił spowiadać na ławce pod kasztanem, i kościelnego, pochodzącego z całej dynastii kościelnych. Inwalida zamierzchłej wojny, wujcio z poprzedniej, zagadkowi letnicy, obaj okazujący się tajniakami, przypominają nam zawęźlenia dziejowe, które wypełniały naszą historię. Bywają oni wszyscy, w odróżnieniu od czołowej Dwójcy, nazywani imionami, ale nawet wiążąc się z wydarzeniami tak śmiercionośnymi, jak wywózka i zagłada Żydów, pozostają przyćmieni, jeśli nie zatarci. Jakby dochodzili do nas poprzez ślady na owych kamiennych stopniach schodów nieomal nieskończonych. Kamienie, jeszcze mocniej niż bramy, w pisarstwie Myśliwskiego nasycone są ludzkimi treściami, żeby poprzestać na przywołaniu samego tytułu utworu, który już dawno uznałem za arcydzieło: Kamień na kamieniu. Więc może same kamienne schody bardziej tu są nośne niż przewężona na nich brama?

Uchu Igielnym proza mówiona Myśliwskiego została wielokrotnie złożona i nie tylko czasy, ale i głosy „zamieniają się ze sobą”, a nawet zdają się dźwięczeć „w przeciwne strony”. Wielostrunny ten wielogłos dochodzi do nas poprzez podwójne złożenie od strony narratora, poznanego już jako osobliwa Dwójca. Stronę adresata, to znaczy tego, do kogo się mówi, jeszcze trudniej zidentyfikować niż stronę narratora, co na pewno jest zamysłem autora. W Kamieniu na kamieniu, podobnie w Widnokręgu, także w Ostatnim rozdaniu, ten adresat bywał określony albo też cała opowieść była do niego skierowana i stawała się swego rodzaju dialogiem, nawet jeśli odbiorca nie wysławiał się wprost, a tylko przemowy wysłuchiwał. W Uchu Igielnym dialogów jest mnóstwo, bo spotykamy w nim całą galerię postaci ubranych − jeśli wolno tak rzec − w kolekcję epizodów barwnych, charakterystycznych i żałosnych, ale główny tok opowieści rozgrywa się pomiędzy tą Dwójcą narracyjną, więc do siebie samego zostaje zwrócony. To oni, Młody i Stary, ciągle mówią do siebie, są ze sobą nie tylko czasami i miejscem, lecz słowem przede wszystkim spleceni. Jest to więc dialog monologiczny, strumień świadomości do siebie mówionej, składniowo jednak uładzony jak utwór porządnie napisany, aby nas uwodzić. Pozostawiający mnie na stronie, której nie identyfikuję.

Wydaje mi się, że Wiesław Myśliwski w Uchu Igielnym podjął się dzieła, które przekracza wyporność czy też nośność wszelkiego pojedynczego utworu: „Opowieść nie zna czegoś takiego, jak koniec, z wyjątkiem być może końca świata. Toteż miliony, ba, miliardy ludzi wciąż opowiadają siebie w nadziei, że zostaną wysłuchani. Kto wie zresztą, czy te opowieści nie odraczają nawet końca świata, który dawno by się dokonał, gdyby miał kto o tym końcu opowiedzieć i kto wysłuchać”. To dlatego pierwsze zdanie powieści ewokuje mówienie, a nie pisanie, choć z nie dającą się podważyć pewnością zostało napisane. Mamy więc do czynienia, a raczej do czytania utwór stylizowany na mówiony, czyli na opowieść, a nie na opowiadanie, nawet będące powieścią. Stylizacja taka w prozie nowoczesnej jest bardzo już, może nawet nadmiernie, rozpowszechniona i chętnie przeczytałbym teraz powieść napisaną jak ongiś w listach, w pamiętniku albo w apokryficznych papierach odnalezionych. Wiesław Myśliwski jest jednak mistrzem prozy artystycznej mówionej, ma w niej głos własny niechybnie ustawiony, nie tylko rozpoznawany przez czytelników, ale i przez nich wielbiony, co można było zobaczyć na promocji w tłumie młodych ludzi. Niebłahym potwierdzeniem są także prestiżowo wyróżniane przekłady na języki obce. Nawet wtedy, kiedy zdecydował się nazwać swój utwór traktatem (Traktat o łuskaniu fasoli, 2006), napisał go tak jak utwór wypowiadany. Opowieść refleksyjną zatytułowaną Ucho Igielne zwrócił do samego siebie, gdyż „wciąż opowiada siebie, w nadziei, że zostanie wysłuchany”. I jest słuchany.

Wiesław Myśliwski: Ucho Igielne.
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2018, Str. 448.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.