02/2019

Jerzy Olek

Wyrozumiałe miejsce

Pukanie do drzwi. Tych, na których są inicjały „J.R.”. W progu starsza kobieta pyta o coś po niemiecku. Poszedłem po sąsiadkę, by tłumaczyła. Niespodziewany przybysz mówi: „Urodziłam się w tym domu, a przyjechałam prosić o zdjęcia rodzinne, których nie zabraliśmy”. Wyjaśniam, że jestem trzecim właścicielem po wojnie i że dom był prawie pusty. „Znalazłem jednak coś w stodole, w sianie”. Podszedłem do komody. Była to kartka pisana ołówkiem, wysłana spod Stalingradu. Mój gość drżącymi rękami wziął ją i niemal się rozpłakał. „To ostatnia wiadomość od mojego brata, szeregowego Wehrmachtu. Nigdy nie wrócił. A czekaliśmy bardzo długo, zanim w końcu opuściliśmy Stary Gierałtów”. Żegnając się, dodała: „Jak będzie pan w Niemczech – zapraszam”. Z tymi słowami podaje mi odręcznie napisany adres. Mieszka w Bielefeld. Za miesiąc miałem tam być na konferencji. Nie ma przypadków.


Dom, parę metrów od powodziosprawczej Białej Lądeckiej, ma dobrze ponad półtora wieku. Małe siedlisko biednych chłopów z kamienia i drewna, a w nim resztki drewnianych urządzeń pomocnych w gospodarstwie domowym. Teraz, w małych pokojach na drewnianych ścianach, w czarnych ramkach eksponowanych jest ponad trzysta miniatur fotograficznych tyluż autorów: artystów, poetów, filozofów, studentów. Nie ma wśród nich ani jednego przedwojennego zdjęcia z tego domu. Zobaczyłem je dopiero w Bielefeld w schludnym mieszkaniu, w którym na ścianie wisiał amatorski olejny obraz domu, od blisko czterdziestu lat mojego. Gospodyni o panieńskim nazwisku Rotter pokazała mi dokumenty, z których wynikało, że rodzina jej żyła w tej wsi od ponad dwóch stuleci. Teraz już wiem, że „J.R.” to inicjały jej ojca, Josepha.

W latach osiemdziesiątych minionego wieku dom ten był miejscem wielu niezwykłych spotkań. Organizowałem w nim koleżeńskie warsztaty Uczestnictwo we wspólnocie. Przyjeżdżali zapraszani przeze mnie koledzy i znajomi. Bywali znani twórcy, nawet z odległych krajów, ze Stanów, z Japonii, by często z debiutantami realizować podane przeze mnie tematy. Proponowałem tak trudne do pokazania obrazem jak biel lub cisza. Tadeusz Różewicz skomentował wizualnie spadanie. Edward Hartwig fotografował względność. Eva Rubinstein, tak zauroczona krajobrazem, że chciała kupić tam dom – wnętrze. Niektóre z tych prac znajdują się w mojej kolekcji.

Mój japoński przyjaciel i artysta Akira Komoto czuł się wyśmienicie. W domu jest kilka drobnych przedmiotów, które w 1981 roku przywiozłem z Kioto, wśród nich modlitewna tabliczka z klasztoru. Różewicz był gościem parokrotnie. Woziłem go wówczas maluchem, z którego kiedyś po jego stronie oderwało się przednie koło. Wkrótce przysłał mi kartkę: „Kiedy znowu pojedziemy do Gierałtowa? Czy nadal jeździ pan trzykołowym maluchem?”.

Zdarzały się spotkania wyjątkowe. W 1994 roku zaprosiłem na wakacje Zbigniewa Dłubaka z żoną i synem. Mieszkali w Meudon koło Paryża. Zaproponowałem Różewiczowi, by przyjechał zobaczyć się z Dłubakiem. Miało to być, i było, ich trzecie spotkanie w życiu: chłopców z Radomska, rówieśników. Zrobiłem im zdjęcie, jak rozmawiają na tle szczytu stodoły. Stodoła wygląda jak piramida, a oni jak dwa sfinksy ulokowane po obydwu jej stronach.

W kuchni wiejskiego domu przywitali się jak dobrzy znajomi. Od razu, w pierwszej rozmowie, wrócili pamięcią do czasu wojny i do okresu tuż po niej. Obaj zastrzegali, że nie są typowymi kombatantami… co to nic nie robią, tylko przebierają się w mundury i brzęczą krzyżami, medalami itp. rekwizytami z teatru wspomnień. Obaj byli w ruchu oporu, lecz każdy inaczej. Dłubak w Warszawie w AL. Różewicz w rodzinnych stronach w AK. Kiedy późniejszy wybitny poeta i dramaturg walczył w partyzantce, powojenny współtwórca ruchu intelektualnego w polskiej sztuce, a zarazem malarz i artysta fotograf, trafił (w dziesiątym dniu powstania warszawskiego) do Oświęcimia, a stamtąd do Mauthausen. Właśnie tam poznał Dłubak Bogusza, razem też, po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów, dotarli z czeskimi współwięźniami do Pragi.

– Polski sierżant, który pojawił się w Mauthausen z oddziałami amerykańskimi, kategorycznie zażądał, byśmy jechali z nimi na Zachód – wspomina Dłubak. – Myśmy jednak chcieli wracać do kraju. Pomogli nam w tym Czesi.

Teraz, przy stole w Gierałtowie, na którym obok wiejskiego twarogu i śmietany był miód z pobliskiej pasieki, przypominają sobie wspólne pasje i związane z nimi tamte spotkania.

– Bogusz proponował mi, bym włączył się w pracę warszawskiego Klubu Młodych Artystów i Naukowców, lecz ja już wtedy byłem członkiem Grupy Krakowskiej – wyjaśniał Różewicz.

Artyści związani z obydwoma ugrupowaniami zeszli się niebawem w Krakowie na I Wystawie Sztuki Nowoczesnej. Głównym jej komisarzem był Mieczysław Porębski, historyk sztuki, który przez wiele lat teoretycznie i krytycznie współkształtował oblicze nowej sztuki polskiej. Jednak ostateczny kształt nadali wystawie dwaj ówcześni liderzy awangardy – Tadeusz Kantor i Marian Bogusz.

– Drugi raz zetknęliśmy się w Domu Wojska Polskiego za pośrednictwem Jurka Piórkowskiego, późniejszego redaktora naczelnego miesięcznika „Polska”, który kierował działem literackim – przypomina Różewicz Dłubakowi. – Był pan jego bezpośrednim szefem, ja natomiast startowałem w konkursie poetyckim na wiersz o Świerczewskim. Bardzo się nad nim napracowałem, niektóre fragmenty pisząc w języku hiszpańskim. Zużyłem całą erudycję, nawet elementy poetyki Eliota! Niczego to jednak nie dało. Konkurs wygrali Broniewski i Woroszylski.

Przysłuchuję się rozmowie i zarazem przypominam różne fakty z ich bogatej biografii. Myślę przede wszystkim o zbieżnościach. O sympatiach lewicowych. O niezależnych postawach artykułowanych w uprawianej przez nich sztuce. O nieuleganiu modom i przez mody wylansowanym autorytetom.

Przywołuję w pamięci Różewiczowskie dzieła – poemat Spadanie, sztuki Stara kobieta wysiaduje, Kartoteka, Na czworakach. I zaraz na myśl mi przychodzą Dłubakowskie fotograficzne Ikonosfery, Tautologie, Ocean Gestykulacje. Niemal wszystkie podróże, jakie odbywali, miały charakter artystyczny. Raz wyruszali z Polski na Wschód (Różewicz do Chin i Mongolii, Dłubak do Japonii), kiedy indziej znów w stronę przeciwną (Różewicz w Meksyku znalazł się jako gość festiwalu poetyckiego, Dłubak w Nowym Jorku jako stypendysta). Egzotyczność wielu wojaży i mnogość wartościowych poznawczo spotkań odbywanych w trakcie ich trwania w niczym jednak nie umniejszała szczególnego stosunku obu do Wrocławia.

– Miasto to, a zwłaszcza panujący w nim dobry klimat dla poszukującej twórczości, był dla mnie jako artysty szczególnie ważnym epizodem w latach siedemdziesiątych – powiedział Dłubak. Fakty, które o tym zadecydowały, to udział w Sympozjum Wrocław 70, wystawa w Galerii Pod Moną Lisą, następnie ścisła współpraca z Galerią Permafo, a później Foto‑Medium‑Art, wreszcie duża wystawa indywidualna we wrocławskim Muzeum Narodowym.

Tadeusz Różewicz do Wrocławia przeniósł się w 1969 roku. Tu miały miejsce prapremiery jego głośnych sztuk: Stara kobieta wysiaduje (reż. Jerzy Jarocki), Odejście głodomora (reż. Helmut Kajzar), Śmierć w starych dekoracjach (reż. Jerzy Grzegorzewski), Białe małżeństwoPułapka (reż. Kazimierz Braun). Tu sam reżysersko eksperymentował ze swoją Kartoteką rozrzuconą, udostępnioną publiczności w formie prób otwartych. Tu związał się z miesięcznikiem „Odra”, tu ukazało się wiele zbiorów jego wierszy.

Poza miejscem tworzenia i prezentowania łączy ich coś znacznie ważniejszego – maksymalna oszczędność stosowanych środków wyrazu, co zarówno w wypadku słowa, jak i obrazu podnosi ważkość wypowiedzi, czyniąc je esencjonalnymi. Taki charakter mają dwie małe fotografie, które sprezentowali mi do kolekcji miniatur fotograficznych eksponowanych w domowej galerii „ef” w Gierałtowie.

Cztery lata później zaproponowałem znajomym, głównie studentom, udział w nocy artystycznej. Stali się autorami ponad dwudziestu niekonwencjonalnych realizacji, wśród nich działań na łące, instalacji w piwnicach, projekcji na białą ścianę domu, wystawy w trawie i koronach drzew w przydomowym ogrodzie, a w stodole ekspozycji Bez/kształtu złudzeń, będącej konfrontacją dwóch punktów widzenia: „kształtu złudzeń” i „bez złudzeń”, ponadto poetyckiego monologu na drewnianym moście. Jedna z wystaw wyeksponowana została na dnie górskiej rzeki. Złożyły się na nią czarno‑białe zdjęcia koron drzew rosnących na brzegu. Rwący nurt ożywiał rozostrzone nieco wizerunki wierzb, zdjęte camerą obscurą. Dodatkowy efekt dawało światło pochodni odbijające się od niespokojnej powierzchni wody. Rok wcześniej ta sama Biała Lądecka wylała tak bardzo, że zabrała niektóre mosty i uszkodziła sąsiadujące z nią domy, szybko dopełniając tym, co niosła w swym rwącym nurcie, Nysę Kłodzką, a ta z kolei, wylewając się z brzegów, Odrę, która w gorącym lipcu pamiętnego roku niemal kompletnie sparaliżowała Wrocław. Było to jednak rok wcześniej. W czasie nocy artystycznej Biała niegroźnie mruczała. Bez trudu zagłuszył ją traktor ciągnący za sobą przyczepę z opuszczonymi burtami, przykrytą białym obrusem. Był to ruchomy stół zastawiony przysmakami przygotowanymi przez gospodynie wiejskie. Ale to czasy minione. Tubylców w dolinie jest coraz mniej, za to zagęściło się od przyjezdnych. Poza tym, że budują z drewna zupełnie nie pasujące do kłodzkiego krajobrazu góralskie koliby skopiowane z żurnala architektury podhalańskiej, to jeszcze panie z towarzystwa założyły elitarne Koło Gospodyń Miejskich. Być może w ten sposób miasto brata się z wsią.

Niekonwencjonalne spotkania w tym „magicznym miejscu”, jak telewizja zatytułowała film nakręcony z nocy artystycznej, w miarę regularnie odbywały się od roku 1981. W stanie wojennym Piotr Szczeniowski, założyciel Teatru Deszczu, zrobił na kuchennym stole karykaturalne przedstawienie kukiełkowe. Grał Jaruzelski, wspomagał go zomowiec. W ogrodzie, rzadko niepokojone, rosły konopie. Do wiejskiego teatru w zadymionej kuchni uprawiający ziemię sąsiedzi przyszli w garniturach. Podejmujący ich posthippisi wyglądem przypominali rezydentów londyńskiego Soho.

O kolekcji w domowej galerii „ef” ukazał się w niemieckim magazynie „Photonews” artykuł redaktora naczelnego Denisa Brudny. Na końcu swojej relacji podał, jak się ze mną kontaktować. Po niedługim czasie dostałem z Lipska list od pary tamtejszych studentów, do którego dołączona była fotografia przedstawiająca ich z plecakami na tle stacyjki z napisem „Gierałtów”. Dokładnie opisali swoją paradoksalną eskapadę. Zachęceni artykułem, wsiedli w Lipsku do pociągu jadącego do Göerlitz. Przeszli do Polski przez most i zapytali, jak dojechać do Gierałtowa. Powiedziano im, że pociągiem w stronę Bolesławca. Jak już znaleźli się na miejscu, z artykułem w ręku zaczęli szukać domu uwidocznionego na zdjęciu. Ale takiego nie było. Zapytali więc o Olka. Skierowano ich do obejścia, w którym gospodarzył Olko. Zmęczonym poszukiwaniami studentom powiedział, że nie zajmuje się fotografią, tylko rolnictwem. Wrócili do Lipska. Wyjaśnienie jest proste. Mój dom leży w Starym Gierałtowie w Kotlinie Kłodzkiej. Nie dochodzi tam pociąg. Ode mnie do bolesławieckiego Gierałtowa jest ponad sto osiemdziesiąt kilometrów.

Trwale zaprzyjaźnionych z tym miejscem, bo nie tylko z domem, jest wielu jego sympatyków, także Czechów. Należy do nich także Anna Panek‑Kusz, niegdyś moja studentka na poznańskiej ASP. Idea gościnnego domu z warsztatami i kolekcją tak ją zafascynowała, że z mężem postanowili wybudować równie gościnny, ale większy dom z drewna, słomy i gliny. Stawiają go w Uradzie. W pobliskich Słubicach Anna prowadzi galerię Okno, która stała się główną bazą dla nowych edycji festiwalu „lAbiRynT”, przeniesionego z Kłodzka do Słubic i Frankfurtu nad Odrą po tym, jak przyjaciel i współtwórca festiwalu Bogusław Michnik przestał być dyrektorem Kłodzkiego Ośrodka Kultury. Nazwa „lAbiRynT” wzięła się stąd, że pierwszy miał miejsce w gigantycznej, upiornej i tajemniczej kłodzkiej twierdzy, którą w XIX stuleciu rozbudowali Prusacy, zagęszczając korytarze, lochy i tunele.

W gierałtowskim domu, choć z żoną Anną jesteśmy mocno zajęci zawodowo, ciągle kogoś gościmy. Od początku lat osiemdziesiątych przewinęły się przez jego niskie pomieszczenia setki osób. Mamy tam zawsze co robić. Sporadycznie porządkuję archiwalia, korespondencję, artykuły z różnych magazynów, dokumentację fotograficzną, filmy, także telewizyjne. Jeden z nich, Dochodzenie do prostoty, jest o drodze twórczej Zbyszka Dłubaka i jego pobycie w Starym Gierałtowie. Pytany przez dziennikarkę, mówi, że dla niego zajmowanie się sztuką polega głównie na myśleniu. Dłubak był dla mnie wypróbowanym przyjacielem i osobą ważną artystycznie. Podobnie jak Jan Berdyszak, który zjechał do Starego Gierałtowa na kręcenie filmu o galerii „ef” (fotografii elementarnej?, efemerycznej?, enigmatycznej?). Obszernie wypowiedział się do kamery, komentując to, co w równych rzędach wisi na sześciu ścianach starego domu. Są tam oczywiście również miniatury Berdyszaka, Różewicza i Dłubaka. Na odwrocie każdej znajdującej się w zbiorze pracy znajduje się odręcznie napisana krótka refleksja autora na temat fotografii.

Jan Berdyszak, który w zdjęciu przedstawiającym ramkę w kształcie rombu wyciął pole, jakie sobą zamykała, stwarzając tym samym możliwość wypełniania jego zawartości dowolnym obrazem, wyjaśnia: „W tym wypadku fotografię traktowałem jako obiekt prowokujący do spostrzegania przestrzeni jako bytu”.

Zbigniew Dłubak: „Napisanie czegoś o fotografii na odwrocie fotografii przekracza moje możliwości. Należy tę kartkę odwrócić, żeby zobaczyć, czym fotografia może być. Może też być wielokrotnie czymś zupełnie innym”.

Tadeusz Różewicz: „Słowo «spadanie» (które p. Olek łączył z lekturą mojego poematu Spadanie) w czasie bezsennej nocy przedstawiło mi się jako spadanie ostrza (siekiery, gilotyny… itd.). Gilotyny w drwalce nie było – więc siekiera – ostrze siekiery spada na pień (drewno). Myślałem, że uda się to przedstawić (zatrzymać w czasie i przestrzeni) – co zostało z sennego marzenia? Mgnienie, które uchwycił fotografik (a może obiektyw – już bez naszego w tym udziału…) nie wiem”.

W bibliotece setki książek, katalogów, albumów i pism artystycznych. Przeglądam jakże cenne dla mnie wpisy: Różewicza, Stefana Morawskiego, Władysława Stróżewskiego, Michała Hellera, Gottfrieda Jägera (twórcy ważnego nurtu fotografii generatywnej), Pierre’a Cordiera (ojca chemigrafii).

W wąskim, surowym w wystroju pokoiku, w którym pracuję, niewiele sprzętów. Nad biurkiem fragment drewnianej rynny w roli półki. W pobliżu płaski kamień z inskrypcją z Tybetu, także list napisany na fragmencie starej deski po rozebranej stodole i tak wysłany przez Piotra C. Kowalskiego, niekonwencjonalnego malarza, autora „obrazów smacznych, bardzo smacznych i niesmacznych; przejściowych, przejezdnych i przelotnych; granicznych, przygranicznych i zagranicznych; grzecznych i grzesznych czyli niegrzecznych; przerżniętych oraz jeszcze nie przerżniętych…”.

Spędzam w tym domu ciągle za mało czasu. Tyle tam jest do przeczytania, napisania, zrobienia (naprawienia). Za dużo podróżuję, realizuję zbyt wiele projektów. A dom cierpliwie czeka, obrośnięty bluszczem, spokojny i dostojny. Prosty w konstrukcji i surowy w wystroju. Dla mnie to nie dom, lecz miejsce pozwalające zdystansować się i wyciszyć. Miejsce zdradzane, ale stoicko wierne.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.