07-08/2019

Marta Kucharska

Z dziennika

[…]

*
Pan Ziemek1 mówi, że pociąg hamuje osiemset metrów. Pytałam kolejarzy – nawet więcej. Mogło być, że maszynista go nie widział z daleka2. Albo traktował jak przechodnia. Są przecież tacy ludzie, co to idą po torach, aby w ostatniej chwili uskoczyć. Żarty takie. A nawet jak wyhamował maksymalnie, to pociąg siłą bezwładu poruszał się jeszcze. Może maszynista zaklął sobie, nie wiedząc, że człowiek przed nim potrzebuje pomocy. Tak mogło być. Szukałam maszynisty. Milicja odsyła mnie z jednego posterunku na drugi. Został mi jeszcze jeden. Muszę znaleźć tego człowieka, aby usłyszeć, że zrobił wszystko, by go ratować. I powtórzę to Niebieskiemu. A jak posłyszę, że było inaczej? Powtórzę, że zrobił wszystko, aby go ratować. Sted mówi, że jechał do matki. Kochany. W pokrwawionym chlebaczku znalazłam bilet. Do Łowicza. Nie trzeba Mileńki. Nie trzeba.

Napisałam mu kiedyś, że teraz ja przejmuję straże. Widząc, jak bezbronny, śmierć zaprasza do siebie, że teraz ja. I nie ustrzegłam. Nie dotrzymałam słowa. Choć nielekko zostało powiedziane. Nie ot tak, na pociechę muzom. Długo nie mogłam doprać bluzy, kurtki, marynarki. Wanna była pełna krwi, gdy plamy wreszcie puściły. Od proszku czy od moich zaklęć? Czemu policja [!] odsyła mnie bez informacji? Nie jest przecie możliwe, by tych danych nikt nie posiadał. Trzymaj się Niebieski. Manowce cię strzegą.

*
Przyjechała choreograf i muzyk. Z trzydziestu osób, co miały być, jest tylko piętnaście. Późny wieczór. W domku, co obok, ćwiczą gorzałę. Nie pojechałam, ktoś musi tu być trzeźwy. Choć smutny. Panie Ziemku, pan daleko, nie ma z kim porozmawiać. Z kim serdecznym. Sted był w Drewnicy. Dostał nową porcję leków. Widział się z Piotrem3. Bóle w plecach podobno przejdą same. Daj Boże. Dosyć już nacierpiałeś się, Chłopczyku. Dosyć. Sted był na Rębkowskiej. Czekał na mnie. A ja? Ja tęskniłam na Rębkowską. Za ścianą śpiewają ludowe piosenki. Przyszedł chłopiec Krzyś. Młody, zbuntowany, ze wsi. Masz rację, Krzysiu. Masz. Ech, kolory. Niemało nas. Już jutro pojadę do ciebie, Sted. Czekaj, Niebieski. Choćbym miała porzucić wszystko. Już jutro. Komarów tu plaga. Tak często budzą, że nie ma kiedy śnić. Na przykład srebrnej trumny. Co zwykle. Kilka dni temu, na Kujawach, rankiem powiedziałeś, że płakałam w nocy. Długo. Potem, gdy poszliśmy nad staw, w dolinę, przypomniał mi się sen. Ze srebrną trumną. Oni mówili, że ciebie już nie ma. A ja nieuważna taka. Wielka nieprzebaczona wina. Już nie chciałam żyć. Wszystko z tobą. Chyba wtedy płakałam. Nie obudziłeś mnie. Samo się przespało. Potem szloch mnie obudził. Chyba mój. Patrzę – jesteś obok. I już spokojniej. Kochany, czekaj na mnie. Ja jak w żołnierskiej piosence. Niedługo.


*
Więc nie ma się co łudzić, półśrodkami tu nikt niczego nie załatwi. Co to za miłość, co nie cała daje, co nie wszystko oddaje. Napisałam podanie o zwolnienie z pracy. Drugie o kilka miesięcy urlopu. Jeśli nie przyjmą drugiego – dam pierwsze. Sted nie może być ni chwili sam. Ja zresztą też. I nie będę mu ciężarem. Sprzedałam samochód. Przeżyjemy. Minister przyznał stypendium. Pan Ziemek, dobry pan Ziemek w razie czego coś wymyśli. Dziś rano Sted dostał znowu ataku bólu. Pobiegłam do apteki – zamknięta. Na Grenadierów do pogotowia. Dali silne proszki. Po chwili bóle ustały. Gdyby tak można było dostać morfinę. Chociaż kilka ampułek. Już możemy spać razem. To dobrze. Jest spokojniejszy w nocy. Byliśmy w redakcji i w związku, opłaciliśmy zaległe składki w ZUS-ie. W Związku na obiedzie spotkaliśmy Zytę [Oryszyn]. Kochana dziewczyna. Sted ożywił się. Tak, ona mogłaby wiele. Więcej niż ja. Patrzyłam na nich i onieśmielała mnie już nie potęga przecież, raczej pustka po potędze między dwojgiem. No nic, damy sobie radę sami. I tak sobie siedzieliśmy. Sted, jego była żona, jego obecna wdowa. Chciałabym zniknąć, gdy są razem. Odejść, a potem zniknąć. Gdybym miała pewność, że ona przywróci go życiu. Sted mówi, że jestem idiotka, że tak myślę. Ale on mówi, co może mężczyzna. Ech, kolory. Kto nas zrozumie? Ja coraz mniej. Jak być wartym tego świata. Nawet nie pytam. Wiem. Tylko przez ludzi można się stawać. To warte. Życie drugie człowieka – o to nawet bić się warto. Tylko o to. Żadnej przeciwwagi.


*
Rano byłam w Skierniewicach. Dyrektor ma czyraka na karku i nie chce z nikim rozmawiać. Zły jak zły. Dobrze, przeczekam jeszcze do jutra. Mogłabym złożyć od razu podanie o wymówienie, ale nie wiem, czy to byłoby dla nas dobre. Może tak być kiedyś, że nie będę już potrzebna. I co on wtedy biedny by zrobił. Męczyłby się z tym. Bez sensu. Chyba że stanie się konieczne. Mówimy sobie wszystko. Nie ma między nami rzeczy niejawnych. To jest czystość. Chciałam zadzwonić ze Skierniewic, ale spał chyba jeszcze, więc go nie budziłam. Zresztą wracam zaraz. Jutro muszę postarać się o morfinę. Pójdę do chłopców Bońków, chyba jeszcze mają. A jeżeli mają, to zawdzięczają mi w końcu parę rzeczy. Bońki po raz pierwszy będą miały okazję handlować dla zdrowia, nie dla choroby.


*
Było tak. Chciałam jechać do Łowicza (o, jak zgrabnie ominęłam, co mnie wstyd, nikomu się nie przyda). Weszłam w samochód autostopowy, a pan na pytanie:

– Czy do Łowicza mnie pan zawiezie?

– Nawet do Torunia!

Och nie. Och nie. Ktoby jechał do Torunia, skoro po drodze mijamy (ale nie my!) Aleksandrów Kujawski. I tym sposobem znowu spojrzało mi się na ukojną dolinę. Po raz drugi, co tak ogarniająco. Może nie wszech, ale ukojnie. I do niego, do Kochanego Synka Niebieskiego, Smutnego Narzeczonego. Minął jeden dzień, aż z gitarą na podstryszu się znalazłam, a tam piosenkę taką mi się zaśpiewało: „Czy w niebie o nas jeszcze pamiętają”, co napisałam kiedyś dla Niebieskiego. Co dałam kiedyś Niebieskiemu. Gdy w szpitalu taki samotny, przeraźliwie świadomy. Próbujący dawać sobie szansę. Bez odrobiny nadziei. Mechanicznie dający sobie szansę. Beznadziejnie.

[…]


[całość można przeczytać w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
error: Treść niedostępna do kopiowania.