01/2021

Monika Malessa-Drohomirecka

Zerwane więzi.
Religijne odwołania w utworach Marka Hłaski

[…] teraz znowu zjeżdżał w dół; z dnia prosto w noc; bez wieczoru i jego zorzy i czuł już inny wiatr: gorący, suchy wiatr z pustyni; spoza pasma stygnących wzgórz dokąd odchodziły te złote, długie dni pokonywane przez ciemność

Marek Hłasko, Brudne czyny


Wydawać by się mogło, że bohaterowie Hłaski beznamiętnie przyjmują to, co im przynosi los, obojętnie znoszą porażki. W gruncie rzeczy jednak to poza, która ma ich znieczulić, która ma ukryć ich bezradność wobec zła, ich wstyd i pragnienie bliskości. To pragnienie dochodzi do głosu już w najwcześniejszych utworach Hłaski. Należy do nich nie tylko Pierwszy krok w chmurach, ale również opowiadania Odlatujemy w niebo, Najświętsze słowa naszego życia, Amor nie przyszedł dziś wieczorem, najdobitniejszy wyraz znajdując w Ósmym dniu tygodnia. Nie trzeba dodawać, że w każdym z nich pragnienie to nie tylko nie zostaje spełnione, ale często zamienia się w gorzkie doświadczenie, prowadzące do nieufności i braku nadziei; czasem za tę bliskość przychodzi zapłacić wysoką cenę. W późniejszych utworach, zwłaszcza tak zwanych izraelskich, ta tęsknota za utraconą czy też niemożliwą do spełnienia bliskością, za więzią z drugim człowiekiem zostaje nasycona kontekstem ewangelicznym, co znajduje wyraz w swoistej religijności bohatera. Nie wyraża on tego wprost, ale więź z drugim człowiekiem wydaje się dla niego swoistym odwzorowaniem więzi człowieka z Bogiem. Poszukuje jej instynktownie, choć równocześnie wie, że już dawno nadwyrężona i osłabiona, została faktycznie zerwana. Abakarowowi (Brudne czyny) wydaje się, że kraj, w którym się znalazł, jest jedynym miejscem, gdzie przetrwała. Próbuje opowiedzieć o tym Katarzynie, tłumacząc, dlaczego Izrael jest dla niego miejscem szczególnym:


I chyba nigdy stąd nie wyjadę. – Dlaczego? – O to właśnie chodzi, że nie wiem dlaczego. Może dlatego, że po prostu pokochałem ten kraj. A może dlatego, że zbyt wiele się tu nauczyłem i nie chcę tego stracić. Zamknął okno; śpiew przycichł; Abakarow usiadł z powrotem przy stole. Wypił; potem nalał, podał jej i patrzył, jak Katarzyna pije ciepłą brandy, nie skrzywiwszy się nawet. – Nie wiem – powiedział. – Może wreszcie dlatego, że uwierzyłem tu w Niego?


Katarzyna dezawuuje to wyznanie sarkastyczno-ironicznym komentarzem:


– We wszystkich prospektach turystycznych piszą o tym – powiedziała. Ale ja nie przeżyłam tu cudu. Wszystko, co widziałam, to taki jeden ślepiec, którego biją po twarzy. – Nalała sobie i znów wypiła jednym tchem. – Wydaje mi się, że potrafię się obejść bez Niego i tym razem.

– A ja nie – powiedział. – Bo on jest jedyną istotą, którą można kochać wiecznie.


Katarzyna ironizuje nadal:


A może ty nie jesteś wcale człowiekiem. Może tak wygląda nowy Chrystus bez krzyża. Ślepy człowiek, którego pijani w barze biją po twarzy. Ale jeśli tak wygląda zbawienie, to niech przeklęty będzie Bóg i wszystkie słowa Jego.


Abakarow sam nie wierzy do końca w to, co mówi – to tylko chwile, przebłyski myśli. Sam siebie zapewnia, że to „jedyna ziemia na świecie, gdzie czuje się jeszcze obecność Boga i gdzie gniew Boga i Jego łaska są obecne w każdej odrobinie czasu […]”.

Faktycznie jednak utracił wiarę, w ludzi i Boga. Nie kocha nikogo, nie obchodzą go inni ludzie. Ważny jest tylko on sam i pomsta, którą obiecał Izaakowi. Nie mając żadnego punktu oparcia, stwarza sobie iluzję wierności, jaką chce zachować wobec przyjaciela.

Żadną nadrzędną zasadą nie łudzi siebie Izrael Berg (Wszyscy byli odwróceni), który na pytanie Ben Dova „Na co mi możesz przysiąc?” odpowiada:

To będzie ciężko – powiedział Izrael. Jestem Żydem z Europy i nie bardzo wiem, co jest święte. […] Nie wierzę także w Boga, ani w sprawiedliwość, ani w Sąd Ostateczny. Nie wierzę także, że ludzie się poprawią, i nie wierzę w to, że chcą się poprawić. […]

– Więc nie wierzysz w nic?

– Wierzę, że umrę kiedyś i zniknę na zawsze. I że na tym się sprawa kończy.


Inną deklarację składa Anderson (Palcie ryż każdego dnia). On potrzebuje wiary. Jednak nie stanowi ona żadnej obrony przed złem. W świecie przedstawionym przez Hłaskę zło jest immanentną cechą rzeczywistości i ludzkiej natury. Tragizm bohaterów polega na tym, że muszą żyć, mając tego świadomość. Wprawdzie czepiają się wiary i rozprawiają o Bogu, jednak nie zmienia to niczego w ich postępowaniu. Bóg zupełnie nie pasuje do ich świata. Przywoływany przez bohaterów w patetycznych monologach pełni rolę rekwizytu w na wskroś ludzkim dramacie. Faktyczne atrybuty tego dramatu to destrukcja i samotność. Ujawniają się one z całą mocą w jednym z ostatnich opowiadań (W dzień śmierci Jego). Ten mroczny tekst, w którym nadzieja i wiara cofają się pod naporem zła, ludzkiej podłości i obojętności, ma wręcz religijną osnowę. Już sam tytuł jest odniesieniem do męczeńskiej śmierci Jezusa. W samym tekście narrator kilkakrotnie wprost do niej nawiązuje. „[…] pomyślałem sobie, że w taki dzień umierał Jezus. Nawet tego nie oszczędziło mu niebo; więc może on jeden, jeden jedyny przeszedł swoją drogę naprawdę aż do końca”.

Beznadziejna, jałowa egzystencja bohaterów tego opowiadania ma stanowić jakieś dalekie, pokraczne odbicie cierpienia syna Bożego. Jakub koczuje w baraku na skraju pustyni z Griszą, jego żoną, i kilkuletnią Leną, ale jednocześnie jest utrzymankiem Ewy, „najładniejszej prostytutki w tym kraju”, co mu pozwala na luksus zimnego Gold Stara, ilekroć zajdzie do znajomej knajpy. Dziewczyna podoba mu się i zapewnia ją o miłości, mając jednocześnie świadomość, że na temperaturę jego uczuć mają istotny wpływ pieniądze, które „jest jej winien”. Za pieniądze też „wystawia” ją policji, przyczyniając się do samobójczej śmierci dziewczyny. Świat ulicznych kawiarni, hotelowych pokoi lub przygodnych miejsc wynajmowanych od starych, schorowanych kobiet; świat sutenerów i klientów Ewy; upokorzenie Jakuba, gdy czeka, aż ona skończy „pracę” i będzie już „tylko dla niego”. To świat wystarczająco odpychający sam w sobie, ale ten czas, gdy przemierzamy go wraz z Jakubem, jest szczególnie trudny do wytrzymania. Panuje chamsin. Wiatr zamiera, powietrze nieruchomieje i wszystko wokół zastyga w skwarze, „[…] tak jakby Bóg raz jeszcze chciał wypróbować swoją ziemię i ludzi tu żyjących”.

„Niebo ściemniało a morze było nieruchome jak stal. Wszyscy byli zmęczeni i pełni rozpaczy, wszyscy którzy przyjechali tutaj i ci, którzy się tutaj urodzili. Nie było dla nikogo wyjątku, ciemność i gorąco położyły się nad tym krajem; nad jego morzem i pustynią”. Właśnie w tej dusznej, trudnej do wytrzymania aurze rozgrywają się równolegle dwa wydarzenia. Zdrada, której dopuszcza się Jakub wobec Ewy, i w efekcie jej śmierć oraz prześladujące go w myślach ukrzyżowanie Jezusa. Relacja między włóczęgą a prostytutką (jej biblijne imię nie jest przypadkowe) nasuwa na myśl relację Judasza i Jezusa. Bohater przyznaje w pewnym momencie, „[…] że ze wszystkich Apostołów Judasz najbardziej kochał Jezusa, a że go sprzedał, to już zupełnie inna historia, ale wierzył w Niego najbardziej ze wszystkich”.

Zdanie to wydaje się nie do przyjęcia jako całkowicie absurdalne, ale zawiera ono istotną cechę Hłaskowego świata – nicowanie uznanych wartości, by ukazać uwikłanie ludzkiej egzystencji w nie dające się rozwiązać sprzeczności. Metafizyczną aurę tego miejsca, tej Ziemi sygnalizuje Hłasko zarówno w Brudnych czynach, jak i w powieści Wszyscy byli odwróceni, lecz w tym opowiadaniu jego religijne odniesienia są chyba najwyraźniejsze, co niekoniecznie oznacza, że przekonujące. Mamy raczej poczucie, że pełnią rolę swoistego ornamentu. Ciężki, pozbawiony powietrza dzień, w którym u boku Ewy przemierza miasto nieustannie nasuwa bohaterowi obraz „dnia śmierci Jego”. Gdy w chwilę po kłótni z kochanką zasypia, budzi go dobiegająca z sąsiedztwa modlitwa:

Leżałem w milczeniu i starałem się zrozumieć jego słowa. Musiał być to stary człowiek; słyszałem, że modlitwa go męczy, często brakowało mu słów. Było w tym coś strasznego i coś naprawdę wzniosłego; i leżąc bez ruchu wiedziałem już, że nie zapomnę tego dnia i tej modlitwy zza ściany […].


Głos starego człowieka powrócił do niego po kilku dniach raz jeszcze:


[…] nie błaganie nie prośba; lecz tak jakby surowo upominał się o swoje prawa i wystawiał Bogu rachunek wszystkich krzywd jego i tych, którzy przeszli już i przyjdą.


Już wcześniej z rozmowie z Griszą Jakub tłumaczy mu, skąd bierze się jego słabość do tego kraju, którą naiwnie utożsamia z wiarą w Boga:

[…] kochałem ten kraj, sam o tym nie wiedząc. I nigdy nie przestanę go kochać; tych pól, nad którymi unoszą się i kręcą pióropusze wody, pomarańczowych lasów pachnących tak pięknie, […] i łagodnych wzgórz Galilei i tych małych miasteczek, do których zjeżdża się nagle i w których Arabowie potrafią mówić dziesięcioma językami; jednakowo źle, z jednakową łatwością i powagą. Wierzę, że tam mieszka Bóg i że nigdy stamtąd nie odszedł.


Jednoznaczne deklaracje Jakuba o odczuwanej bliskości Boga stoją w jawnej sprzeczności z jego życiem, z decyzjami, które podejmuje. Przeczy tej bliskości także codzienność, która jest udziałem nie tylko Jakuba, lecz także Griszy, jego małej Leny i żony, która w końcu opuszcza go wraz z dzieckiem, mając dość życia w nędzy i upokorzeniu; która jest udziałem schludnego staruszka, wciąż łudzącego się, że otrzyma serdeczny list od krewnego z Ameryki. Przeczy Bożemu błogosławieństwu świat wyzuty z uczuć, w którym prawość zastąpiona została cynizmem i obojętnością, a zło wchłonięte zostało niezauważalnie w jego krwiobieg. Nasuwa się nieodparcie wrażenie, że ofiara Jezusa, która tak roznieca wyobraźnię Jakuba, była daremna. Nie podważa tego wrażenia patetyczne wyznanie bohatera, zakończone ewangelicznym zwrotem:

[…] byłem szczęśliwy, że mogłem myśleć o Nim w dzień śmierci Jego. Nikt nie mógł mi tego zabronić. Nikt. Ani mnie, ani nikomu innemu; gdziekolwiek bym poszedł i czymkolwiek bym został. I dlatego wszystko przeminie oprócz oblicza Jego.


Wbrew temu wyznaniu aura, która dominuje nad całym dziełem Marka Hłaski, jest na wskroś pesymistyczna. Badacze widzą w jego utworach pewne powinowactwo z ciemnym światem Dostojewskiego, który fascynował pisarza w młodości. Wydaje się jednak, że Hłasko pesymizmem przewyższa autora Zbrodni i kary. Autor Cmentarzy podobnie jak rosyjski pisarz odsłania otchłanie zła w naturze ludzkiej i przejmującą samotność egzystencji. Jednak Dostojewski sygnalizuje – zwłaszcza w zakończeniu Zbrodni i kary oraz Braci Karamazow – że od ostatecznego upadku uratować może bohaterów wiara w miłość Boga. Hłasko na próżno stara się nasycić nią także swych bohaterów; pozbawieni wszelkich złudzeń – zdani są jedynie na rozpacz.

Narracja Hłaski, która tak uwodzi, to powściągliwy, lapidarny zapis wydarzeń zbliżony niemal do kroniki. Zwięzły, ograniczony do minimum słów opis tragicznych nieporozumień, przemocy, zbrodni pozbawiony jest wszelkiego odnarratorskiego głosu. Narrator nie komentuje, nie ocenia postępowania swych bohaterów, nawet gdy wykraczają daleko poza przyjęte normy. Odnosimy wrażenie, że je relacjonuje od niechcenia, z kronikarskiego obowiązku:

Odłożył lalkę; podszedł do Helen, która wstała. Pierwsze uderzenie wyrwało jej ziemię spod nóg, lecz nie upadła, gdyż podtrzymał ją. Owinął jej włosy wokół swej lewej pięści, a prawą bił ją raz po raz krótkimi i spokojnymi uderzeniami, następującymi w równych odstępach czasu niby tykanie zegarka, i tracąc przytomność, widziała jego zielone oczy, przyglądające jej się z ciekawością.


Zachowując dystans, narrator obiektywizuje świat przedstawiony i wywołuje u odbiorcy poczucie, że zło jest niezbywalną częścią rzeczywistości, należy do porządku rzeczy, naturalnie wpisuje się w los człowieka. Wzmacniają to wrażenie potoczny język i chropowaty, zanurzony w tym języku dialog. Jest on pełen niedomówień, nagłych przerw, przemilczeń, urwanych w pół słowa zdań, jakby rozmówca chciał się z nich wycofać. Pojedyncze słowa z powodzeniem zastępują całe frazy. Zwięzłość dialogów uzupełniają monologi bohaterów. Te wewnętrzne odsłaniają przed nami niepokój bohaterów, wyrażają ich wściekłość lub bezsilność. Czasami są kierowane wprost do rozmówcy i wtedy nacechowane są patosem i nie pozbawione „dydaktyzmu”, jak ten skierowany do Jorama, młodego pilota, jedynego, który nie chciał brać udziału w ostracyzmie kolegów wobec Abakarowa:

Niech pan nie wierzy w to, w co zawsze wierzą żołnierze i więźniowie. Że niebezpieczeństwo zbliża ludzi i łączy ich. Tak nie jest. To wymyślili tylko generałowie i inne kanalie, żeby ludziom było łatwiej umierać. Ale mimo to wcale nie jest łatwiej. A pan jest za młody, żeby o tym myśleć. I proszę, niech pan nie myśli. Ani o tym, ani o mnie.


Czasem przemycają ważne informacje o przeszłości bohaterów, jak ten skierowany w myślach do majora Stana, a będący w gruncie rzeczy zapowiedzią jego śmierci. Monologi uzupełniają i dopowiadają treści, które nie mieszczą się w akcji, których brak w dialogach. W większości jednak stanowią swoiste credo bohaterów. Taką wymowę ma również monolog, który snuje Anderson, opuszczając zachodnią Amerykę i kierując się na wschód. Zawiera on zasadniczy motyw Hłaskowej prozy – motyw wygnania, wykorzenienia. Łączy on bohaterów wszystkich omawianych tu utworów. Wciąż uciekając przed ludźmi i ich uczuciami, uciekają przede wszystkim przed sobą i wybierają bezdomność, a droga, którą przemierzają, staje się symbolem ich losu.


Więc widział siebie; idącego choć mógł kupić sobie bilet i pojechać autobusem, ale postanowił iść i wiedział, że drogę, którą wybrał, musi przejść i zobaczyć raz jeszcze i że potrzeba mu tego było […] iść tamtędy tak długo, aż starczy mu sił; i zawsze, wszędzie znajdą się jacyś ludzie, którym przeszkadzać będzie widok człowieka, który idzie, nie prosząc o nic. Wiedział, że ludzie dają, gdy się o nic nie prosi; dają tylko wtedy, kiedy się ich zmusi; więc wiedział, że zmusi ich; że będzie wzbudzał w ludziach pogardę i nienawiść i że wtedy wezmą go z drogi, aby oddalić go od swoich miast i od swoich domów […].


Im bardziej Hłaskowi bohaterowie pogrążają się w nicości, niezdolni do miłości i przyjaźni, krzywdzą siebie i innych, odrzucają wszystko, co przynosi bliskość drugiego człowieka, tym bardziej potrzebują wiary. Wiary w coś świętego i nienaruszalnego.

„Czy jesteś katolikiem?” – pyta Andersona murzyński chłopiec kręcący się pod sklepem z alkoholem. „Nie wiem – Przecież musisz w coś wierzyć. – Wierzę w Jerozolimę, De Vane. – I wierzę w to, że jeśli ja zapomnę, Bóg zapomni moją prawą rękę. Rozumiesz? – Tak – powiedział chłopiec. – To dobrze, bo ja nie rozumiem – powiedział Anderson”.

Dziecięce zapatrzenie chłopca i ufność, jaką on go darzy, raz jedyny przełamuje pozę Andersona. Ciągnie dalej, bardziej do siebie niż do De Vane:

Bo przecież jeśli idziesz gdzieś nocą i jest ciemno i wietrznie, a ty widzisz jakiś płomień w ludzkiej ręce, to nie myślisz, aby go zgasić, ale po prostu idziesz za tym tak długo, jak ten płomień się pali. […] Bo tylko wtedy, jeśli czujesz coś, co czyni cię smutnym, ten ktoś czy coś może cię uczynić na chwilę ślepym i tylko wtedy możesz dojrzeć prawdziwą twarz Boga czy miłości. I to jest Jerozolima.


Mistyczne uniesienie wynika z chęci odnalezienia w ludzkim doświadczeniu innego, metafizycznego wymiaru. Służyć mają temu różne formy uwznioślenia narracji – wspomniane monologi, ich stylizacja na tekst ewangeliczny (anafory rozpoczynające zdania, liczne powtórzenia, emfaza), operowanie starotestamentowymi kategoriami winy i kary. Powszedniość z ludzką małością i podłością, absurdem egzystencji wciąż przeplata się ze złudzeniem, że poza tym istnieje coś jeszcze, że może być inaczej. Hłasko „z jednej strony przeczy, z drugiej wynosi wysoko” – podnosi rzeczywistość do rangi ewangelicznej przypowieści, by zaraz, strącając na dno, przywrócić jej zwykłą, ludzką skalę – małość, tchórzostwo, przyzwolenie na zło. Zaraz po duchowym wyznaniu złożonym murzyńskiemu chłopcu Anderson bestialsko pobije meksykańskiego boksera, czyniąc z niego kalekę; odrzuci przyjaźń Ryana i nie zapobiegnie jego śmierci; szlachetna wiara, że ostatecznie ocaleją takie wartości, jak miłość i sprawiedliwość, nie przeszkodzą Abakarowowi z premedytacją doprowadzić do śmierci majora Stana; Jehuda, który w czasie wojny był więźniem obozu, sam dopuszcza się bestialskiego pobicia. I odwrotnie Herman, kryjący się bojaźliwie w hotelu, nagle opuszcza go pewnego dnia, wydając się świadomie na śmierć; Izaak zaczyna życie na własny rachunek od zabicia przyjaciela.

Paradoksalnie tęsknota za sacrum, którą ujawniają bohaterowie, odsłania przed nimi metafizyczną pustkę. Miejsce sacrum zajmuje absurd. Wydaje się, że jedynym doświadczeniem, które jest poza jego zasięgiem, przez moment uświęcając świat, uwalniając bohaterów od zła i podłości, są chwile zmysłowego uniesienia; jakby cielesny związek z kobietą, fizyczna bliskość na moment zwracała bohaterowi utraconą niewinność:

[…] ten głos, którym przyszła, przywołał jego, i głos ten strącił go z góry światła i ciepła; z drogi przebytej przez niego z wysiłkiem i z zębami zaciśniętymi jak u zwierzęcia; ten głos strącił go znów w ciszę i z ciszy w wodę, w której zmęczony szuka odpoczynku.


Liryzm i erotyka wstrzymują na chwilę ciemność i zło świata, zawieszają wykonanie wyroku. Swoistym „manifestem”, lirycznym wyznaniem jest Sowa, córka piekarza, ostatnia książka wydana za życia pisarza. Jednak jej liryczny żywioł i sentymentalny sztafaż są często kontrowane, wręcz dezawuowane dystansem narratora, jego „aranżacyjnymi” pomysłami. Często bierze on w cudzysłów całą scenę, pokpiwając, a nawet szydząc z bohaterów i samego siebie; ironizuje, podważa deklarowane chwilę temu uczucia. Prowadzi grę nie tylko z czytelnikiem, lecz także z samym sobą, przywdziewając coraz to inne maski. To meandrowanie, krzyżowanie różnych wątków opowiadanej historii, rozpatrywanie różnych ich wersji ma przypominać, że wszystko jest zmyśleniem, ale Hłasko wierzy, że właśnie w nim może być ukryta prawda. W komentarzu do Następnego do raju zatytułowanym zresztą Ani wstęp, ani posłowie pisze wprost: „Takie jest prawo człowieka, który żeby pokazać prawdę, musi zmieniać i zmyślać fakty”.

To stałe napięcie, które się rodzi na styku prawdy i zmyślenia, towarzyszy nam nieodmiennie przy lekturze, stanowiąc jedną z emblematycznych cech tej prozy.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2018 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.